Różnice kulturowe

felieton Jana Klaty

Na pierwszej próbie w teatrze w Düsseldorfie spotykamy się dokładnie w dwudziestą rocznicę zburzenia muru. Pytam, czy to dla nich ważne. Aktorzy mają już troszkę dosyć medialnego szaleństwa wokół epokowego wydarzenia, śmieją się z wszechobecnego pytania: "Gdzie wtedy byłeś? Co robiłeś?"

Jeden z nich - Szwajcar zresztą - kpi nawet: "Obcinałem sobie paznokieć małego palca lewej nogi". Nikt - nawet Szwajcar - nie neguje wagi symbolu, istotności zapoczątkowania procesu transformacji (odnotowali Lecha Wałęsę popychającego kostkę domina, odnotowali również fakt, że Lech w wyniku procesu transformacji bardzo się zaokrąglił), ale są zmęczeni historią. Opowiadają o karnawale, z którego słynie Kolonia, Moguncja i Düsseldorf [na zdjęciu], do którego co prawda jeszcze trochę czasu, ale przygotowania ruszyły pełną parą. Dla podtrzymania konwersacji, pytam: "Co robicie nad Renem, żeby się zrelaksować po trudach adwentu?". Poza dość oczywistymi czynnościami, jak picie na umór, ruja i poróbstwo, opowiadanie dowcipów oraz strzelanie z armaty, w ramach karnawału nad Renem... tańczą poloneza. 

Ciekawi ich, czy wiem, co to jest polonez, przecież to musi być związane z Polską, polski reżyser chyba zna poloneza (choć przecie polka, fasolka po bretońsku i kawa po turecku nakazywałyby daleko idącą ostrożność przy tego typu supozycjach). Polonez, ach, polonez! Na to ja zaczynam ze wzruszeniem, że pożegnanie Ojczyzny, że Michał Kleofas Ogiński, że studniówka, że zabory. Rozszerzyłem nieco tematykę zaborów, co poszło o tyle bezboleśnie, że w zespole nie mamy ani jednego Prusaka ani Austriaka. Niemieccy aktorzy (plus jeden Szwajcar) patrzą na mnie dziwnie - nie wiadomo, czy z powodu zaborów, czy dlatego, że poruszam temat zaborów, które odbyły się, w sumie, już dość dawno temu (co zauważyli, gdyż wyszczególniłem daty). A ja dalej, rozpędzony, hajda na koń, że piękna melodia, że powstańcza młodzież, po dziś dzień patriotyzm jutra, godność polskości zaklęta w formie ruchowej. I rach-ciach na parkiet - czyli na düsseldorfską scenę - z tym polonezem. Gdy już detalicznie odegrałem legendarny moment z serialu "Polskie drogi" (niemal dorównując maestro Maklakiewiczowi), zorientowałem się, że coś jest nie tak. Kilkanaście par bardzo okrągłych "niemieckojęzycznych" ocząt przyglądało mi się w konfuzji. W konfuzji oni, w konfuzji ja. "No, co? Nigdyście poloneza nie widzieli?" - sapię zaskoczony. "Widzieliśmy, ale polonez wygląda inaczej". "Tak? No, jak wygląda polonez? Wyjdźcie na scenę i pokażcie Polakowi, jak wygląda polonez! No, bardzo proszę! To polecenie służbowe, mówię to jako wasz reżyser!". 

Wyszli. Ustawili się jedno za drugim. Położyli sobie ręce na ramionach. Ruszyli wężykiem. Nadreńskiego poloneza można określić dosadnie, biesiadnie: 

"Jedzie pociąg z daleka/na nikogo nie czeka/konduktorze łaskawy/zabierz nas do Warszawy". 

Tak rypła się sprawa polska w największym (kubaturowo) teatrze niemieckim. Było dżdżyste wczesne popołudnie w mieście Düsseldorf.

Jan Klata
Tygodnik Powszechny
23 listopada 2009
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...