Rabcio zamiast recepty

Teatr "Rabcio" z Rabki pokazuje niezwykłe widowiska

Teatr został założony przez pasjonatów nauczycieli, którzy chcieli chorym dzieciom przebywającym na leczeniu w sanatoriach i szpitalach Rabki przynieść uśmiech, zapomnienie o chorobie.

Jest ich zaledwie 17 osób: razem pracują,  w większości  razem mieszkają, razem też spędzają wakacje. Tworzą zgrany zespół, o którym  jest  od  lat  głośno, zwłaszcza w południowej Polsce,  gdzie regularnie przyjeżdżają ze spektaklami. Dzieci czekają na nich nie tylko w Rabce, ale także w  różnych gminach Podhala, oraz m.in. Olecku, Nowym Sączu, Krakowie, Tarnowie, Katowicach i  Tarnowskich Górach. Nawet  najmniejsi  widzowie wiedzą, że Teatr „Rabcio” z Rabki pokazuje  niezwykłe widowiska o oryginalnych oprawach plastycznych, nawiązujących często do sztuki  Podhala.

– Siłą tego teatru jest mobilność i elastyczność. Teatr umiał się przekształcić w nowoczesną instytucję, nie tracąc jej dawnego klimatu – mówi Grzegorz Kwieciński, łódzki reżyser, który od lat  współpracuje z „Rabciem”.

– „Rabcio” ma w sobie góralską zaciętość, cechę, która spowodowała  rwanie, niezależnie od wysokości dotacji. Racuchy Willa z wielkim napisem na tynku „Watra” jest  duża, międzywojenna  o charakterystycznej dla  tamtych  lat  architekturze. Na  tarasie  stół  i krzesła  odradzają niedawną w tym miejscu biesiadę. Ścieżka, która prowadzi  od  furtki  do  wejścia  jest wąska.  Jesienią  leżały  na  niej jabłka, teraz wszystko przykrywa  śnieg.  Naciskam  klamkę; drzwi   o  willi  są  otwarte, a w niewielkim  przedsionku stoją drewniane skrzynki, sanki, buty.  Uderza  mnie   omowe ciepło,  pachnie  smażonymi jabłkami.  Gdy  pokonuję  kilka stopni schodów widzę,  jak  aktorki  Agnieszka  Kwiatkowska i Krysia Kois krzątają się w niewielkiej kuchni.

– Smażymy racuchy, z własnych jabłek – mówi Agnieszka, częstując mnie jeszcze gorącym plackiem. – Mamy w  grodzie  starą  jabłonkę.  Jej jabłka może nie są piękne, ale smaczne – dodaje. Na wprost schodów  znajduje się sekretariat teatru, a z niego wejście do gabinetu dyrekcji. Teraz, po południu sekretariat  zamknięty, ale jak trzeba skorzystać z internetu, to klucz do niego ma  łódzki  reżyser  Grzegorz Kwieciński,  który  zajął  pokój gościnny w willi na poddaszu. Po lewej stronie drzwi, z napisem  Klub Klata”, prowadzące do wielkiego salonu są otwarte. Na  kanapie  leży  gitara,  a na stojącym na  środku stole otwarta książka. Telewizor ryczy dość głośno.  Obraz  jest  kiepski,  bo to w górach,  dlatego idiotyczny teleturniej  dociera  przede wszystkim  w warstwie  dźwiękowej. Stara  meblościanka  salonu wypchana jest książkami, oprawionymi  w szary  papier pakunkowy.  Pierwszy  tom z brzegu   o  „Tajemnicza  wyprawa Tomka” Alfreda Szklarskiego. Sięgam po kolejne: „Król i aktor” Romana  Brandstaettera, „Zygzaki”  Kraszewskiego, „Teatr  mojego  życia”  Hanny Małkowskiej. Wszystkie  te   pozycje na pierwszej stronie mają pieczątkę „Biblioteka przy Teatrze Rabcio – Zdrowotek”. – korzystamy z książek, które jeszcze mój ojciec poprawił – powie mi potem Nina Handzel–Karpus, która w  pracowni plastycznej teatru działa już 31 lat.

Zdrowotek
– Teatr ten został założony przez pasjonatów nauczycieli, którzy chcieli chorym dzieciom przebywającym na leczeniu w sanatoriach i szpitalach Rabki przynieść  uśmiech,  zapomnienie o chorobie – mówi Zbigniew Wójciak, dyrektor teatru „Rabcio”.
– Do  dziś  dzieciom  służymy.
– „Rabcio”  okrzepł,  pokazał  się w całej  Polsce.  Dawniej  objeżdżaliśmy szkoły, od 1990 roku mamy już dobrze wyposażoną profesjonalną salę o dobrej akustyce. Dajemy rocznie 160 widowisk, z czego 60 w terenie – dodaje.
Wszystko zaczęło się w 1949 roku, dzięki Stanisławie Rączko, pracującej w Referacie Pedagogicznym w Zespole Sanatoriów
Przeciwgruźliczych w Rabce, kierowanych wówczas przez doktora Stanisława Tarnawskiego. To ona zdecydowała się założyć teatr i namówiła do tego plastyka Olgierda  Sawickiego, który zaprojektował
przenośną  scenę,  oraz Władysława  Biedronia  i Stanisława Ciężadlika, pierwszych konstruktorów lalek, projektantów dekoracji, wykonawców strojów i rekwizytów. Na inaugurację,  która się  odbyła 2 listopada 1949 roku w Sanatorium Dziecięcym, wystawiono baśń Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i sierotce Marysi”.

Początkowo teatr grał tylko w osiemnastu rabczańskich sanatoriach. Z racji roli „uzdrawiania”, jaką  pełnił, otrzymał nazwę „Rabcio Zdrowotek”. Przez lata została ona jednak wielokrotnie zmieniana, by dziś brzmieć: Teatr Lalek „Rabcio”. Po pewnym czasie teatr ze spektaklami zaczął objeżdżać miejscowości w Gorcach i na Podhalu. Początkowo aktorzy na spektakle chodzili, ciągnąc za sobą  ręczny wózek pełen lalek, rekwizytów i oświetlenia, potem jeździli furmanką, ciężarówką pokrytą  plandeką, a dziś przemieszczają się nowoczesnym busem.

Przez pierwsze 30 lat „Rabcio” był teatrem objazdowym. Swoją pierwszą stałą scenę otworzył dopiero w 1982 roku, w drewnianym budynku przy ul. Podhalańskiej, gdzie dziś znajdują się teatralne pracownie i magazyny. Od 1990 roku wystawia spektakle w sali przy ulicy Orkana, należącej do sąsiadującej z teatrem parafii św. Marii Magdaleny, ale istnieją już całkiem realne projekty, że będzie miał  niebawem  własną  nowoczesną siedzibę z prawdziwą salą teatralną.

„Rabcio” występował też za granicą, m.in. w Niemczech, Czechosłowacji, Jugosławii, Danii, Szwecji, Hiszpanii, ZSRR a nawet  w Meksyku.  Brał  udział w wielu festiwalach krajowych i zagranicznych, m.in. w Białymstoku,  Bielsku–Białej,  Opolu, Warszawie, Hamburgu, Hanowerze, Zagrzebiu, Splicie, zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia za spektakle. A ostatnio, w grudniu, wystąpił dla publiczności Wiednia.

Powietrze
Spotykamy się rano, w sobotę, na kawie w salonie. Biura teatralne są nieczynne, więc willa „Watra”  pełni  rolę  wielkiego wspólnego domu. Dzieci pracowników teatru biegają po schodach, urządzając wyścigi; ktoś odkurza; ktoś gotuje; muzyka płynie z radia.

Siadamy przy stole.
Agnieszka Kwiatkowska jest w „Rabciu” tylko rok. Wcześniej pracowała w większych ośrodkach, ale bardzo sobie chwali takie życie. Dużo gra, nie ma zawodowych  przestoi,  dostała służbowy pokój w teatralnej willi i ma w koło siebie przyjaciół.

– Opinie o prowincjonalnych teatrach nie są prawdziwe. Nasz zespół nie jest gorszy od tych w wielkich miastach. Mamy więcej czasu dla siebie. Nie biegniemy po próbach na nagrania, castingi, tylko żyjemy bardziej rodzinnie, wspierając się nawzajem – tłumaczy  Agnieszka  Kwiatkowska.
– Poza tym, jak wszyscy w małych teatrach, jesteśmy bardziej odpowiedzialni, bo robimy wszystko.
U nas nie ma garderobianych, a kostium aktor musi sobie sam wyprać, wyprasować i przygotować na scenę – dodaje.

Paweł Stojowski do „Watry” wpadł na chwilę. Nie mieszka tu, ale  z reżyserem  Grzegorzem Kwiecińskim wybiera się na parę godzin  do  ciepłych  źródeł  na Słowację. Czeka na niego w salonie i wspomina; jest w „Rabciu” już 45. sezon. Bakcylem do teatru zaraziła go mama, Dorota Stojowska, należąca do rodziny „Rabcia”, aktorka, reżyserka i autorka tekstów sztuk.

Spaceruje po salonie z rękami w kieszeniach  spodni  i mówi o teatrze, którego przez chwilę był dyrektorem. Wspomina wyjazdy do Meksyku, na tournée, podczas którego wystąpili ponad 20 razy, czy do Hiszpanii w czasie stanu wojennego. –Nasze bagaże, dekoracje zostały wysłane do Hiszpanii jeszcze przed 13 grudnia. A nas stan wojenny zatrzymał w Polsce. Nie chcieli nas wypuścić.

W końcu udało się. Tutaj było smętnie i ponuro, a myśmy spędzili niezwykłego sylwestra w Sewilli – opowiada. Krysia Kois do teatru trafiła dzięki zbiegowi okoliczności. Jako absolwentka technikum gastronomicznego weszła zapytać o byle jaką pracę, ale w teatrze. Gdy weszła do budynku, została zatrudniona  jako  adeptka  i to w ciągu pięciu minut. – Byłam zdziwiona, ale zadowolona. Okazało się jednak, że czekali na inną dziewczynę. W końcu, po rozmowach z reżyserem przyjęli nas dwie. Zaczynałam od praktyki w pracowni plastycznej. Robiłam włosy  do  „Cezarego  Kopytki” – mówi Krysia Kois.

Z miłości do teatru zdała do szkoły teatralnej w Białymstoku. W tym roku kończy, pisząc pracę magisterską o „Rabciu”, którego jest ogromnym fanem. Gra w kilku przedstawieniach i od kilku tygodni mieszka już w „Watrze”; pokój dla niej został już wyremontowany.  – Tutaj  dopiero w„Rabciu”, w „Watrze” czerpiesz powietrze.  Tu  wreszcie  żyjesz – mówi Krysia.

Marcin  Dąbrowski,  który w willi zajmuje pokój nad salonem, przyjechał do „Rabcia” kilka miesięcy temu prosto ze Szczecina.

Nie zdążył się jeszcze zaaklimatyzować, ale już jest zadowolony, bo piękna willa, duży ogród, żona  ma gdzie malować, a dwuletni syn rośnie w świeżym powietrzu.

Królowa Śniegu
Pęk kluczy do pracowni jest duży; Janina  wyciąga  go  z kieszeni i otwiera drzwi starego, drewnianego budynku. – Najpierw trzeba włączyć prąd –mówi Janina Handzel–Karpus i przestawia wielką wajchę. Nie miała zamiaru pracować w teatrze, ale gdy po skończeniu  Liceum  Plastycznego w Wiśniczu dyrekcja teatru zaproponowała jej pracę w pracowni plastycznej, nie odmówiła. Kolejne wyzwania ją pochłaniały, jedna premiera za drugą. Najpierw „Kije samobije” potem „Tomcio Paluch” i tak minęło 31 lat.

Światło i muzyka z radia pojawiają się jednocześnie. Już w korytarzu leży piękna Królowa Śniegu, ozdobiona kryształami, ale gdy wchodzimy do największego magazynu, na stojakach aż roi się od  bajkowych postaci. Krasnale patrzą wesoło na Janosika, Alladyna, Tezeusza, Sierotkę Marysię,  Maciusia czy Czerwonego Kapturka. Kilkadziesiąt postaci z „Wesela” ma nie tylko swoje stojaki, ale odrębne pomieszczenie.  – Te lalki wróciły właśnie z wystawy. Musimy je sprawdzić, w jakim są stanie, podreperować odświeżyć i schować – mówi Janina Handzel–Karpus.

** *
Kiedy gasną światła w sali „Rabcia”, cichnie dziecięcy gwar. Stu pięćdziesięciu małych widzów ściśniętych  na  drewnianych ławach, pilnie obserwuje scenę. Reagują żywo, śmieją się, dają rady  głównym bohaterom. Widać, że są zafascynowani przedstawieniem „Kukułcze jajo, czyli ptasie  przygody misia”. Niektóre z dzieci podchodzą do sceny, niemal się na niej kładą, a te bardziej odważne  na  nią  wchodzą.  Po przedstawieniu przytulają się do lalek, głaszczą misie, oglądają ich  mechanizmy. – Pozwalamy na to. Teatr jest dla dzieci i nawet jeżeli coś zniszczą czy zepsują, to  naprawimy. Niech pieszczą misie, ptaki, królewny. To ich świat, który my im wyobrażamy – mówi Janina Handzel–Karpus.

Agnieszka Malatynska-Stankiewicz
Dziennik Polski
26 lutego 2009

Książka tygodnia

Życie niedokończone
Wydawnictwo Żywosłowie
Lech Raczak, Jacek Głomb

Trailer tygodnia