Robienie świata na nowo

"Śmierć przyjeżdża w środę" - reż. Agata Duda-Gracz - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Śmierć u Agaty Dudy-Gracz nie jest śmiercią samą w sobie. Od niej w sensie ścisłym zaczynamy spotkanie: Miś i Krzyś, dwaj bohaterowie, jak się potem okaże, wyobraźni spajającej opowieść postaci bibliotekarki, leżą martwi na podwójnym łożu na scenie Opolskiego Teatru Lalek. Kwadrans trwa spotkanie będące czymś na pograniczu przedpogrzebowego rytuału a pełnego niepokoju uczestnictwa w zbiorowej rozpaczy: ktoś tuli zawiniątko z dzieckiem, ktoś daje widzom kawałek szarlotki i przytula, ktoś tylko wyśpiewuje ludową pieśń o śmierci i miłości.

A kiedy przejdziemy - prowadzeni przez aktorów przez ulice Opola - do Teatru Kochanowskiego, w procesji? pochodzie za zmarłymi? okaże się, że to tym właśnie będzie: o śmierci, która staje się metaforą stanu wszystkich bohaterów: samotnych, niedokochanych, żyjących już bez złudzeń. Chciałam napisać, "tym, którym się nie udało, którzy żyli banalnie" - ale gryzę się w język, bo czytam ten spektakl nie jako babranie się w nieszczęściu, które wynika z tego, że życie pozbawione jest fajerwerków i porządnej dramaturgii, bardziej jako dowartościowanie codziennej, zwyczajnej melancholii. Okraszone zresztą - co wydaje mi się po usłyszeniu ze scen polskich dziesiątek nieśmiesznych dowcipów nie lada wyczynem - czarnym humorem, żartami czasem na pograniczu gagu, ale pasującymi do szalonego pomysłu na ten spektakl.

Ramą dla teatralności i opowieści - punktem, z którego wynikają wszystkie późniejsze rozwiązania narracyjne i inscenizacyjne - jest pomysł umieszczenia historii w głowie bohaterki: bibliotekarki, "Kobiety z zapałkami", żyjącej w związku z żonatym mężczyzną kobiety w wieku średnim, chcącej "zrobić ten świat na nowo". Co za piękna rola w dresie i roztrzepanych włosach (świetnej Grażyny Misiorowskiej)! Zrobić bohaterkę z bibliotekarki, zrobić ją mądrą, niespełnioną, ale nie histerycznie, tylko tak, jak zapewne ma co druga kobieta koło pięćdziesiątki mijana na ulicy; napisać jej monolog, w którym powie: "Nie mam złudzeń, nie mam męża, nie mam siły na miłość, zostało mi już niewiele czasu" - pewnie uczeni powiedzą, że to nieznośnie patetyczne, ale za to jakie wzruszające, co ja, fanka mądrych melodramatów, polecę zawsze. Smutna kochanka, niespełniona i wściekła zdradzana żona, uległy mąż, młoda dziewczyna, która najpierw szaleje, a potem wybiera dewocję, stara kobieta psiocząca na służbę zdrowia - pięknie i krótko, plamami wydarzeń i opowieści z przeszłości są tu namalowani Jarzynowy Książę, Cukrowy Chłopiec i jego Żona, Mała Syrenka, Złoty Rybek, Pająk, Czerwony Kapturek, Czapla, para Miś i Krzyś, Zając, Mrówka, w końcu - Śmierć.

Jest w tych postaciach, ludzkich i bajkowych jednocześnie, niespełnienie i świadomość, że nie ma co liczyć na wielką satysfakcję, że życie to na przykład czekanie na człowieka, który przyjdzie przykręcić karnisz, bo "będzie gwizdał i to będzie cudowny dzień". Główne wektory postaci, czasowniki, które określają każdego z bohaterów ("ta, która czeka", "ta, która nie ma", "ten, którego rozpierdala"), zapisane są zresztą na scenie, pod wydzieloną każdemu "prywatną" przestrzenią (na okalającym scenę podwyższeniu, poza głównym polem gry), a towarzyszy im kilka kluczowych dla danej postaci zdań. Razem z błękitnymi zdjęciami tworzą one pewien szczególnie melancholijny obraz życia w obliczu końca, życia z nieustannie krążącą obok Śmiercią (graną przez Renię Gosławską z przyczepionymi czarnymi skrzydłami, które w końcu zrzuca, aby stać się dziewczyną z przystanku, która czeka na ukochanego i tańczy z nim wzruszający miłosny taniec - brzmi tandetnie, sprawdza się nieźle). Zimne, niebieskie fotografie dzieci z zamkniętymi oczami (wyglądające jak portrety pośmiertne, na których twarze są dziecięce, powieki niekiedy dorosłe, to taki kolaż uśmiechu i martwej twarzy, dorosłości i dzieciństwa) są niepokojące jak atmosfera tego spektaklu.

Agata Duda- Gracz ma też talent do reżyserowania aktorów tak, żeby to, co gorące, mówili na zimno, to, co śmieszne, bez kabaretowego wygłupiania, żeby - poza kilkoma momentami, kiedy się to nie udało (recytowanie, że "miłość cierpliwa jest, łaskawa jest..." na scenie zawsze będzie ryzykowne) - nie popadali w egzaltację. I do tego, żeby namówić ich do wylania z siebie w czasie trzech godzin siódmych potów: wszak na scenie i tańce, i śpiewy, i bieganie, i długie, wymagające monologi, i granie ze sobą, to na poważnie, to na śmiesznie. Ogromna praca.

I rzecz dla mnie najbardziej odkrywcza: tekst, który w czytaniu wydawał mi się dziwaczny, niezborny i chaotyczny, na scenie okazuje się wspaniałym materiałem na widowisko. To jest po prostu zapis tego, co ma się na scenie zadziać, z wizją, fonią

i działaniami w didaskaliach, z podtekstami, o których wie reżyser, a czytelnik nie, bo te pojawią się dopiero w realizacji. Agata Duda-Gracz to artystka wielozadaniowa: wydaje się, że tego jej właśnie trzeba, grania na wszystkich instrumentach jednocześnie, kontrolowania każdej składowej widowiska. Słowo nie działa tu bez obrazu, obraz bez ruchu, ciało bez słowa, wszystko bez wspaniałej muzyki Sambora Dudzińskiego. Wielkie, poetyckie i piękne obrazy nie zasłaniają słów (może czasem - ale to nawet nie ten mechanizm, bardziej natłok reżyserskich popisów, których nie mam serca skrytykować, bo choć ich za wiele, to sama nie wiem, co można by wyrzucić), a słowa nie są tylko po to, żeby je wypowiedzieć. Wszystko jest ze sobą sprzęgnięte, splecione, ściśnięte, jakby jedno napędzało drugie. Gdy przypominam sobie "Rewizora" w reżyserii artystki z Wrocławskiego Teatru Współczesnego, widzę, na czym polegało nieszczęście tego spektaklu: na tym, że słowa, od których wychodziła Duda-Gracz, tworząc scenariusz spektaklu, napisał ktoś inny, że nie można było pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, że inny umysł skomponował te litery, niekoniecznie nosząc w sobie te same obsesje i kolory, które zaprzątają umysł reżyserki.

Ten spektakl poprzestawiał mi coś w głowie. Jakąś zasadę myślenia, że najwspanialszy tekst to ten, który można zagrać w każdym teatrze na świecie na małej scenie

z maksymalnie piątką aktorów, a te reżyserskie popisówy w rodzaju "jak to ja ładnie potrafię ustawić światła i dodać do tego kilka monologów" - to coś z gruntu złego. Może jest coś pomiędzy? Skala tej inscenizacji, to, że czternaścioro aktorów zapełnia przestrzeń dużej opolskiej sceny życiem, że gdy zostają umieszczeni na okalających scenę swoich, prywatnych przestrzeniach - grają, że po trzech godzinach wie się, że dali z siebie wszystko (jakich Opole ma zdolnych aktorów, zazdrość!) - wszystko to w pewien sposób niszczy moje przekonanie, że dwie osoby w piwnicy to najlepszy teatr.

Biorę więc pewną estetyczną nadmiarowość tej inscenizacji za dobrą monetę, bo to pojawiające się w kilku momentach poczucie, że "za dużo, za szybko" ginie, kiedy pomyśli się o wspaniałej, wysokiej temperaturze tej twórczości, o jakimś bardzo szczerym zamiarze, który za tym wydarzeniem stał. I pisanie, i reżyserowanie jest tu osobiste i osobne, ryzykowne w takim sensie, że ironiści powiedzą przecież: hej, robisz spektakl o miłości i śmierci, i wszystkim, co z tego wynika, no co ty?

Bardzo szanuję ten pomysł na teatr, na który nie można dostać grantu, bo ani nie jest

o wykluczonych, ani o narodowej sprawie, ani o aktualnościach z gazet. Jest za to bardzo namiętny, niepokojący, plastycznie wycyzelowany. Dotyka, a ja lubię być dotknięta.

Anna Wakulik
www.e-teatr.pl
8 grudnia 2016

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia