Pycha

"Czekając na Godota" - reż. Michał Borczuch - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Michał Borczuch podważa sens wystawiania dziś Becketta. Ale wychodzi mu na odwrót. Powiedzmy sobie szczerze: gdy ktoś zabiera się do "Czekając na Godota", pytania, po co to robi, w ogóle się nie zadaje. Tego się nie definiuje, tak samo jak nie definiuje się pojęcia zbioru czy punktu w matematyce. Tak samo jest z "Hamletem". To aksjomaty sceny.

Zatem Borczuch idzie pod prąd. Jego łódzki "Godot" powstał jako eksperyment, w którym reżyser bada granice wolności w teatrze. Jak wiadomo, Towarzystwo Beckettowskie zabrania zmieniania w inscenizacjach nawet jednego słowa, i to nawet w didaskaliach. Dlatego w przedstawieniu nie zobaczymy samej dramatycznej sytuacji, którą teatr powtarza od ponad 60 lat i nie ma dość, ale zmagania twórcy z materią, której nie jest w stanie sprostać. Bo Borczuch chce nam powiedzieć, że w dzisiejszym teatrze reżyser nie może być niewolnikiem tekstu. Samo założenie warte scenicznej dyskusji, tyle że wykorzystanie do tego "Godota" staje się dokładnie przeciwskuteczne. Lwią część spektaklu wypełniają bezradne zabiegi z podmienianiem ról Estragona i Vladimira, repetycjami fraz, graniem z dystansu czy w końcu z powtarzaniem słów puszczanych z taśmy; czasem to fragmenty innych wystawień sztuki, czasem didaskalia, czasem zaś przypomnienia restrykcyjnych zapisów o sposobie grania.

Po dłuższej chwili aktorzy sami nie wiedzą, po co tak naprawdę znaleźli się na scenie, choć poczucie bezradności, atmosfera zwątpienia są przecież w to przedsięwzięcie wpisane. Niby są konsekwentni, Borczuch jest z nimi, jednak wszystko i tak się rozsypuje na naszych oczach. Beckett weryfikuje takie działania natychmiast, to oczywiste, lecz najgorzej prezentuje się tu pycha reżysera, który daje do zrozumienia, że autor "Końcówki" to ulubieniec tych, którzy ekscytują się wywietrzała przez lata awangardą. Stąd podwieszone na sztankietach kiczowate kopie rzeźb, które w pewnej chwili zawisają nad sceną Jaracza.

Pewnie tylko wybitny aktor Andrzej Wichrowski odnalazł w tym projekcie kawałek frajdy, bo dane mu zostało wypowiedzieć egzystencjalny monolog Lucky'ego, i robi to przejmująco. Myślę, iż po ludzku nie chciał stracić swojej szansy, zwłaszcza że partię Lucky'ego można potraktować jako fragment samodzielny.

Szkoda, że te luźne przemyślenia dopuszczono do premiery. Ale z drugiej strony mam dziwne przeczucie, że Michał Borczuch sięgnął po Becketta pierwszy i ostatni raz.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
4 listopada 2016

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia