Pytanie do krytyków

o konflikcie w Starym Teatrze w Krakowie

- Chciałbym powiedzieć coś do krytyków. Często znajduję w ich tekstach, przy tej okazji [wydarzeń w Starym Teatrze], nazwisko Konrada Swinarskiego. Teza jest taka, że wolno współczesnemu reżyserowi prowokować, bo Swinarski też prowokował. A ja mam do krytyków pytanie: czy mogliby mi, jako fachowcy, porównać poziomy tych prowokacji? Bo ja ten poziom Konradowy znam, także z autopsji. I wiem, jaki to był poziom tej prowokacji. Czekam na odpowiedź - mówi Jerzy Stuhr

Przebywał Pan przez ostatnie tygodnie w innym świecie, na planie swojego filmu, a tymczasem w Krakowie tyle się działo i dotyczyło teatru, z którego Pan wyrósł, czyli Starego Teatru. Już "wszyscy" się na ten temat wypowiedzieli. Pański głos też byłby tu oczekiwany...

- Nie śledziłem tego tak dokładnie, aby uporządkować wszystkie etapy sporu i odnieść się do nich. Ale chciałbym powiedzieć coś do krytyków. Często znajduję w ich tekstach, przy tej okazji, nazwisko Konrada Swinarskiego. Teza jest taka, że wolno współczesnemu reżyserowi prowokować, bo Swinarski też prowokował. A ja mam do krytyków pytanie: czy mogliby mi, jako fachowcy, porównać poziomy tych prowokacji? Bo ja ten poziom Konradowy znam, także z autopsji. I wiem, jaki to był poziom tej prowokacji. Czekam na odpowiedź.

Krytyk teatralny może to zrobić. Ma dostęp do dokumentów, do opisów przedstawień, może zobaczyć, jaka była wówczas krytyka, z jakich pobudek pisana, dlaczego ktoś, udający dziennikarza, bo posługujący się publikowanymi tekstami, nie chciał dopuścić do premiery. Nieraz reprezentował akurat wszechmocną instytucję cenzury. A więc, jeśli był wtedy skandal lub prowokacja, to miała ona określoną genezę.

To była jedna strona prowokacji. Ale była też prowokacja artystyczna. Uzasadniona, którą przyjemnie było "rozczytać", by zrozumieć.

I wtedy mogę się zgodzić, że jeśli obecni twórcy mają też określoną i świadomą genezę sprawy, to mogą prowokować. Ale jeśli prowokowanie jest zestawem nieodpowiedzialnych żarcików, żeby naskórkowo drażnić odbiorcę np. własnym brakiem kultury, to proszę nazwiska Swinarskiego w to nie mieszać.

Bo łatwo Panu Klacie powiedzieć, że Konrad Swinarski to nawet peep-showy chciał postawić w Starym Teatrze, ale trzeba wiedzieć, jakie i z jakiego powodu! A wiem, bo nawet to miałem reżyserować! Niech Pan Klata powie krytykom, jeśli nie pamiętają, albo krytycy Panu Klacie, jeśli nie wie o czym mówi, że to był wymyślony element scenograficzny, z mocnym ładunkiem dramaturgicznym, który miał się pojawić przy okazji inscenizacji "Opery za trzy grosze" Brechta. Przy tej okazji miało powstać całe miasteczko gangstersko-rozrywkowe, jakim jest np. St. Pauli (dzielnica grzechu w Hamburgu - dop. red.). Pamiętam, jak Konrad żartował, że mi załatwi stypendium artystyczne do St. Pauli, żebym miał rozeznanie... I wiem, że te sex-peep-showy, o których Pan Klata sobie teraz tak łatwo opowiada, to miały być perwersyjne, wymyślone gry i zabawy na bardzo wysokim poziomie inscenizacyjnym. Miasteczko rozrywkowe miało być świadkiem i egzekutorem. Końcowa egzekucja Mackie Majchra miała mieć miejsce właśnie w takim miasteczku. Cały Stary Teatr miał się zamienić w kolorową dzielnicę rozrywki z lat trzydziestych! Tymczasem po latach, ktoś sobie może tak rzucić tymi peep-showami, nie wiedząc, że to jedno pojęcie należało do koncepcji scenograficznej i myślowej. Krytyk powinien postarać się o cały opis. Bo to jest zupełnie coś innego, niż wynika z rzuconego przez Pana Klatę określenia. Jeśli więc krytyk potrafi udowodnić, że te dzisiejsze rodzaje prowokacji są na porównywalnym poziomie artystycznym, czy myślowym, co te dawne Konradowe, to jego obowiązkiem jest pośredniczyć między sceną, a widownią, która ma prawo to wiedzieć. A jeśli to jest tylko żart dla żartu, prowokacja dla prowokacji - to niech nazwiskiem Konrada Swinarskiego nikt sobie, przy tej okazji "buzi" nie wyciera.

Maria Malatyńska
Polska Gazeta Krakowska
7 grudnia 2013

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia