Robinson naszych czasów

"Robinson Crusoe" - reż. Zbigniew Lisowski - Teatr Baj Pomorski

Spektakl „Robinson Crusoe" na podstawie powieści Daniela Defoe „Przypadki Robinsona Crusoe", Teatru Baj Pomorski w Toruniu to pełna mądrości adaptacja autorstwa Zbigniewa Lisowskiego. Jego scenariusz oraz tekst jest rodzajem współczesnej powiastki filozoficznej, nawiązującej jednak do swej osiemnastowiecznej formy.

Bo oto główny bohater przeżywając typowe dla młodzieńczego wieku dylematy światopoglądowe, religijne, zostaje „zaokrętowany" na pokład żaglowca dowodzonego przez Kapitana Konusa, płynącego do krainy szczęśliwości „Eldorado". Jako majtek nabiera tężyzny fizycznej, ale rozterki duchowe pozostają. Wyrzucony po burzy na bezludną wyspę, przeżywając analogiczne do swego literackiego pierwowzoru przygody, dopiero tutaj dojrzewa mentalnie i odnajduje odpowiedzi na swoje trudne egzystencjalne pytania. Poznaje też nie Piętaszka, ale Piętaszkę.

Ale, jak się okazuje, to, co przeżywa Robinson nie jest aż tak odległe w czasie, a i on sam jawi się jako współczesny zbuntowany nastolatek. A z jego problemami, wątpliwościami, tak charakterystycznymi dla okresu dojrzewania, utożsami się z pewnością każdy jego rówieśnik na widowni. (Co ułatwi mu niezwykle sugestywna i naturalna gra Krzysztofa Pardy).

Wielki akord przedstawienia tworzy gra aktorska, warstwa wizualna oraz muzyka. Dominantą jest w nim reżyseria. Określenie „scenografia" w przypadku Pavla Hubički należałoby zdefiniować na nowo. Bo jakże nazwać ułożone perspektywicznie wręgi kadłuba symbolizujące statek. Jak określić usytuowanie fal morskich, ziemi oraz nieboskłonu oddających przestrzenność świata? Jakie dać miano konstrukcji domu rodzinnego Robinsona? Czy nie jest to już przypadkiem genialna w formie i koncepcji architektoniczna instalacja? W scenach morskich dopełniana przez skrzypienie drewnianych elementów statku kołysanego przez wodę, szum wiatru, czy pisk mew. Ale to nie koniec wizualnych i słuchowych wrażeń. Reżyser na pokład statku zabiera również i widownię. Bo nie bez powodu nad ich głowami „popłynie" statek pod pełnymi żaglami, pojawia się w błysku niebieskich zimnych świateł widmowy „Latający Holender", zwiastujący nieszczęście. Przetacza się potężny wicher wraz z burzą i piorunami w postaci ogromnych foliowych płacht. Podobnych ciekawych scenograficznych i reżyserskich rozwiązań jest w tym spektaklu bardzo dużo. A do tego trzeba dodać bardzo oryginalne w kolorze i formie kostiumy, określające osobowość postaci, stylizowane na stroje z epoki Robinsona zaprojektowane również przez Pavla Hubičkę.

I muzyka. Bez niej nie byłoby tego spektaklu. Uznany w kraju i zagranicą, kompozytor Zbigniew Krzywański, nie po raz pierwszy przekonuje młodą teatralną widownię, że nie tylko znakomicie czuje się w obszarach rockowych, ale także i scenicznych. Kilka lat temu zebrał ogromne słowa uznania i brawa najmłodszej widowni za muzykę skomponowaną do spektaklu „Kot w butach" wystawianego na deskach toruńskiego Teatru im. Wilama Horzycy. Teraz uniósł się jeszcze wyżej w sztuce kompozytorskiej. Poprzez dźwięki oddał klimat rodzinnego domu Robinsona, potem muzyką określał poszczególne sceny przedstawienia. Statek pod dowództwem Kapitana Konusa płynie na falach melodii tak charakterystycznych dla pieśni szantowych. Zachwyca ballada „Pieśń drzewa" w wykonaniu Grażyny Rutkowskiej-Kusej. Pojawiają się również elementy muzyki irlandzkiej tworząc klimat tak charakterystyczny dla morskiej tematyki. Zbigniew Krzywański muzyką wyraża emocje i przeżycia postaci, określa ich osobowości. Idealnie napisane są partie oddające morską burzę, pełne dynamiki i dźwiękowych kaskad, a także subtelne i liryczne fragmenty określające uczucia rodzące się pomiędzy Robinsonem a Piętaszką.

I aktorzy. Jacek Pietruski w roli Autora – Narratora, Ojca Robinsona i Posejdona to mistrzowski pokaz warsztatu scenicznego. Jako władca mórz siłą głosu i fizyczną tężyzną, witalnością i kipiącą wprost energią, niemal rusza z posad i widownię, i scenę! Robinson – jakże wiarygodny psychologicznie Krzysztof Parda. Ileż wygrał różnorodnych stanów emocjonalnych, zachowując jednocześnie prawdziwość ewoluowania charakteru i osobowości. W zróżnicowanych życiowych sytuacjach, oddał samodzielność w poszukiwaniu samego siebie i usytuowaniu się na mapie życia. Brawo! Marta Parfieniuk- Białowicz po raz kolejny udowadnia, że znakomicie czuje się w krańcowo różnych rolach. Jako czarnoskóra Piętaszka z powodzeniem łamie literackie i myślowe stereotypy związane z postacią „czarnego dzikusa" stworzonego przez Daniela Defoe. Jest jeszcze Kapitan Konus, w którego wcielił się jak zawsze pełen aktorskich pomysłów, Andrzej Korkuz.

Krzysztof Grzęda spośród kilku scenicznych kreacji w tym spektaklu zachwycał w roli Czarnego Kota oraz Wodza Mało Mało! Aktor ten dysponuje tak cudownymi warunkami scenicznymi i warsztatem aktorskim, że trudno było oderwać od niego oczy. Jakże odmiennymi środkami wykreował kota i czarnoskórego wodza! Edyta Lukaszewicz-Lisowska w roli Dzikuski, nie tylko stworzyła ciekawą aktorsko postać, ale razem z Krzysztofem Grzedą jako Wodzem Mało Mało stworzyła najlepszy duet sceniczny w spektaklu. Z kolei jako Matka Robinsona idealnie oddała jej światopogląd i to w scenie realistycznej, jak i podczas wizji sennej. Jest i postać Sofiji jako Filozofa z wąsem w wykonaniu Edyty Soboczyńskiej. Zagrana z prawdziwym emocjonalnym zaangażowaniem, wyposażając graną postać w wszelkie atrybuty uczonego człowieka. I jak bardzo demoniczna okazuje się na szczudłach. Grażyna Rutkowska - Kusa i tym razem zademonstrowała siłę swego niezwykłego i ciekawego brzmienia głosu. Nie dość, że cudownie zaśpiewała „Pieśń drzewa" modulując barwę głosu, to jeszcze w roli Syreny morskiej ujawniła swoją nieprzeciętną vis comica. I Andrzej Słowik. W roli I Oficera, czy Białego Najemnika oddający doskonale i umysłowość, i emocjonalność granych postaci. Jako Smok budził prawdziwą grozę!

Aktorzy świetnie też animowali marionetką uosabiającą głównego bohatera oraz smokiem-demonem z jego dziecięcych snów. A budzi on prawdziwą grozę. Głosu użyczył mu Krzysztof Grzęda, animowali zaś Andrzej Słowik oraz Andrzej Korkuz. Grający na żywo Krzysztof Zaremba ubarwiał spektakl. Trzeba również powiedzieć, że wizualną stronę przedstawienia dopełniała ciekawie opracowana choreografia Jacka Gębury.

Jako że powiastka filozoficzna posiada charakterystyczne cechy, tak i widoczne są one na scenie. Ośmieszani są przywódcy oraz ich poglądy. Jest też bardzo widoczna krytyka niektórych warstw społecznych. Są też ukazane zapędy kolonialne Europejczyków, a w związku z tym deprecjonowanie rdzennych mieszkańców krajów egzotycznych i przypisywanie im cech demonicznych, wręcz odrażających. Widać tutaj całą mizerię konkwistadorów krzewiących nową religię. Jest też sporo ironii i aluzji do postaci i wydarzeń nam współczesnych. W takiej konwencji znakomicie odnajdują się aktorzy. A dzięki ich grze, jakże wiele przekazów staje się jeszcze bardziej czytelnych. Idee równości, braterstwa, prawa do wolności, poszanowania dla cudzych obyczajów i poglądów, wreszcie praw do określenia własnej tożsamości, dają łatwo się odczytać.

Taka reżyserska koncepcja wymagała jednak odpowiednich narzędzi. A Zbigniew Lisowski buduje swoje przedstawienia na ogromnej scenicznej wyobraźni inspirującej młodych widzów. Podobnie i w spektaklu „Robinson Crusoe" jak żaden inny reżyser potrafi operować mnogością symboli z malarstwa, literatury, itp., prowokując młodego widza do skojarzeń, odniesień. Daje mu też prawo do własnego wyboru, interpretacji, a przede wszystkim otwiera go na magię teatru, w której nie brakuje i realizmu. Zbigniew Lisowski oszałamia publiczność młodszą i tę dorosłą wielowymiarowymi warstwami budującymi spektakl teatralny. To w nich jak w lustrze odbija się również cały otaczający młodych ludzi chaos, z jakim spotykają się w życiu codziennym.

Tak mocnego zakończenia sezonu dawno nie widziałam w teatrze dla młodych widzów. Bo Zbigniew Lisowski w spektaklu zachęca wprost dzieci do wakacyjnej zabawy. A przede wszystkim uzmysławia, że bezludna wyspa, to nie tylko samotna wysepka na morzu, ale przede wszystkim miejsce, w którym można odnaleźć siebie w sensie duchowym.
Reżyser podpowiada też, żeby poszukiwanie najważniejszych wartości rozpocząć od powrotu do świata Natury. I dlatego umieszcza na rampie wybrane z niej jej okazy, stylizowane na stare ryciny, przypominające „Animalium" Katie Scott i Jenny Broom oraz „Botanicum" Katie Scott i Kathy Willis. I co najważniejsze, sugeruje, że jesteśmy częścią przyrody.

Ilona Słojewska
Dziennik Teatralny Toruń
21 czerwca 2017

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia