Rozdmuchane oczywistości

"Titus Andronicus" - reż. J. Klata - Teatr Polski we Wrocławiu - 33. WST

Gdyby "Titusa Andronicusa" Jana Klaty obedrzeć ze wszystkich i tak kompletnie zbytecznych "wodotrysków", ewidentnie ustawionych pod publiczkę, nie działających zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem już niestety niby-szokujących scen, to mogłoby się okazać, że zostanie nam wiejąca pustką scena, dudniąca głębokim echem poprzednich dokonań, które zbyt mocno w swoim czasie dopieściły tego właśnie reżysera.

Śladowe ilości przekazu oryginalnego tekstu i treść utworu Szekspira zastąpiły tu bowiem mierne efekty koncepcji reżyserskiej, polegającej bardziej na umęczeniu widzów i sadystycznym oczekiwaniu bezwzględnego posłuszeństwa od aktorów nie do końca chyba przekonanych, co do grania powierzonych im ról. Pozornie ciekawy pomysł rozważań nad genezą specyficznych relacji polsko-niemieckich miał być w "Titusie Andronicusie" osiągnięty poprzez przeciwstawienie sobie dwóch nacji: Rzymian (granych przez Niemców) i Gotów (kreowanych przez polską część obsady). Jak to jednak bywa z dobrymi pomysłami, kiedy towarzyszy im zbytnia pewność siebie w realizacji, szybują one gdzieś w bliżej nieznanym kierunku i stają się jedynie niespełnioną obietnicą. Widz może już się jedynie zastanawiać, czy trzeba było aż tak przesadnie rozdmuchanej formy, by stwierdzić fakty dość oczywiste - kolizję kultur, różnice w obyczajach i stopniu społecznego wysublimowania Wszystko to wzmocnione zbrodniami przeszłości, żądzą zemsty i brakiem umiejętności przebaczania/ zapominania, inicjuje łańcuszek nienawiści i krwawych, bestialskich odwetów. Kiedy obserwuje się przy tym obnażanie "polaczkowatości" graniczącej już nawet nie z prostactwem, ale z upośledzeniem umysłowym, to ma się ochotę wstać i krzyknąć: "ale przecież to już było!". Takich redundantnych symboli, powtórzeń i zapożyczeń - nawet z samego siebie - Klata trzyma się kurczowo, wysyłając widzów w pogoń za własnym ogonem i mdlący wir wokół swojej osi! W takich przypadkach zawsze jest mi przykro i gorzko, bo jak tu nie odnieść wrażenia, że się nie szanuje odbiorców sztuki? Czy przedstawienia tego typu mają być dla ludzi, czy jedynie powstają dla spełniania jakichś wygórowanych ambicji i chorych wizji autora? Jeśli to drugie, to po co w ogóle zapraszać do teatru publiczność?

Jak to możliwe, że po tak dobrej i emocjonalnej scenie otwarcia spektaklu nagle serwuje się odbiorcom korowód scen tak dalece pozbawionych treści, zwyczajnie bełkotliwych i odrażających w swoim "ślinotoku"? Totalnym kuriozum wydaje się sięgnięcie po popowy utwór z lat 80-tych pt.: "Slice me nice", bo wobec tego, co się obserwuje na scenie, to już nie ironiczna ilustracja muzyczna, ale po prostu policzek dosłowności wymierzony widzom. Wątek pożądania, chuci, jako iskry zapłonowej konfliktów i zbrodni oraz siły równoznacznej z potęgą władzy, a może nawet i przeznaczenia, u Klaty sprowadza się do "rżnięcia", monstrualnego czarnego penisa i chłodzenia genitaliów bryłą lodu. Różnica w stopniu wyrafinowania, jak porównywanie zmysłowej erotyki do taniego, tandetnego hard-core-porno.

Oczywiście zawsze można wytłumaczyć ten cały mglisty chaos i odległe znaczeniowe meandry, po których spektakl błądzi, celowym zabiegiem kreatywnym. Mnie jednak taka wersja zdarzeń zupełnie nie przekonuje. Najlepszym dowodem na to, że wszystko w tym spektaklu cierpi na brak spójności, głębszego sensu i scenicznej kontroli niech będzie ciekawe zjawisko, z jakim mamy tutaj, według mnie, do czynienia: grająca Tamorę Ewa Skibińska bezpardonowo detronizuje swoją kreacją aktorską odtwórcę głównej roli (Wolfgang Michalek) i "kradnie" cały spektakl - dla nie jednej warto znieść katusze i tę próbę wytrzymałości psychicznej.

Dobra, ascetyczna scenografia natomiast zdaje się być jedynie odległym wspomnieniem po oryginalnym zamyśle - bez jego odzwierciedlenia w akcji to jedynie ogołocone z symboliki czarne skrzynie, rażące swoją pustką.

Zawsze daleki byłem od popadania w bezkrytyczne, modne kulty jednostek i śmieszyła mnie "nietykalność" artystów wynoszonych do rangi guru, niemalże bogów. Jeśli ten spektakl uznać za znamienny dla obecnej kondycji twórczej i stanu kreatywnego Jana Klaty, to oznacza to dla mnie jedno: uniknąć rozczarowania można wyłącznie wtedy, kiedy do teatru pójdzie się "na Klatę", a nie na "Titusa Andronicusa".

Marek Kubiak
Teatr dla Was
4 maja 2013

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...