Pytania pustej sceny

"Prolog" - reż. Wojtek Ziemilski - Teatr Ochoty w Warszawie

Czy zdarzyło ci się być pijanym w teatrze? A płakać? To pierwsze kwestie, na które będziesz musiała odpowiedzieć w "Prologu".

Wojtek Ziemilski funkcjonuje na przecięciu teatru, tańca i sztuk wizualnych, w ciągłym ruchu między Polską i Europą Zachodnią. 35-letni reżyser i performer nie ukończył żadnej z polskich szkół teatralnych - studiował za to filozofię, a przygodę z teatrem rozpoczął w... Portugalii. Trudno go przypisać do któregoś z nurtów czy estetyk obecnych na rodzimej scenie - pracuje na marginesie teatru repertuarowego. Zadaje jednak w swojej pracy pytania, które dla teatru w ogóle mogą mieć zasadnicze znaczenie. Czym są, czy są potrzebne i czym mogą stać się jeszcze w teatrze historia, tekst, gra aktorska, wreszcie - widz?

Projekt "Mapa w Komunie Warszawa" Ziemilski zrealizował dla pięciu widzów - bez fabuły, akcji, postaci - podsuwając jedynie sugestie do odkrywania pewnej przestrzeni, tworząc spektakl spacer. W instalacji "Aktorzy" w TR Warszawa uchwycił kluczowy dla aktorstwa moment pomiędzy prywatnością a grą. Rozgłos zyskał jego spektakl "Mała narracja", wykonywany m.in. w teatrze Studio i warszawskim Centrum Kultury Nowy Wspaniały Świat. To performance'owy wykład o odkrywaniu rodzinnej przeszłości, uwikłaniu dziadka artysty - Wojciecha Dzieduszyckiego - we współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, wreszcie - napięciu między konkretną indywidualną biografią a polityką historyczną Instytutu Pamięci Narodowej. W "Prologu", który swoją premierę miał na Krakowskich Reminiscencjach Teatralnych, a właśnie za sprawą Teatru Ochoty trafia do Collegium Nobilium, artysta przenosi uwagę z siebie na publiczność. I przygląda jej się z bardzo bliska.

Widz teatralny staje od czasu do czasu w obliczu sytuacji, gdy udział w przedstawieniu przekroczyć musi zwyczajny rytuał - kup bilet, wejdź, usiądź, klaszcz, wyjdź. Może ktoś z wykonawców zadał mu jakieś pytanie podczas przedstawienia. Może aktor wyciągnął mu publicznie z portfela 20 zł, by potem oddać je dyskretnie (z reguły oddają). Może nawet nasz nieszczęsny teatroman wyciągnięty został kiedyś na scenę. Bardzo często takie "interaktywne" działania irytują. Mało kto je lubi. Trzeba przełamać wstyd i zażenowanie, można narazić się na śmiech. A aktor, jakkolwiek nie byłby uprzejmy, zawsze będzie miał w tej sytuacji przewagę nad odbiorcą - swoją "ofiarą".

Co zrobić z tą przewagą? Można próbować ją usunąć, znosząc podział na scenę i widownię, umieszczając aktorów i widzów w jednej przestrzeni. Na tym polegały między innymi teatralne działania amerykańskiej neoawangardy lat 60., chociażby Roberta Rauschenberga. Legenda amerykańskiego teatru i twórca współczesnej perf or-matyki - Richard Schechner - wespół z Performance Group zrealizował w roku 1969 przedstawienie "Dionysus in 1969"; widzowie wchodzili tam w interakcje z aktorami, nawiązywali z nimi kontakt fizyczny. W polskim teatrze niedawno nawiązał do takich praktyk chociażby Wiktor Rubin, w gdańskiej inscenizacji "Orgii" Piera Paola Pasoliniego - akcja rozgrywała się między rozrzuconymi po sali pojedynczo widzami, o których aktorzy ocierali się, siadali im na kolanach, przydzielali zadania. Zamiast likwidować przewagę wykonawcy, Rubin przemoc obecną w podszytym sadomasochizmem tekście Pasoliniego przełożył na przemoc teatralnej sytuacji.

Zlikwidować aktora

Ziemilski działa dokładnie odwrotnie. Jego odpowiedź brzmi: "zlikwidować" aktora. Przychodząc na "Prolog", widzowie nikogo nie zobaczą. Pierwsza niespodzianka, przed którą stawia nas reżyser: wkraczamy na pustą scenę. Tu nie ma wykonawców. Aktorami stajemy się zatem wszyscy, grając przed - pustymi - rzędami widowni. Uczestnicy tego eksperymentu nie zostają całkiem sami. Od początku towarzyszy im "głos Prologu". Specyficzny tembr rozbrzmiewa w słuchawkach, jakby do każdego z osobna - choć przecież nietrudno się domyślić, że w rzeczywistości każdy słyszy to samo. Padają polecenia i pytania. Te ostatnie odnoszą się do naszych wcześniejszych teatralnych doświadczeń. Są bardzo konkretne, bywają zabawne, ale i obcesowe. Czy zdarzyło ci się być pijanym w teatrze, czy zdarzyło ci się płakać podczas przedstawienia? - to dopiero początek. Odpowiedź "tak" - krok do przodu, "nie" - krok do tyłu. W efekcie powstaje rodzaj socjologicznego badania; ankieta, której wyniki na bieżąco śledzimy w przestrzeni teatru. Na ile jednak jesteśmy sami ze sobą szczerzy, a na ile sugerujemy się spojrzeniem pozostałych uczestników, kreujemy swoją postać w taki czy inny sposób?

Działa tu miękka, ale wyjątkowo skuteczna perswazja. Nadzorcą jest nie tylko głos ze słuchawek, ale i każdy współuczestnik sytuacji - nie chcemy wyjść na tego jedynego widza, który nie umie się bawić... Każdy jest nadzorcą i nadzorowanym - to trudna równość. Ziemilski ma jednak wyjątkowe wyczucie taktu i zmysł teatralnej zabawy. Sprawiają one, że wejść w jego grę jest zaskakująco łatwo. I do pokusy, by mówiący w słuchawkach głos traktować jako skierowany do jednej jedynej osoby, dołącza pokusa, by potraktować tę z definicji sztuczną - bo teatralną - sytuację jako przejaw jakiejś utopijnej bezpośredniości czy szczerości.

Zamiast opowiadać jakąś historię, dekonstruować język czy budować obrazy - artysta proponuje nam po prostu bycie razem w jednym miejscu i czasie; próbę stworzenia wspólnoty, która w teatrze i tak zawsze powstaje, ale tu staje się głównym tematem. "Wspólnota", "bycie razem" - z czym się dziś to kojarzy? W najlepszym razie z naiwnością, w najgorszym z sekciarstwem. Dlatego też od razu mogą pojawić się wątpliwości - które również są tematem spektaklu. Co to za bycie razem, skoro to nie my ze sobą rozmawiamy - a prowadzi nas jeden głos? Może wbrew pozorom stajemy się tu jeszcze bardziej zatomizowani? Projekt Ziemilskiego, konsekwentny i przemyślany, nie ma w sobie ducha radykalizmu lat 60.; reżyser nie stara się rekonstruować ani przelicytować tamtych eksperymentów. Ich pamięć jest jednak obecna, zwłaszcza w drugiej połowie przedstawienia - gdy głos ze słuchawek zastanawia się, czy miałby sens i co dałby nam powrót do tak mocnych gestów - do nagości, seksu, narkotyków na scenie. Czy historia nie powtórzyłaby się tylko jako farsa? Skoro tak - to na czym w teatrze ma dziś polegać przekroczenie? Czy go potrzebujemy? Warto wybrać się na "Prolog", by zadać sobie te pytania.

Witold Mrozek
Przekrój
26 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...