Rewolucja starości

rozmowa z Piotrem Siekluckim i Tomaszem Kireńczukiem

"Nasza ucieczka od Witkacego łączyła się przede wszystkim z tym, że wydawało nam się, że w polskim teatrze Witkacego nazbyt się udziwnia, zbytnio poddaje się formie językowej jego tekstów" - mówi Piotr Sieklucki

Rozmowa z Piotrem Siekluckim, reżyserem, i Tomaszem Kireńczukiem, dramaturgiem "Pożegnanie jesieni" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym.

TD: Czy Witkacy jest dla Was klasykiem, czy autorem współczesnym?

Piotr Sieklucki: Myślę, że nasz spektakl jest pewnego rodzaju eksperymentem, próbą przepisania tego klasycznego Witkacego na język współczesny, na współczesne środki, użyte w tym spektaklu. Zderzamy ekstremalne emocje, właściwe współczesnemu teatrowi, agresję - z ironią, sarkazmem, drwiną... I z wyciszeniem. Muzyka, jaką wprowadziliśmy do spektaklu, też się niekiedy "gryzie" z całą resztą.

Tomasz Kireńczuk: W pracy nad "Pożegnaniem jesieni" najważniejsze było dla nas odpowiedzenie sobie na pytanie co może dzisiaj łączyć nas z bohaterami Witkacego, z którymi dzieli nas zarówno kontekst historyczny, społeczny i ideologiczny. Pracując nad adaptacją od początku uznaliśmy za oczywiste, że w momencie, w którym odrzucimy tło historyczne Pożegnania jesieni, wiszącą nad głowami bohaterów powieści rewolucję bolszewicką - zostanie nam coś absolutnie podstawowego, uniwersalnego: obraz ludzi skazanych na samotność i nudę, którzy pozbawieni zakorzenienia w jakichkolwiek niekwestionowalnych wartościach wystawiają się na coraz bardziej niebezpieczne próby. Myślę, że jest to taki stan emocjonalny, który bardzo jest bliski doświadczeniu naszego pokolenia.

Czy to znaczy, że rezygnujecie z opowieści o rewolucji?

T.K.: Absolutnie nie. Staramy się jednak znaleźć ekwiwalent rewolucji politycznej. W naszym spektaklu skupiamy się na tym, co w trakcie prób nazwaliśmy sobie rewolucjami indywidualnymi, a zatem przemianami jakie dokonują się w poszczególnych bohaterach. Ta dziwna, pełna sprzeczności i punktów zapalnych grupa ludzi funkcjonuje gdzieś na obrzeżach normalnego porządku, próbuje zbudować coś nowego, eksperymentuje z seksem, narkotykami, alkoholem. Cała ich energia zużywana jest na działania, które mają sprawić, że choć na chwilę będą w stanie poczuć coś ekstremalnego. I z tych właśnie indywidualnych rewolucji rodzi się przewrót, co przecież jest powtarzalnym schematem rewolucji.

P. S.: Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o pracy nad "Pożegnaniem jesieni", jeszcze na długo przed skonstruowaniem adaptacji, chcieliśmy zupełnie odwrócić sytuację z powieści. Witkacowska rewolucja miała być w naszym spektaklu zderzeniem starych i młodych, wigoru i rozpadu, energii i zmęczenia. W tym pierwotnym pomyśle chcieliśmy obsadzić role Atanazego, Prepudrecha, Heli i Zosi aktorami starymi, osiemdziesięciolatkami, pokazać historię z Pożegnania jesieni, jako wspomnienie ich dawnego życia, rozpaczliwą próbę ponownego przeżycia młodości. Rewolucjonistami mieli być ludzie młodzi, atrakcyjni, sprawni, silni, bezwzględni. Potem jednak z tego pomysłu zrezygnowaliśmy, ale temat zderzenia starości i młodości, rozpaczliwego szukania doświadczeń i rozpaczy wynikającej z braku możliwości dalszego doświadczania jest dla tego spektaklu tematem kluczowym. Bo czy jest w naszym życiu jakaś ważniejsza rewolucja niż rewolucja starości?

Od początku pracy nad "Pożegnaniem jesieni" mówiliście, że chcecie uniknąć robienia spektaklu "witkacowskiego". Jak oceniacie swoją walkę z tą formą?

P.S. Ta nasza ucieczka od Witkacego łączyła się przede wszystkim z tym, że wydawało nam się, że w polskim teatrze Witkacego nazbyt się udziwnia, zbytnio poddaje się formie językowej jego tekstów. Z drugiej jednak strony jeszcze bardziej nie chcieliśmy popadać w jakiś mały realizm, czy psychologię. Dlatego zależało nam na znalezieniu własnego języka tej opowieści, który byłby bardzo formalny, ale jednocześnie podbudowany ekstremalnymi emocjami. W tym kontekście szalenie istotna jest praca wykonana przez naszego choreografa, Mikołaja Mikołajczyka i scenografa, Łukasza Błażejewskiego. Mikołaj znakomicie uruchomił naszych bohaterów od strony cielesnej, ruchowej; sprawił że ich dialogi stają się głębsze, są bardziej otwarte na indywidualną wrażliwość widza. Scenografia Łukasza inspirowana uzdrowiskiem, dworcem, domem kultury czy salą weselną pozwoliła uciec nam od dosłowności, przenieść się w nie do końca zidentyfikowany świat.

Tatiana Drzycimska
Materiały Teatru
5 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia