Rozweselający ołów

"Miłość w Saybook" - reż. Eugeniusz Korin - Teatr 6. piętro w Warszawie

W dziełach Woody Allena nierzadko prawie wszystko kręci się wokół seksu i zabawy nim w różnych konfiguracjach męsko-damskich. Można by nawet powiedzieć, że to temat wałkowany przez autora "Zagraj to jeszcze raz, Sam" już wręcz do znudzenia. Rodzą się w takich sytuacjach i relacjach przedziwne frustracje i seksualne niepokoje.

"Miłość w Saybrook", podobnie jak inne teksty dramatyczne amerykańskiego pisarza i reżysera, to utwór, którego powab wyznaczają aktorskie działania i treść, nie skąpiąca nam niespodzianek, nie tylko erotycznych. Nie jest łatwo pisać o takich sztukach, zważywszy na fakt możliwości popsucia komuś zabawy przy drobiazgowym opisywaniu tego, co widzimy na scenie, a co ma być efektem zaskoczenia, potęgującym reakcje publiczności. Zarówno ewentualnej głębszej refleksji na temat stosunków damsko-męskich, jak i samego śmiechu. W każdym razie, nie ma wątpliwości, że Allen może podziałać na widza niczym dobrze pieniący się trunek, a inteligentne pomieszanie literatury z teatrem może być orzeźwiającym haustem powietrza w naszej zabieganej codzienności. Tym bardziej, że w "Miłości w Saybrook" natura człowieka płata bohaterom niemałe figle, a mężowie są raczej mało odporni na piękno płci przeciwnej, a i żony nie są egzemplifikacją kobiet kryształowo czystych i bezwzględnie moralnych.

Eugeniusz Korin chyba jednak ze zmiennym szczęściem próbował zadbać o humorystyczne aspekty przedstawienia, jego dynamikę, rozmach i właściwy rytm - w konsekwencji niektórym rozwiązaniom inscenizacyjnym towarzyszy niekiedy aktorska szarża, która w interpretacji Joanny Liszowskiej raczej poklasku nie zyska. Można, owszem, wciąż ściągać w dół sukienkę, chodzić dziwnie zamaszystym krokiem, egzaltować się każdym wymyślonym argumentem na niewinność... tylko po co? Rezultat w takich wypadkach może jest i śmieszny, ale za to przeraźliwie płytki i zupełnie nie z allenowskiej bajki. Ciekawie natomiast sprawdzają się próby wziętego w nawias jakby dointelektualizowania autora "Boga", poprzez udział w roli Maxa Andrzeja Poniedzielskiego. Jedynie on w toku ogólnej żywiołowości - szkoda tylko, że na tak krótko - odnajdywał zmienność tonacji, tak charakterystycznej dla twórczości amerykańskiego twórcy.

Momentami można było odnieść wrażenie, że nieco po macoszemu potraktowano dbałość o bardziej zróżnicowane rozwiązania sytuacyjne. Te, które zastosowano, były już wielokrotnie wykorzystane w tym teatrze w innych widowiskach. Z drugiej jednak strony scenografia Macieja Chojnackiego w znaczny sposób ograniczyła przestrzeń gry aktorskiej. Ciekawie jednak było patrzeć jak Marcin Perchuć czy Sonia Bohosiewicz igrają z konwencjami, niemal żonglują nimi, w tym przypadku w bardzo kontrolowany, ale za to skuteczny sposób. Jak nie tylko wyobrażają sobie, ale wiedzą jak w cieniutki sposób oddać parodystyczny dystans do postaci. To właśnie Norman i Sheila, wraz z Sandy Barbary Kurdej-Szatan, najciekawiej odnajdują się w tej przedziwnej miksturze pomieszania czasów, ludzi i sytuacji. Dotykają lekkości, bez której tego typu literaturę komediową doprowadzić można do katastrofalnej nudy.

U innych bohaterów daje się zauważyć jakby brak decyzji, czy mają grać wyłącznie serio czy też komediowo i farsowo. Powoduje to, że w spektaklu brakuje chwilami lekkości dowcipnej interpretacji, a swoiście ujęta fantazja seksualna nie pozostaje niczym więcej jak bezpieczną zabawką, mało kłopotliwym żartem i to nie zawsze szczególnie śmiesznym. Można odnieść wrażenie, że zawodzi przede wszystkim brak jakiegokolwiek napięcia, które konstruowałoby całość przedstawienia, do tego dochodzą również dość jednak schematycznie potraktowane postaci. Publiczność chyba jednak nie do końca też była przekonana co do zalet spektaklu, bo reagowała dość skąpo i do salw śmiechu szczególnie skora nie była. A i podczas oklasków też w zachwyt nie popadła. Boków nikomu w uniesieniu nie pourywało.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
31 maja 2016
Portrety
Eugeniusz Korin

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia