Romantyczna śmierć

"Kordian" - reż: Szymon Kaczmarek - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Punkt wyjścia inscenizacji "Kordiana" w reżyserii Szymona Kaczmarka jest intrygujący. To kontynuacja losów postaci romantycznej we współczesnych realiach. W pewnym momencie spektakl jednak grzęźnie w utartej konwencji i staje się nieco patetyczną recytacją tekstu Słowackiego

Kordian żyje. Po nieudanej próbie samobójczej siedzi bezwładny w fotelu i marzy o śmierci. Spektakl rozpoczyna się w momencie, który ma stać się jego rzeczywistym końcem. Bohater wynajął asystenta, którego zadaniem jest pomoc w zakończeniu życia i dokonaniu samobójstwa (eutanazji?). Ma jednak jeszcze ostatnie przedśmiertne życzenie – chce, by jego rodzice i kochanka odegrali wraz z nim „Kordiana”. Do tego momentu spektakl jest ciekawym uwspółcześnieniem romantycznej lektury, uwypuklającym aspekt cielesności i dążenia do samozniszczenia. Wszak ten motyw silnie funkcjonuje w dramacie, spychany na margines licznych innych głęboko kulturowo zakorzenionych klisz interpretacyjnych. Kaczmarek demitologizuje romantyczną figurę, osadza ją we współczesnych realiach, odziera z bohaterstwa, pokazuje jej butność, pychę, egoizm. Urzeczywistnia postać, przybliża widzowi, prezentując ją jako emocjonalnego i fizycznego kalekę. Kaczmarek de facto literalnie obrazuje psychiczną niemoc, przekłada fizyczność na aspekt duchowy Kordiana. Można powiedzieć, że „uczłowiecza” symboliczną figurę literacką.

Do czasu. Do mieszkania bohatera przychodzą zaproszeni przez niego goście. To osoby mu najbliższe (choć brak między nimi jakichkolwiek głębszych więzi), które mają towarzyszyć mu w ostatnim „spektaklu”. Kordian pełni rolę demiurga, próbującego wyreżyserować swoją własną śmierć, a może nawet – odchodzące życie. Różne fabularne warstwy nakładają się na siebie. Rodzice, ksiądz i kochanka czytający fragmenty „Kordiana”, z lektorów należących do inscenizowanego przez Kordiana spektaklu, przemieniają się w przyjaciół „rzeczywistego” człowieka. Jednak ta wielopoziomowość wkrótce zanika. Postaci zaczynają recytować tekst z pamięci, wychodzą z jakiejkolwiek roli, stają się poniekąd aktorami wygłaszającymi dramat Słowackiego. Szybko gubi się cel i sensowność takiego działania. Widz wyłącza się ze scenicznej „akcji”, pozostaje mu słuchać deklamacyjnej formy utworu. Duża to strata, ponieważ spektakl zapowiadał się jako inteligentna i ciekawa reinterpretacja mitu romantycznej postaci.

Kaczmarek w pewnym momencie wnikliwiej skupia się w spektaklu na temacie śmierci i eutanazji. Ten ważny społeczny aspekt schodzi jednak na dalszy plan, nie dlatego, że w ten sposób bohater prowadzi z asystentem rozmowę, będącą niejako drugą częścią spektaklu, ale dlatego, że trudno znaleźć jakąś jednoznaczną formułę zarysowania tego problemu. Niegdysiejsza romantyczna dążność do śmierci dziś oznaczałaby dzisiejszą walkę o prawo do śmierci poprzez eutanazję? Nakładające się na siebie kulturowe klisze dają możliwość takiej interpretacji, jednak reżyser nie udziela jasnych odpowiedzi ani nie stawia tego problemu jako tematycznego wyznacznika przedstawienia. Kaczmarek, który realizował ostatnio świetne spektakle i zapowiada się jako kolejny „młody, zdolny” reżyser, tym razem zagubił nieco celowość wziętego na warsztat romantycznego mitu.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
9 lutego 2012

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia