Razem, czyli osobno

"Udręka życia" - reż. Adam Opatowicz - Teatr Polski w Szczecinie

On i ona, Jona i Lewiwa, stare małżeństwo, noc i wspólne A w istocie: wspólne życie, jak skopana pościel i przerwany sen; życie, którego kres właśnie nadchodzi. Skromna, by nie rzec żadna, fabuła, kameralna narracja, ascetyczna sceneria, metafora w tle, ale nie nazbyt nachalnie z tego tła ku nam wyglądająca.

Nic nowego niby, podobnych sztuk powstało wiele, ukuto nawet dla nich termin "komedia rodzinna", a przecież "Udręka życia" izraelskiego dramaturga Hanocha Lewina - grana z powodzeniem na całym świecie, a od dwóch lat robiąca furorę i u nas - traktowana jest dużo poważniej niż większość z nich. I słusznie, jako że wykracza poza gatunkowe granice, opowiadając już nie tylko o kryzysie małżeństwa, ale o kryzysie bycia razem. Bycia w ogóle.

Tak się składa, że nasza cywilizacja i kultura łączą ludzi w pary; dając im nie tylko biologiczną szansę przedłużenia gatunku, lecz i obronę przed samotnością. Samotnością dotkliwszą bardziej egzystencjalnie niż życiowo. Bo lękamy się jej nie dlatego, że bywa uciążliwa, ale że skazuje nas na mierzenie się z pustką i tajemnicą śmierci w pojedynkę. Równocześnie jednak, z upływem czasu, łączenie się w pary odczuwamy jako niewolę, udrękę życia właśnie. Tęskniąc za samotnością i widząc w niej wolność, tę najważniejszą, a utraconą w małżeństwie życiową wartość.

Paradoks to trudny, uciążliwy i nierokujący żadnego dobrego rozwiązania. Ale "Udręka życia" mówi o tym, iż jego brak nie może usprawiedliwiać naszej bezduszności wobec drugiego człowieka, i uświadamia nam, że szamocąc się między byciem razem a samotnością ranimy nie tylko innych, ale zabijamy też, niszczymy siebie.

Spektakl Adama Opatowicza to kolejna inscenizacja tej sztuki na polskich scenach. M.in. po gwiazdorskim przedstawieniu w Narodowym (Janusz Gajos, Anna Seniuk, reż. Jan Englert) i wysoko ocenionej realizacji Iwony Kempy w Krakowie.

Opatowicz znalazł dla "Udręki życia" odpowiednią przestrzeń, formułę i wykonawców. Rzecz dzieje się na scenie, na której zasiada również, w półkręgu, publiczność, a tradycyjna, pusta w tym wypadku widownia pełni tu - chwilami - rolę elementu scenografii; jej autor Mariusz Napierała zyskał dzięki temu nie tylko efekt kameralności, a i otwarcia właśnie. Na pustkę, na widownię, z której bywa że i sami spoglądamy na siebie. Jak Jona Popoch (Jacek Polaczek) w scenie rozpoczynającej spektakl, będący połączeniem smutnej, rodzajowej komedii z bolesną, zgoła filozoficzną opowieścią o byciu we dwoje. A źe role główne zagrali wspomniany J. Polaczek i niedawno pozyskana dla Polskiego Elżbieta Donimirska - aktorzy nie tylko znakomici, ale i mający w sobie tę prawdę, którą stara się ukazać Lewin - efekt jest tyleż atrakcyjny, dowcipny i mądry, co artystycznie dojrzały

Jesteśmy świadkami wydarzeń jednej nocy, kiedy to Jona postanawia opuścić Lewiwę, co od początku wprowadza nas w krąg wpisanej w tę historię intymności. Oboje małżonkowie są rozmemłani i brzydcy, Jona chodzi boso, Lewiwa chrapie, niewiele tu miejsca na rodzajowy humorek, którego oczekiwać by można idąc na takie przedstawienie. Szarość i chłód tej obnażonej przed nami codzienności staną się z czasem dojmującą trwogą, przed którą oboje będą próbowali uciec. On - najpierw - ze spakowaną walizką, byle gdzie, byle dalej od małżeńskiego barłogu, ona - początkowo - w senne marzenia o słonecznych wakacjach, ale potem - oboje - w niełatwą bliskość, utraconą wspólność.

Kontrastem dla ich wyborów i wahań jest postać Gumpla, żyjącego samotnie, i szukającego każdej okazji ku temu, by ogrzać się czyjąś miłością, a choćby i czyjąś - byle wzajemną, zrodzoną ze wspólnoty-nienawiścią. Gumpel - zagrany przez Jacka Piotrowskiego w klimacie groteski z nutką metafizyki - mógłby być lekiem na dylematy małżonków, gdyby nie to, że ich choroba postąpiła już za daleko.

"Udręka życia" różni się od dziesiątków małżeńskich partytur dla dwojga i tym, że nie usiłuje być zręczna scenicznie ani sympatyczna. Jona i Lewiwa nie są parą do lubienia. Są nie tylko starzy (w Polskim starsi, zdaje się, niż w samej sztuce, gdzie mowa 0 małżeństwie z trzydziestoletnim stażem, zaś żona wspomina o swoich pięćdziesięciu dwóch latach), a i dość pospolici. Owszem, Jona zwłaszcza użala się, przywołując swe niezrealizowane ambicje 1 wysokie aspiracje, ale to raczej próby samoobrony przed własną przeciętnością niż rzeczywiście stracone szansę.

Małżonkowie Popoch nie dlatego są jednak tacy pospolici, że niewiele warci, a dlatego, że utracili siebie i swą wartość dręcząc się wzajem, oczekując od siebie za wiele, obwiniając się każde z osobna, że to drugie stało się przyczyną klęski tego pierwszego. Noc, której świadkiem jesteśmy, przynosi im tę świadomość; za późno.

Adam Opatowicz prowadzi swych aktorów delikatnie, tonując gesty i łagodząc ostrość niektórych scen; pozwalając wybrzmieć zawartej w sztuce melancholii, która podszyta jest ironią i sarkazmem, lecz nie wydobywa z owych tonów agresji. Jego "Udręka życia" to przedstawienie szorstkie wprawdzie, chropawe w emocjach, ale - w ujawnionej tęsknocie za ciepłem ludzkich relacji - przyjazne wobec naszych małości, wątpliwości i pragnień. Bliżej w nim chwilami do "Skrzypka na dachu" - w końcu jest Lewin uważany za spadkobiercę najlepszych tradycji żydowskiej literatury -niż do Amosa Oza. Co podkreśla zresztą muzyka Opatowicza, przywołująca, nienachalnie, żydowską melodykę. Acz w egzystencjalnych mrokach i lękach Lewina - choć nie są to akurat, moim zdaniem, najcenniejsze elementy tej sztuki i spektaklu - czuje się także głębię "śmieciowej" pustki rodem z Bec-ketta. O śmieciach jako o plonie życia mówi się wszak w "Udręce życia" wiele razy.

Przy wszystkich zresztą szczegółowych analizach i inteligenckich odniesieniach do literatury czy filozofii mamy tu do czynienia z przekazem prostym, czytelnym i jako takim trafiającym do każdego. Przedstawienie w Polskim wydobywa właśnie tę cechę dramatu Lewina i oferuje nam półtorej godziny refleksji i wzruszeń, ale też po prostu dobrej teatralnej zabawy. Choć przekornie i prowokująco będzie się nas starało z tej zabawy wytrącić, wmawiając nam, że jest nudne i o nikim. Owszem. Jest o nikim. Czyli o nas. Ale to akurat jest bardzo ciekawe.

Artur D. Liskowacki
Kurier Szczeciński
10 maja 2013

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Dzień Dziecka w Baju P...
Zbigniew Lisowski
Wycieczka po Teatrze Baj Pomorski w T...