Recenzja spektaklu "Zima"

"Zima-silent sleep" - chor: G.Bjornsgaard - Polski Teatr Tańca w Poznaniu

Ciemne kostiumy, wyszeptane przez tancerzy kołysanki i ani grama śniegu. Przedstawienie "Zima - silent sleep" Polskiego Teatru Tańca z pewnością zaskoczyło widzów. Może budzić mieszane uczucia.

Bezruch. Mężczyzna, który jako pierwszy pojawia się w strumieniu światła, zdecydowanie nie wygląda jak świąteczny anioł. Stoi tak na scenie przez dłuższą chwilę nieruchomo i właśnie tym drażni. "No rusz się wreszcie!" - zdaje się niemal krzyczeć cisza, która zapadła w Teatrze Polskim, gdzie (gościnnie) odbywa się premiera.

Przedstawienie "Zima - silent sleep" zaczyna się bardzo powoli, zupełnie nie jak nasza polska zima, która każdego roku zaskakuje nie tylko drogowców. Spektakl, który współtworzą tancerze Polskiego Teatru Tańca oraz artyści z Company B. Vailente z Oslo i Theater Avant Garden z Trondheim to część cyklu "Cztery pory roku". Na jego domknięcie poznańscy widzowie czekali prawie dwa lata.

Pierwszy mocny moment, który może porywać widza, następuje dopiero po dłuższej chwili szeptów, wyśpiewanych kołysanek (nigdy jeszcze "Ach śpij, kochanie" nie działało tak pobudzająco) i pojedynczych dźwięków. To wspólny taniec Małgorzaty Mielech i Szymona Halika. Tancerka, która była jak płatek śniegu targana przez tancerza-wiatr, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Później już do końca spektaklu każdy moment porównywałam właśnie z tą chwilą. A dalej, choć ciekawie, to już ani razu nie było aż tak intensywnie.

Autorzy zapowiadali, że projekt ma pokazać inność przeżywania zimy w Polsce i Norwegii, i stąd może wzięło się wrażenie, że ta pora roku była tym razem jakaś obca. A jak wiadomo, oderwanie od dobrze znanej rzeczywistości, którą można podziwiać za oknem, ma prawo budzić w widzu naprawdę skrajne uczucia - od rozczarowania, przez całkowite zaskoczenie, po zachwyt.

Na brawa zasługuje z pewnością wykorzystanie w spektaklu śpiewu i szeptu - to wzmacniało taniec, bo wydawało się, że artyści sami sobie wygrywają muzykę. Tej instrumentalnej jednak momentami brakowało - Rolf-Erik Nystrom , który grał na żywo, potrafił nadać saksofonowi wyjątkowo ciekawe brzmienie. Chciałoby się go posłuchać więcej. Melodie nie były wprawdzie proste i gładkie - za to drażniące, a przez to interesujące i zapadające w pamięć.

Uwagę widzów przyciągała też skutecznie mała dziewczynka Marlene - córka choreografki Gunhild Bjornsgaard. Rzadko w tak poważnych spektaklach można zobaczyć dziecko, i to takie, które nie wykonuje tylko piruetów, podskoków i szpagatów. Kiedy przemykała po scenie w ciemnej sukience, przypominała mi dziewczynkę z zapałkami...

Przedstawienie to element większego projektu, w czasie którego (od października 2009 do stycznia 2010 roku) studenci z Polski i Norwegii badali postrzeganie zimy w obu krajach. Efektem jest nie tylko spektakl, ale i wystawa, której wernisaż odbędzie się w poniedziałek o godz. 18 na dziedzińcu Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Poznaniu (ul. Gołębia 8). Wystawę można oglądać do 25 stycznia w godz. 12-16 oraz przed i po spektaklach III Festiwalu Atelier Polskiego Teatru Tańca, który rozpoczyna się w środę w Poznaniu.

Justyna Suchecka
Gazeta Wyborcza Poznan
18 stycznia 2010

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski