Rodziny się nie wybiera

"Matka brata mojego syna" - reż. Adam Wojtyszko - Teatr Powszechny w Łodzi

Juliusz Machulski napisał dla Polskiego Centrum Komedii kolejny tekst wystawiany na deskach Teatru Powszechnego w Łodzi. "Matka brata mojego syna" w reżyserii Adama Wojtyszki to pierwsza w tym sezonie premiera łódzkiej sceny komediowej - sam autor określił tekst jako czarną komedię familijną. Pomimo gorzkich doświadczeń, które nie omijają rodziny Laskusów, jej członkowie potrafią zjednoczyć się i podjąć wspólną próbę wybaczania bliskim, którzy - znając nasze słabości - zwykli ranić nas najdotkliwiej

Akcja rozgrywa się w szpitalu, gdzie trafia nestor rodziny Laskusów Wincenty (Mirosław Henke). Znalazł się tam nie tyle w wyniku ciężkiej choroby, ile dzięki swoim zdolnościom aktorskim - opanowana do perfekcji sztuka symulacji sprawiła, że nad jego łóżkiem zgromadzili się wszyscy członkowie rodziny. Żona Greta (Barbara Szcześniak), pomimo decyzji o separacji nie ukrywa swoich uczuć do męża - po 40 latach małżeństwa nie potrafi przestać kochać człowieka, który związał się z 25-letnią Jagódką (Magdalena Dratkiewicz), która rzekomo urodziła jego dziecko. O tym wszystkim najbliżsi Wincentego dowiadują się dopiero w szpitalu - zniesmaczony syn Zygmunt (Marek Ślosarski) nie kryje swojej dezaprobaty dla zachowania ojca, natomiast wnuk Wincentego Xawery (Jakub Firewicz) stara się zdystansować od sytuacji, ponieważ ma na głowie poważniejsze problemy, jak chociażby zbliżająca się matura. Jednak okazuje się, że opuszczenie rodzinnego grona nie jest wcale proste - pod adresem chłopaka padają podejrzenia o homoseksualną orientację (w celu ustalenia faktów Wincenty wynajął nawet detektywa), w czym niemały udział ma podejrzanie urocza spinka z biedronką, jaką młodzieniec nosi we włosach oraz jego wizyta w gejowskim klubie Onyks. Szpitalna sala zaczyna powoli zamieniać się w gabinet, w którym odbywa się zbiorowa terapia rodzinna, podczas której światło dzienne ujrzą od dawna skrywane tajemnice, żale i pretensje. Nie zmienią one jednak rodziny w grupę obcych sobie ludzi, przeciwnie - zjednoczą jej członków, którzy nie zdawali sobie sprawy, jak wiele ich łączy.

Napisany przez Machulskiego tekst, choć nie jest pozbawiony dowcipu słownego, z pewnością nie należy do komedii, która nie dawałaby widzom chwili wytchnienia nieustannie skłaniając do śmiechu. Historia rodziny Laskusów w dużo większym stopniu skłania do refleksji sprawiając, że zaczynamy się zastanawiać, ile jesteśmy w stanie wybaczyć w imię miłości, spokoju, czy utrzymania pozorów rodzinnej sielanki. 70-letni Wincenty, który przez całe życie notorycznie zdradzał żonę, wiążąc się z 25-latką popada w śmieszność. Patrzymy na starszego pana z nadciśnieniem, któremu nawet do głowy nie przyszło, że jego 11-miesięczny syn Ludwiczek może nie być jego dzieckiem. Widzimy kochającą go bezgranicznie żonę, syna, który nigdy nie pogodził się z zachowaniem ojca oraz wnuka, któremu przyszło funkcjonować w rodzinie, której przecież nie miał możliwości sobie wybrać. W jak wielkim stopniu nasze osobowości determinują zachowania rodziców widać po Zygmuncie, który nie chcąc być takim mężczyzną jak ojciec popadł w drugą skrajność - to jego żona Beatrycze (Beata Ziejka) jest osobowością dominującą, utrzymuje dom oraz dba o zorganizowanie teściowi urodzin. W najgorszej sytuacji znalazł się Xawery, który mając skrajnie odmienne męskie wzorce naprawdę może odczuwać problemy z tożsamością, o jakie posądzają go ojciec i dziadek. Niestety od rodziny nie ma ucieczki.

Scenografia jest umowna - to kilka białych i półprzezroczystych ścianek oraz znajdujące się w głębi sceny wahadłowe drzwi; kiedy gaśnie światło każdy z tych elementów świeci jaskrawym, neonowym światłem. Oczywiście w szpitalnej sali nie mogło zabraknąć łóżka, na którym leży chory oraz nocnej szafki, w której pacjenci trzymają najpotrzebniejsze rzeczy. Dzięki prostym rozwiązaniom powstała przestrzeń, w której dobrze czują się aktorzy. Spektakl jest doskonale zagrany - w pamięć zapada szczególnie Marek Ślosarski, którego Zygmunt jest niezwykle naturalny, sypie dowcipami jakby od niechcenia oraz Mirosław Henke, którego bohater z rozbrajającą szczerością i pełną uroku bezczelnością popełnia kolejne grzeszki, przy jednoczesnym zapewnieniu sobie opieki i wsparcia ze strony członków rodziny. To właśnie dzięki aktorom udało się utrzymać tempo, które w przypadku komedii jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o sukcesie inscenizacji. Choć „Matka brata mojego syna” jest komedią, podczas której uśmiech pojawia się na twarzach widzów dużo rzadziej, niż w przypadku wielu innych pozycji repertuarowych Teatru Powszechnego, nie umniejsza to jednak wartości przedstawienia, które wielu widzów z pewnością skłoni do refleksji dotyczącej relacji z bliskimi, które nie zawsze są proste i oczywiste.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
26 października 2010

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia