Raz serio, raz żartem - bo takie jest życie

sylwetka Grażyny Bułki

Grażyna Bułka zagrała ponad 60 ról teatralnych, przede wszystkim w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, a ostatnio także w katowickim Korezie. Damy, prostaczki, kobiety mądre i naiwne, kobiety szczęśliwie zakochane i te, które poznały gorycz porzucenia. 60 różnych życiorysów

"Z niczego nie ma nic" zwykła mówić pani Cholonkowa w przedstawieniu Teatru Korez. A Grażyna Bułka, która wcieliła się w panią Cholonkową już ponad 360 razy, ilekroć wygłasza tę kwestię, nie może pozbyć się wrażenia, że to nie słowa bohaterki, ale jej własna dewiza życiowa.

Osiągnęła uznanie i popularność jako aktorka, ma wspaniałą rodzinę, nie brakuje jej wiary w przyszłość. A przecież każdy sukces okupiła mniejszym lub większym stresem, nie oszczędzały jej choroby, a wrodzona nadwrażliwość, mimo przeogromnego poczucia humoru, każe zamartwiać się o wszystkich dookoła. Nawet o małą maskotkę Głoda (tego z reklamy), któremu udziergała na szydełku płaszczyk, gdy ktoś w rodzinie zażartował, że biedakowi chyba jest zimno. Szydełkowanie to zresztą jej sposób na wyciszenie emocji po ciężkiej próbie w teatrze albo długim dniu na planie filmowym. Szydełkowanie i... Eurosport, który namiętnie ogląda nocami.

- I tak ma być, raz serio, raz żart - mówi - bo życia nie powinno się łykać chochlą, tylko małymi łyżeczkami. Łyżeczką smakujesz dłużej i na pewno się nie zakrztusisz.

Z prawie trzydziestu lat pracy zawodowej, tylko dwa pierwsze spędziła poza Teatrem Polskim w Bielsku-Białej, który sobie wymarzyła, zanim jeszcze uzyskała artystyczny dyplom. Przyjechała do tego miasta jako słuchaczka Studium Aktorskiego przy Teatrze Dzieci Zagłębia w Będzinie na festiwal sztuki lalkarskiej. Usiadła na wyściełanej czerwonym aksamitem widowni, popatrzyła na pustą scenę i, jak zapewnia, absolutnie świadoma odrobiny egzaltacji pomyślała, że zrobi wszystko, żeby tu kiedyś zagrać. Ona, dziewczyna z Lipin, z rodziny, w której nikt nie zajmował się aktorstwem, choć wszyscy mieli artystyczne zainteresowania i sprzyjali ambicjom swojej Grażynki - więc ona stanie tu kiedyś i zagra.

- No i jak stanęłam - śmieje się dzisiaj - tak stoję. I nie zamierzam się nigdzie ruszać. Piękne miasto Bielsko-Biała, kochany teatr i dobrzy ludzie wokół domu w Czechowicach-Dziedzicach, który latami budowaliśmy z mężem. Teoretycznie razem, bo ja mam w swojej biografii rok nauki w policealnej szkole budowlanej, ale choć to była wspaniała szkoła, to chyba jednak wznoszenie szalunków nie jest moim powołaniem... - dodaje.

Silą Grażyny Bułki jest emocjonalna prawda postaci, które buduje na scenie. Aktorka ma świetny warsztat i do swoich ról dystansuje się w oczywisty sposób, ale jeśli tylko może, wspiera się wspomnieniami lub obserwacjami innych ludzi. Gdy grała dziewczynę molestowaną seksualnie przez ojca, w sztuce pt. "Milczenie" Shelagh Stephenson, uświadomiła sobie, że nie zna nikogo, kto przeszedł takie piekło. Nie miała odniesienia, nie potrafiła sobie wyobrazić skali krzywdy i bólu, bała się, że nie potrafi zagrać bohaterki wystarczająco wiarygodnie. Ale ból, pomyślała, to ból. I sięgnęła do wspomnień własnego cierpienia po ciężkiej operacji. Ta rola stała się jej wielkim sukcesem, choć po każdym spektaklu schodziła ze sceny, udręczona jak... po tamtej operacji. Ale przecież, mówi teraz, "z niczego nie ma nic".

Dokładnie w ten sam sposób pojmuje aktorstwo także jej syn Piotr, który zjechał do domu po zaliczeniu IV roku studiów w łódzkiej Filmówce. Właśnie szykuje się do przedstawienia dyplomowego i chyba po raz pierwszy gada z mamą tak dużo o czekającej go roli. - W tej mierze - zasępia się żartobliwie Piotr - to w naszej rodzinie nie ma równowagi. Ja oglądam mamę w każdym nowym spektaklu, a mama na przedstawieniu z moim udziałem była tylko raz. I w dodatku twierdzi, że chyba nie wie, który to ja byłem!

- A, bo się strasznie denerwowałam - odparowuje cios Grażyna Bułka - własne dziecko miałam recenzować?!

Ale jest z Piotra dumna. Z Jakuba, starszego syna, równie mocno. Jakub, choć ukończył studia w zakresie wychowania fizycznego, pracuje w bankowości. Z medalowymi sukcesami zajmuje się jednak także uprawianiem judo.

Sport to w tej rodzinie w ogóle jakaś pozytywnie zakręcona obsesja. Mąż Grażyny, Bogusław był kiedyś reprezentantem Polski w kajakarstwie, teraz zachłysnął się żeglarstwem. Synowie uprawiają różne dyscypliny, a judo jest na ich liście numerem jeden. Grażyna grała kiedyś w piłkę ręczną, dziś uwielbia pływanie. Ale o teatrze mówi się w tym d tak samo często, jak o rekordach i medalach sportowych. Pan Bogusław ogląda wszystkie premiery żony, a jej Złote Maski zajmują poczesne miejsce na kominku.

- To cieszy - mówi aktorka - czuję w domu wsparcie. Ale nie wyobrażam sobie, żeby nasze wspólne życie przebiegało wyłącznie pod dyktando moich przedpremierowych frustracji. Staram się, żeby ten dom funkcjonował, jak wszystkie inne. Lubimy gotować, chętnie przyjmujemy gości, wyjeżdżamy. I tak jest dobrze, bo jeśli czuję się szczęśliwa, to także dlatego, że umiałam złapać równowagę między życiem zawodowym i rodzinnym.

Aktorstwo to jednak zazdrosna i zaborcza profesja. Jeśli Grażyna ma przed sobą wyjątkowo trudne wyzwanie, reszta domowników raczej schodzi jej z drogi. Tak na chwilę, na wszelki wypadek. Mimo długiego teatralnego stażu, nowe role przyjmuje z takim samym przejęciem. Musi sobie najpierw postać wyobrazić, a dopiero potem, szczegół po szczególe, zbudować. Tak jest od początku, bo zanim Grażyna Bułka zdała egzamin z dramatu, uczyła się lalkarstwa. A to specjalizacja, która wyrabia w aktorze przede wszystkim dwie cechy: wyobraźnię i empatię.

- To przecież od emocji aktora zależy, czy lalka, w końcu jednak martwy przedmiot, stanie się na moment żywą istotą. Jeśli nie pokochasz lalki, jeśli jej nie zrozumiesz - tłumaczy aktorka - to ona pozostanie tylko pacynką czy kukiełką. Ale gdy pokochasz, przeniesie najmniejszy ruch twojej ręki i drżenie głosu. Tak samo jest z postaciami dramatu czy komedii w żywym planie. Przecież na zdrowy rozum, to tylko zapisane na papierze słowa! A ty sprawiasz, że zamieniają się w prawdziwego człowieka, któremu widownia współczuje, albo go potępia, albo... nie wie, co ma o nim sądzić - dodaje.

Niejednoznaczność scenicznych postaci to cecha charakterystyczna aktorstwa Grażyny Bułki. Gdy grała Matkę w sztuce Martina McDonagha "Królowa piękności z Leenane", wiedziała, że to postać okrutna, a nawet sadystyczna. A przecież nadała jej rys bezbrzeżnego strachu, dopadającego w starości wszystkich ludzi; i tych dobrych, i tych złych, w jednakowym stopniu. Taka interpretacja pogłębiła rolę, ukazując ambiwalencję naszych reakcji i naszych ocen.

Mroczne dramaty kosztują ją zresztą mnóstwo nerwów.

- Taki Ibsen na przykład - mówi - emocjonalna siekiera wisi w powietrzu, ciągniesz sceniczne emocje długo po przedstawieniu, trudno ci się wyzwolić z dramaturgicznej pułapki... Co innego Czechow. Cudowny, wieloznaczny Czechow, w którego sztukach dramat przeplata się z komedią, a aktor zawsze ma wrażenie, że odkrywa coś na nowo. Wiem, co mówię, zagrałam Raniewską w "Wiśniowym sadzie", gdy miałam tylko 33 lata i do dziś pamiętam, jaka to przyjemność zanurzyć się w tekście Czechowa.

Grażyna Bułka zagrała ponad 60 ról teatralnych, przede wszystkim w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, a ostatnio także w katowickim Korezie. Damy, prostaczki, kobiety mądre i naiwne, kobiety szczęśliwie zakochane i te, które poznały gorycz porzucenia. 60 różnych życiorysów i głębokie przekonanie, że "z niczego nie ma nic". A Cholonkowa, nawiasem mówiąc, też nie wzięła się znikąd. - To jest symboliczny portret wszystkich moich ciotek z Lipin, które jak się w naszym familoku zebrały, to słychać je było na końcu Świętochłowic. Taki mój powrót do dzieciństwa.

Henryka Wach-Malicka
Polska Dziennik Zachodni
2 sierpnia 2010

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia