Rany krwawiące wewnątrz

"Sieroty" - reż. Grażyna Kania - Teatr Powszechny im. Z. Hübnera w Warszawie

Pierwszy z konkursowych spektakli Festiwalu Prapremier był dobry, choć mógłby być lepszy. Widz został zamknięty w czterech ścianach domu, w którym z krwią wylały się traumy wszystkich członków rodziny. W niedzielę w ramach Festiwalu Prapremier Teatr Powszechny z Warszawy wystawił "Sieroty"

Spektakl wyreżyserowała Grażyna Kania, znana bydgoskiej publiczności z "Nordost" czy "Motortown". I już wiadomo było, że rzecz nie będzie prosta. Napięcie było wyczuwalne już, zanim aktorzy weszli na scenę - zamkniętą w jednym pokoju o białych ścianach. Wchodzącym na widownię widzom towarzyszyła bardzo niepokojąca muzyka.

Mocny akcent na początek. Chłopak w koszuli całej we krwi staje w domu Danny\'ego i Helen. To jej brat, Liam. Jeśli ktoś w pierwszym rzędzie jest wrażliwy na widok krwi (nawet sztucznej), wyrazy współczucia. Co się stało? Na ulicy leżał człowiek, nieprzytomny, poraniony. Dzielnica niebezpieczna. Liam go przytulił i się pobrudził. A potem ranny wstał i uciekł. Ale jak to wstał, nieprzytomny? Chłopak miesza się w zeznaniach, aż w końcu na jaw wychodzi straszna prawda, która efektem śnieżnej kuli obnaża każdego z członków tej rodziny.

Charakterystyki bohaterów dopełniała znakomita scenografia. Białe ściany po zgaszeniu światła zamieniały się w dzielnicowe graffiti. Ale to nie wszystko. W pierwszej części Helen i jej brat ubrani są na zielono, Danny w krwisto - nomen omen - czerwony sweter. Na białym stole leżą czerwone płatki róż, zielone listki tego kwiatu (Liam przerwał romantyczną kolację), na półmisku jest danie przyozdobione zieloną sałatą. Czy kolory są przypadkowe? Nie sądzę, bowiem w drugiej połowie rodzeństwo występuje w strojach bladobrązo-wych. Bo mimo pozornych różnic - ona zamożna żona, on nieudacznik - w środku są tacy sami. Jest to możliwe, sądząc po tym, co w drugiej części dzieje się z Dannym. Mąż kobiety w pierwszej części był zdecydowany, miał jasne zasady ("ktoś jest ranny, trzeba wezwać policję"). W miarę rozwoju wypadków, jego poglądy roztopiły się, stały się szare jak prochowiec, w którym wrócił z szopy, gdzie na życzenie żony - tej atrakcyjnej i dobrze sytuowanej - torturował człowieka. Co więc było w spektaklu nie tak? Po mocnym, krwistym wejściu zaczęły się przydługie gry słowne, które pozwoliły, by myśli widzów wymknęły się z tego toksycznego domu. Na szczęście na chwilę. Później nie pozwolono widowni się nudzić.

Na brawa zasłużył także chłopiec grający syna pary. Niby tylko wszedł i przytulił się do scenicznej mamy, w której ramionach usnął. Ale nie każdy sześciolatek by tak potrafił.

Katarzyna Oleksy
Express Bydgoski
5 października 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia