Puszczam, więc jestem, czyli co dla kogo znaczy "po bożemu"?

"Gorączka sobotniej nocy" - reż. Tomasz Dutkiewicz - Teatr Muzyczny w Gdyni

Ma być tanecznie i fajnie. Repertuar Dużej Sceny Teatru Muzycznego, głównej odpowiedzialnej za wynik finansowy firmy, jest bardzo czytelny: rozrywka dla dorosłych, rozrywka dla całej rodziny i Kościelniak (w tym roku Kościelniakiem będzie Michał Zadara z wrześniowymi "Krakowiakami i góralami").

Niespodziewanie specjalistą od rozrywki dla dorosłych staje się Tomasz Dutkiewicz, który w krótkim czasie ponownie staje za sterami gdyńskiego blocbustera (wcześniej w 2015 roku "Ghost"). W repertuarowym menu musi być coś tańczonego zbiorowo i fajnie, więc po "Grease", która zastąpiła "Fame" i "Footlose", przyszedł czas na "Gorączkę sobotniej nocy". Hity Bee Geesów należą do najbardziej kiczowatych numerów ever, ale bez ich falsetu oldskulowa prywatka jest jak Queen bez Freddiego, Flip bez Flapa, Nawałka bez Adama czy wiadomości sportowe bez kolejnego odcinka sagi pt. "Robert Lewandowski chce do Realu".

Nie spodziewałem się, że Dutkiewicz pójdzie śladem Nergala, Titusa oraz Czesława Mozila i zgwałci oraz zbezcześci oryginał (absolutnie odradzam słuchanie "Czarnej mszy" Arki Satana!). Tym bardziej, że reżyser zapowiedział, iż będzie "po bożemu". Bez zmian, bez niespodzianek, numery po kolei z miksem na końcu, story bez interpretacji. Gdyńska premiera potwierdziła, że "po bożemu" jest antonimem boskości.

Musical naiwny

Sceniczna wersja "Saturday night fever" ujrzała światła rampy 21 lat po filmowym hicie z Johnem Travoltą. Dzieło nie należy do największych osiągnięć gatunku, mimo że bohaterem opowieści jest Tony Manero, to musical nawet nie powąchał Tony Award, a 501 wykonów na Broadwayu stawia ten tytuł w trzeciej setce wszech czasów. 19-letni Tony za dnia jest sprzedawcą w sklepie z farbami (talentem i powodzeniem wśród kobiet przypomina Mraczewskiego z "Lalki"). Weekendy przywódca młodzieżowego gangu The Faces stara się spędzać głównie tanecznie w klubie Odyssey 2001. Stara, bo nie zawsze starcza mu pieniędzy, a wtedy pozostają spacery, bójki z innymi gangami i oglądanie Manhattanu przez Brookliński Most, który oddziela dzielnicę zaludnianą niegdyś przez biedniejszych nowojorczyków od serca świata. Dziś to historia, gentryfikacja sprawiła, że nawet duże fragmenty Bronksu to drogie miejscówki, ale wtedy Brooklyn to była taka niegdysiejsza Orunia czy Chylonia, czyli "strzeż się tych miejsc".

Tony mieszka z rodzicami i siostrą, bezrobotny ojciec ma twardą rękę do syna, a matka bałwochwalczo modli się do zdjęcia Franka Juniora, drugiego syna, tego dobrego, co księdzem został i dumą napełnił familię Manero. Ostatecznie Junior opuścił kościół, czym wbił w rozpacz czarną mamusię i dopełnił obrazu toksycznej rodziny. Tony jest wg scenariusza samcem alfa, kobiety traktuje użytkowo. Ma jednak ambicje, co odróżnia go od reszty ferajny z The Faces. Gdy w Odyssey 2001 ogłoszono konkurs tańca, bezpardonowo zostawia dotychczasową parkietową partnerkę Anette i zdobywa względy lepszej tancerki, z którą staje w turniejowe szranki i...

I następuje w nim niespodziewana przemiana, zwycięża coś jakby dobro, Tony porzuca blichtr i fałsz, postanawia wystartować ze Stephanie w wyścigu o nowe życie, za mostem. Motywacje psychologiczne zachowań postaci są na domysły i słowo honoru, "Gorączka..." pod tym względem należy do musicali naiwnych, które nie grzeszą głębią penetracji ludzkiej duszy. Jest wprawdzie solidne tło (rodzina, The Faces, sklep) i zarysowane ciekawe wątki (rozterki Bobby'ego C. i Franka Juniora), ale nie było scenicznej prawdy. Nie uwierzyłem, nie przejąłem się, nie przetańczyłem. Musical naiwny może porwać i zachwycić, ale gdy psychologia jest na poziomie rozterek Kena i Barbie, muszą zagrać inne elementy. A w musicalu jest ich wyjątkowo sporo do wygrania.

Pierwszoplanowi bohaterowie drugiego planu

"Gorączka..." to najbardziej taniec. Najbardziej dzięki wicemistrzyni świata w tańcu mambo Monice Grzelak i jej scenicznemu partnerowi Piotrowi Burbie. Świetni są również Patryk "Klepper" Klepacki, Mateusz Pietrzak (wicemistrz świata w hip-hopie), Mateusz Miela, B-boy Rafał Połubiejko, Paweł Sikora i Bartosz Sołtysiak - wszyscy występują w tym spektaklu gościnnie. Ze stałego zespołu najlepiej daje sobie radę Marta Smuk - sceniczny generator pozytywnej mocy i radości, zabawnie nawiązuje do przebojowej roli w "Ghost". Zbiorówki robią wrażenie przez efekt skali i rytmiczność, choć nie są nazbyt skomplikowane (głównie młynki do przodu, na lewo albo na prawo). I nie są tak pomysłowe jak choreografie Jarosława Stańka.

Baza i widoczna zmiana pokoleniowa

Marcin Słabowski (Piosenkarz) potwierdza dojrzałą obecność w klubie wykonawców niezawodnych. Karolina Trębacz (Piosenkarka) jest opoką wokalną, to wokalistka i aktorka Dużej Sceny. Maja Gadzińska (Annette) już na dobre zadomowiła się w rolach pierwszoplanowych, nie zawiodła wokalnie i ruchowo. Wiarygodny w roli nastolatka był blisko 40-letni Tomasz Bacajewski, co zdecydowanie należy uznać za komplement. Krzysztof Wojciechowski podjął wyzwanie zmierzenia się z legendą, ale nie naśladował Travolty, słynnego dziś głównie jako scjentolog. Sprawnie poradził sobie z bardzo wysiłkową rolą, jednak zabrakło tym razem wyjątkowości.

Disco funky i ambicje

Gdyńska "Gorączka...", nawet jako musical naiwny, jest dziełem wyjątkowo wypranym z ambicji artystycznych. To tylko rozrywka, sekwencja szybko następujących po sobie oczywistości niezabrudzonych najmniejszymi choćby nieoczywistościami. Szkoda, bo jest w "Gorączce..." kilka zaczepień, które można było rozwinąć bez szkody dla atrakcyjności pokazu, a z korzyścią dla całości. Mimo zapowiedzi reżyser nie wypowiedział się genderowo, "puścił" historię bez artystycznego komentarza. Ale najbardziej rozczarowała mnie muzyka.

Wśród wielu muzyków i aranżerów "z ambicjami" panuje przekonanie, że udżezowienie uszlachetnia pop lub rock, które według nich należą do gatunków niedorozwiniętych. Wykonując taki utwór należy więc wzbogacić formę muzyczną, dodać softu i smoothu. Dopuszczalne jako opcja jest też ufankowienie numerów a przy okazji basista Władek wreszcie będzie mógł poszaleć kciukiem, bo nigdzie nie wolno tylko w funku. Trochę tutaj sobie dworuję, ale faktycznie nie znoszę takiego "artystycznego" podejścia. Czasami Władek musi odłożyć ambicje na bok i trzeba po prostu zagrać soczyście i w gatunku, co nie znaczy archaicznie. Czekałem na disco, mogło być także jak najbardziej odświeżone, ale żeby w duchu disco. Nie doczekałem się. Było funky, żadnych falsetów, plastików, bitów, żadnego szaleństwa. Znam dobrze ścieżkę dźwiękową z "SNF" i jestem niezły w "Jaka to melodia?", ale często miałem problemy z rozpoznaniem utworów i nie byłem w tym odosobniony. Hity nie wybrzmiały, nie było czego nucić, na pewno nie było mocy. Najbardziej zaskakujące było "Tragedy" zaśpiewane w nieoczekiwanej tonacji przez Macieja Podgórzaka (Bobby C), ale poza tym nic mi nie zostało do dzisiaj.

Iść czy nie iść?

Teatr Muzyczny w Gdyni jest dostarczycielem najlepszej rozrywki w Polsce północnej a pod względem wystawności produkcji należy do światowej czołówki (ocena nie do końca sprawdzona, bo nie znam dobrze rynku azjatyckiego). Muzyk podnosi jakość techniczną widowisk, nie ma pod tym względem konkurencji na Pomorzu. Każdy spektakl na Dużej Scenie warto zobaczyć choćby ze względu na wymienione elementy.

Pytanie w śródtytule jest retoryczne, bowiem "Gorączka..." będzie hitem. Największy teatr na Pomorzu pokazał wielokrotnie, że potrafi połączyć atrakcyjność ze szlachetnością przekazu. "Gorączka..." jest inna, wpisuje się w nurt repertuarowy, który jest mi obcy. Jeśli zależy nam na poziomie naszej kultury, to "Gorączek..." powinno być jak najmniej. Jasne, że kasa musi się zgadzać, ale można ją robić inaczej, budując, wzbogacając i rozszerzając publiczność.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
30 kwietnia 2018

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia