Raz lubieżne, raz zejściowe wyciąganie nóg

"Północ w Breslau" - reż. Maciej Masztalski - Ad Spectatores we Wrocławiu

W naszym ulubionym teatrze premiera okazała się zręczną, nie pozbawioną zaskakujących momentów historią. Powojenny Wrocław przeplatał się z jego wcześniejszymi wersjami, surowość warunków życia czasów odbudowy kontrastowała z rozpasaną dekadencją narkotykowego fin de cieclu, przaśność przyodziewku – z wyszukaniem stroju, wyuzdanie „dziwek" – z pospolitością kobiet dobrze prowadzących się, pragnących stabilizacji życiowej, puszczalskie wielce krytykujących.

Absurdalny humor, słowny i sytuacyjny, dobrze utrzymywał uwagę widza. Czekaliśmy na następną udaną minizabawę, na kolejny nieoczekiwany mikrozwrocik, chrząknięcie znaczące, grymas w skutki brzemienny. Po pierwszych scenach wydawało się, że całość będzie niespójna i sztucznie pozszywana, jednak koncepcja Autora tym razem przewidywała fragmentaryczność jedynie pozorną, a klamry narracyjne – stalowe, nierdzewne. Można by to wszystko  nawet opowiedzieć w kilkunastu zdaniach, ale nie zrobię tego, bo z pewnością wyszłoby znacznie gorzej niż rzecz oddana na scenie.

W sztuce prawdopodobnie ujawniły się sympatie polityczne reżysera Macieja. O ile obsadził Jarosława w roli milicjanta węszącego wszędzie spisek Rosjan, rzadziej Niemców, zaś Leszka – jako jego kolegę, który na dłuższą chwilę zniknął w łazience, a wszystkim się zdawało, że nie zagra więcej, ale jemu mało, o tyle tym, którzy przy władzy tkwią aktualnie darował. Nie wiem oczywiście, kto aktualnie sponsoruje jego teatr, ale domyślam się, że nie PiS i nie SLD. Nie upierałbym się oczywiście przy postaciach, dajmy na to, ubeka Donalda czy ciecia Bronisława, ale już na przykład powołanym i tak do niewdzięcznej służby akowcom Autor mógłby dać na chrzcie Donek i Bronek. Zamiast wskrzeszać dawno zmarłych literatów zderzyłby z jakimś niemieckojęzycznym literatem, w tym przypadku Kafką, konsekwentnie, kolejnych wybrańców narodu.

Brak najważniejszych postaci w państwie nie był jednak głównym problemem przedstawienia. Była nim scena. Oczywiście możliwość wychodzenia i wchodzenia z „korytarza", z „łazienki" i z „sypialni" pozwoliły zrealizować się fabule, a nawet nie zdziwiłbym się, gdyby fabuła była pisana pod tę scenę, lecz miejsca do gry było na tyle mało, że siedzący przede mną na dziecięcym zydelku mężczyzna w trosce o swe członki cofnął się o kilkanaście centymetrów. Pewności nie mam, dopytać nie było okazji, ale domyślam się, że to ostre szpilki rozciągającej zgrabne nogi aktorki wyzwoliły u niego to prewencyjne posunięcie. Widok widokiem, pokusa pokusą, a mężczyzna musi chronić to, co najcenniejsze.

Aleksandra Dytko w tej sztuce wystąpiła nie tylko w roli apetycznego ciasteczka, blondynki drugiej mądrości, w jakiej zazwyczaj jest obsadzana. Najzabawniejszą postacią była Pani Baum (ja miałem skojarzenia z wołaniem na „panią Baush" z jednego z wałbrzyskich przestawień Pawła Moniki Strzępki-Demirskiego, Ela – nie), zupełnie niepociągająca, za to zagrana ekstremalnie, przerysowana i napisana w taki sposób, że otworzyła nowe możliwości aktorce zazwyczaj wtłaczanej w okowy cielesności.

Nawiasem mówiąc szybkość, sprawność i całkowitość charakteryzacyjnych i kostiumowych metamorfoz, które przechodziły aktorki i aktorzy, budziły podziw. Od zaniedbanej konkubiny bezzębnego pijaka do przesadnie zadbanej opiumowej hedonistki, od wyuzdanej seksbomby do prymitywnej, jazgoczącej, hm, konsierżki, topornie strzegącej domowego miru, od wariata w szlafroku do wyniosłego służącego, od prostego policjanta do pogiętego tancerza, i tak dalej, któżby to ogarnął. Ruchoma; przenośna scenografia i oddzielanie scen ciemnością pozwoliły się temu wszystkiemu skleić. Głośna, odwracająca uwagę muzyka ułatwiła logistykę przedstawienia.

Brak przestrzeni zresztą nie tylko wdziękom aktorek nie pozwalał się w pełni rozpostrzeć. W przedstawieniu było dużo ruchu, trochę, hm, tańca, jedno wyniesienie w powietrze, wiele wtargnięć i zniknięć, bezbożnych zbliżeń, zapadnięć w pufy, dziwacznych znieruchomień i ostatecznych upadków, gestykulacji i niemożliwego do powstrzymania parcia. Jakże to wszystko miało się pomieścić na tka małej scenie? Aż dziw, że wszystko to się nie rozsadziło i nie obryzgało widowni niczym zawartość gigantycznego smakosza, któremu restauratorzy z Monty Pythona podali o jeden przysmak za dużo. Na szczęście Masztalski nie zaserwował żadnego miętowego opłatka. Całość trwała tyle, ile w tak trudnych scenograficznie i pneumologicznie (dziękujemy temu, kto otworzył okno) warunkach. Utrzymywała uwagę, bawiła, chwilami umiarkowanie, indziej zaś – i to należy uczciwie przyznać – setnie.

Najzabawniejszą sceną, jak dla mnie, była ta, w której akowcy wykonywali wyrok podziemnego państwa. Patos tego rodzaju manifestacji, ich pompatyczność i zbędność, został w groteskowy sposób zestawiony z absurdem zabijania, choćby tego słusznego, w imię obrony jakichś wartości. Niewiele ustępowało jej zwalczanie przez krewką sąsiadkę „hałasu i dziwki". Trudno też było nie docenić buńczucznego lokaja („Pozwoli pani, że sam zadecyduję, kiedy ich wpuszczę. Cierpliwość jest cnotą") czy zabawy teatralną umownością (samogrające pianino). Wreszcie scena szybkiego narastania emocjonalnej bliskości między milicjantem i konkubiną nieodparcie przypominała gwałtowny przypływ uczuć pomiędzy płatnym mordercą a jego niedoszłą ofiarą w jednym z nowszych filmów Marka Piwowskiego.

„Północ w Breslau" przyniosła także skorzystanie z nowoczesnej technologii, tym razem w formie parodii pokazu multimedialnego. Podobało mi się to, głównie z przyczyn zasadniczych. Według mnie środki audiowizualne, w tym zwłaszcza projekcje na dużych ekranach, są w teatrze coraz częściej nadużywane. Nie sądzę, aby sam reżyser podzielał ten pogląd, skoro zdarzały się przedstawienia Ad Spectatores niemal wyłącznie multimedialne („Egzorcysta"), ale liczy się efekt. A ten był komediowy. Świecenie z ręki rozedrganym projektorem przypominającym latarkę na kartkę trzymaną przez kogoś rysunków mózgu – oto wersja, nomen omen, light, koturnowych projekcji na telebimach zawieszonych nad gigantycznymi scenami. Rzucanie zostało ograniczone przestrzenią, można by rzec. Jaka scena, taka projekcja.

W pomieszczeniu sporo było ruchu i hałasu. Zwłaszcza ten ostatni był nie do odparcia. Stare kawałki AC/DC, Deep Purple, Iron Maiden czy Dire Straits sprawiły mi dużo radości, ale strzelaniny – znacznie mniej. Rozumiem, że teatr zakupił pistolety wraz z zapasem niegroźnej amunicji i teraz musi broń zamortyzować, a naboi się pozbyć zanim zainteresuje się nimi agent Tomek. Nie dziwi mnie więc, że celuje się i strzela już w drugim kolejnym przedstawieniu, na które zostaliśmy zaproszeni (jeszcze raz dziękujemy, Panie Maćku, bardzo Pana lubimy), lecz warto pamiętać o pewnych zasadach.  Pozwolę sobie więc na pewną akustyczno-laryngologiczną sugestię, pomimo że nie jestem ani akustykiem, ani tym bardziej laryngologiem, a jedynie kimś, kto dawno temu miał przykre doświadczenia w konsekwencji dwóch kolejno oddanych strzałów.

A oto moje przesłanie dla świata zainspirowane niecierpliwym pociąganiem za cyngiel Włodzimierza Chomiaka, spod okna. Warto zachować odstęp pomiędzy strzałami. Jeśli dwa zostają w odstępie krótszym niż sekunda, to na skutek skumulowania dwóch uderzeń rośnie prawdopodobieństwo uszkodzenia nerwu słuchowego. Z performatywnego punktu widzenia różnica jest niewielka, lecz przy tak bliskich odległościach, jak te w browarnianej ciasnocie i przy detonacjach znacznie głośniejszych niż te z kapiszonów, szum w uchu lub uszach może pozostać na całe życie.

Coś jak nieuleczalna wersja pieczenia po radości, które wystąpiło zamiast radości pieczenia z Kasią. Kim do kurki nędzy jest Kasia? – zapytacie. – Margaryną z niegdysiejszej reklamy, oczywiście. „Z Kasią ci się upiecze".

W spektaklu zadebiutowała jako aktorka Lucyna Szierok. Wyglądała atrakcyjnie, wniosła mnóstwo energii, a wyróżnić się pod tym względem w tak tryskającym energią zespole to nie lada osiągnięcie. Pokazała też, jak ważna dla niej jest możliwość samorealizacji w komedianctwie. W końcu poddanie się publicznie analnej (i wyłącznie takiej!) penetracji uznać można za ofiarę dla Melpomeny. Także po końcowych brawach gotowa była wypić butelkę mocnego trunku, choć może tylko tak udawała. Ela stwierdziła, że popijała nawet, gdy częstujący ją kolega jej darowal („No, dobra, żartowałem") i że korzystała z deklaracji gwarantowanego wyniesienia ze sceny. Jeśli tak, to dobrze o niej świadczy. Oddanie sprawie i zaufanie do współpracowników są w dzisiejszych czasach  bezcenne.

Wszystko to dobrze rokuje na przyszłość. Trochę pracy czeka ją, jak na mój niedoskonały osłuch, z głosem w górnych rejestrach przy szybkim tempie artykulacji. Fakt, że akustyka pomieszczenia była nieprzychylna aktorom, lecz także wywrzeszczane kwestie powinny być przecież łatwe do zrozumienia, jeśli komiczny efekt ma być pełny. Natomiast debiutantka świetnie pracowała mimiką i ciałem, a to w tak nieuchronnie bliskich planach działa. Będziemy trzymali kciuki, pani Lucyno.

„Północ w Breslau". Reż: Maciej Masztalski, scenografia i kostiumy: Ewa Beata Wodecka,  obsada: Aleksandra Dytko, Lucyna Szierok, Martyna Witowska, Jakub Giel, Marcin Chabowski, Włodzimierz Chomiak, Łukasz Chojęta.
Grupa Artystyczna Ad Spectatores we Wrocławiu, Scena w Browarze Mieszczańskim. Premiera 24 sierpnia 2013 roku.

 

Jarosław Klebaniuk
dla Dziennika Teatralnego
26 sierpnia 2013

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia