Raduszyńska nadaje z Sofii

Syndrom Andersena II,

Hans Christian cierpiał z powodu niedocenienia swoich dramatów. Ale przecież są jeszcze baśnie! A Andersen dobrze wiedział, że są świetne, nawet, jeśli kręcił na nie swoim długim nosem - o spektaklach na sofijskich scenach pisze Katarzyna Raduszyńska.

Teatr Narodowy Iwan Wazow zaprosił mnie ponownie i podwójnie. Wieczór po wieczorze. Na początek "Polowanie na dzikie kaczki" według sztuk Wampiłowa w reżyserii reżysera rosyjskiego. Wchodzę na widownię, atmosfera wspaniała, ludzie rozmawiają, śmieją się. Scenografia ogromna, pochyła w stronę widowni scena, na niej futryna z drzwiami, łóżko, szafy, sznury do bielizny i niebielizna na nich, maszyna do pisania, aparat telefoniczny, bukiet sztucznych kwiatów, ogromny stół, ławka, tonetowe krzesła, lustro, tekturowa ściana, garderoby dwie na wieszakach, a na nich kostiumy z każdej epoki, krzyż, trociny, pierze, walizki, butelki, strzelba, plastikowe krzesła, butaforowe kamienie, par butów ze trzydzieści i dziewiątka aktorów, a jakoby setka. Ani chwili ciszy, muzyka spektaklowa trwa trzy godziny, z czego dwadzieścia minut to wolniutka wersja "Lulajże Jezuniu". Jako, że to według Wampiłowa, to opowieść oscyluje między "Opowieściami o zwyczajnym szaleństwie" Zelenki, "Wiśniowym sadem" i Wampiłowem. A inscenizacja! Na bogato! Każdy rekwizyt + mikrofony wykorzystany! Sceny zagrane z rozmachem! Monologi powiedziane i to jak prawidłowo i głośno! Życie Wiktora Ziłowa rozpięte między jednym a drugim sznurem i futryną jest skomplikowane i chaotyczne. Ale w inscenizacji chaosu brak. Asystentka dyrektora teatru mówi mi na ucho, żebym się nie przejmowała, jeśli czegoś nie zrozumiem, bo to jest teatr awangardowy. Nie chcę, żeby gadała do mnie podczas spektaklu, bo jest co oglądać, bo ja zamiast do awangardy wracam do lat 90-tych, do Wałbrzycha, gdzie oglądałam pierwsze spektakle w życiu, głównie w reżyserii zmarłego niedawno, Wowo Bielickiego. Pamiętam "Cyrano de Bergerac'a" Rostanda, "Volpone" Bena Jonsona czy "Tramwaj, zwany pożądaniem" Williamsa. Co to były za inscenizacje! Feeria barw i frenetyczne oklaski! I po dwudziestu latach od tamtych wydarzeń, znajduję się ponownie w takim teatrze, gdzie kiedy bohater pije wódeczkę, to się krzywi, kiedy tańczą na stole, to na całego, a rajstopy pań są podarte od miłosnych wzlotów. Ale jest coś w tym teatrze uwodzącego - niezliczona ilość rozwiązań scenicznych i sytuacyjnych wbrew zasadzie "mniej znaczy więcej" , tu sprawdza się doskonale. Scena, kiedy Ziłow wraca do żony i w drzwiach/futrynie przeprasza ją za swoje zachowania, a z kieszeni wyciąga w trakcie tego przepraszania ogromną ilość łyżek stołowych, które brzęczą, upadając - wstrząsająco-absurdalna. Tego zuvielu jest tak dużo, tempo spektaklu coraz szybsze, aktorzy krzyczą, biegają, skaczą, upadają i to się ogląda! I to nie jako relikt przeszłości, a tragikomedię i to udaną. Asystentka dyrektora po wszystkim mówi: Świetne, prawda? To bardzo poważne przedstawienie!

Następnego dnia idę na "Życie jest piękne" według "Samobójcy" Erdmana. Wchodzę na widownię, scena przebudowana, orkiestron zdemontowany, stoi w tej przestrzeni łoże małżeńskie, trzy pralki, na nich posłanie, a po prawej stronie kuchnia z kuchenką, na której Siemion później usmaży jajecznicę. Z bokach dwie pary schodów, prowadzące do "domów" , a z tyłu na sztankiecie wiszą przeogromne bielizny pościelowe. Bielizny damskie i męskie są porozwieszane na balkonach widowni, atmosfera jeszcze bardziej familijna, niż wieczór wcześniej. Aktorzy w liczbie 30 są już na scenie, ustawiają antenę telewizora, podają ją widzowi do trzymania. Zaczyna się trzygodzinne show z fajerwerkami, których już dawno w teatrze nie widziałam. Zapominam o poprzednim wieczorze, zostaję wciągnięta w opowieść o Siemionie, jego żonie i miasteczku gdzieś w Rosji. Aktor, grający Siemiona to człowiek-orkiestra - gra na puzonie, śpiewa, tańczy, wygłasza, śmieje się, płacze, skacze, biega i nie popełnia samobójstwa. Bielizny falują, aktorzy na wszystkich poziomach sceny grają, śpiewają i tańczą do muzyki, granej na żywo. Inscenizacja przeszła moje wszelkie oczekiwania, machina pędzi nie do poskromienia, ponownie jest coraz szybciej, coraz bardziej monumentalnie, obrotówka się kręci, muzyka podniosła. W drugim akcie na scenę wjeżdża prawdziwy grill, kiełbaski się pieką, wódeczka leje się butelkami, wesoło, głośno i hucznie! Cały zespół jest orkiestrą, grającą ogromny utwór teatralny, z operowym rozmachem i mnie to śmieszy i bawi. Są momenty, kiedy myślę: nie wierzę, że to się dzieje naprawdę; ale kolejna scena jest jeszcze bardziej i nie wierze już w kolejną rzecz, a to się dzieje i coraz więcej się dzieje. Mój zachwyt sięga zenitu, kiedy asystentka dyrektora nachyla się do mnie i szepcze: widzisz tego z siwymi, długimi włosami, w czarnym kapeluszu i czarnym płaszczu? To reżyser, zwróć na niego uwagę, tylko on je te kiełbasy na tej scenie, nikt inny. Zawsze zjada.

I jadł, ten bułgarski Andersen, w kostiumie Włóczykija z Muminków, a ja przypominam sobie niedawną tu premierę "Hamleta". Kiedy Hamlet na początku spektaklu, po wywołaniu na scenę aktorów, światła i muzyki, wywołał deszcz, który zaczął padać z deszczownic wprost na scenę, naprawdę, przysięgam, bez grama koloryzacji - cała widownia wydała z siebie dźwięk podziwu i uznania - łaaaaaał.

Katarzyna Raduszyńska
Materiał Teatru
17 grudnia 2012

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia