Rozmowy mało poufne

"Rozmowy poufne" na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

Na deskach Teatru Powszechnego w Łodzi w ramach XV Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych został zaprezentowany spektakl "Rozmowy poufne" na podstawie scenariusza Ingmara Bergmana. Przedstawienie Iwony Kempy to próba opowiedzenia o czymś ważnym. Niestety jest to próba chybiona.

Wzięcie na warsztat twórczości artysty tak dojrzałego i wymagającego jak Ingmar Bergman to odważny krok. Jest to artysta, który bez pardonu zagląda we wszystkie zakątki ludzkiej osobowości, wydobywając zeń nawet najgłębiej skrywane emocje. Jego twórczość wymaga ogromnej dojrzałości, a tego wybitnej polskiej reżyserce nie można odmówić. W Rozmowach poufnych coś jednak nie zagrało - zabrakło atmosfery intymności i samego Bergmana z niedopowiedzeniami oraz mnogością punktów widzenia.  

Wśród perfekcyjnie skomponowanej scenografii (idealnie dobrane meble i wysmakowane kostiumy) rozgrywa się tragedia trojga ludzi, uwikłanych w miłosny trójkąt. Anna (Dominika Bednarczyk), żona wikarego (Sławomir Maciejewski), wdaje się w romans z kilka lat młodszym od siebie mężczyzną (Tomasz Augustynowicz). Tomas, kochanek kobiety, jest studentem, kandydatem na protestanckiego duchownego. Romans stanowi przyczynek do prowadzenia sześciu tytułowych poufnych dialogów głównej bohaterki z mężem, kochankiem, spowiednikiem (Tomasz Międzik), matką (Bożena Adamek) oraz przyjaciółką (Joanna Mastalerz). Widz ma nadzieję na kameralne rozmowy. Zamiast tego zostaje zbombardowany natłokiem krzyków, które mają imitować najgłębiej skrywane emocje. 

To spektakl przegadany. Ze sceny pada zbyt wiele słów, zbyt wiele zostaje powiedziane wprost. Niepotrzebnie. Aktorzy raz na jakiś czas wychodzą ze swych ról, aby z niemałą precyzją przytoczyć nam didaskalia w formie epickiej opowieści wprost ze sceny. To, co nie zostaje przedstawione na deskach teatru, zostaje dopowiedziane przez bohaterów. Są to jednak informacje zbędne lub bezużyteczne. Nie popychają akcji naprzód, nie dodają nowych treści, po prostu padają ot tak - w pustkę.  

Wszystkie emocje zostają wygrane na tym samym tonie. Choć na scenie panuje niemały natłok uczuć, wśród nich ciężko odnaleźć prawdziwego człowieka. Słowa miały mieć siłę pocisków, ale nie wypaliły. Aktor miał wykrzyczeć wszelkie bóle - zamiast tego poraził powierzchownością. Całość ratuje Dominika Bednarczyk w roli Anny - pełna pasji, niejednoznaczna i zmienna, wydobywa ze swej postaci cały wachlarz środków ekspresji.  

Zastanawiające wydaje się użycie w spektaklu fragmentu utworu grupy Archive Again. Stanowi on bowiem niejako współczesny pierwiastek, który tak naprawdę w przedstawieniu wydaje się zbędny. Wyświetlane w tle napisy, informujące widza o dacie kolejnej rozmowy, nie pasują zaś do dobranej ze smakiem scenografii. Może nie wszystko musi zostać dopowiedziane z matematyczną precyzją?

Monika Macur
Dziennik Teatralny Łódź
14 marca 2009

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia