Rusza Festiwal

33. Warszawskie Spotkania Teatralne

Obozowy kabaret, alternatywa wersja "Trenów", rewia położnicza i śledztwo z Sosnowca. Pora na 33. Warszawskie Spotkania Teatralne. Festiwal już dziś otworzy "Dwanaście stacji", w których reżyser odnalazł tradycję gawędy szlacheckiej.

W programie imprezy znalazło się 14 najgłośniejszych spektakli z całej Polski. Selekcją zajął się Jacek Rakowiecki, recenzent teatralny i filmowy. Postawiono przede wszystkim na różnorodność.

Sporo uwagi poświęcono nowym odczytaniom klasyki. "A ja, Hanna" to opowieść o bólu odrzuconego dziecka wyśpiewywana z rockowym pazurem przez siostrę Orszulki z "Trenów" Kochanowskiego. Paweł Łysak ponownie sięga po "Wiśniowy sad" Antoniego Czechowa. Zobaczymy także Szekspira - i to w aż trzech odsłonach. Najbardziej zaskakujące wydają się udramatyzowane "Pieśni Leara" osnute wokół "Króla Leara". Łódzki Teatr im. Stefana Jaracza przywiezie do stolicy nagrodzonego Złotym Yorickiem "Króla Ryszarda III", a Teatr Polski we Wrocławiu widowisko "Titus Andronicus" przygotowane przez Jana Klatę. Stolicę Dolnego Śląska reprezentować będzie ponadto "Filoktet" według Sofoklesa oraz musicalowa makabreska "Frankenstein" Teatru Muzycznego Capitol.

Ciekawego ujęcia doczekały się wątki historyczne. Łukasz Czuj zrealizował w Legnicy opartą na faktach "Komedię obozową" o kabarecie, który działał w żydowskim getcie w czeskim Terezinie. Natomiast Remigiusz Brzyk w czarnej komedii kryminalnej "Korzeniec" niczym w miejskiej legendzie ukazuje perypetie redaktora sosnowieckiej gazety próbującego rozwikłać zagadkę śmierci glazurnika Alojzego Korzeńca.

Na przeciwległym biegunie znajdują się teksty współczesne. Duet Strzępka/Demirski zaprasza na groteskową rewię "Położnice szpitala św. Zofii", których akcja dzieje się na zatłoczonym oddziale położniczym, Paweł Świątek przygląda się żałosnym bohaterom "Pawia królowej" Doroty Masłowskiej, a Mariusz Grzegorzek - czterem kobietom odkrywającym przed widzami swoje obsesje i słabości w tragifarsie "Posprzątane" na podstawie nagrodzonej Pulitzerem sztuki Sarah Ruhl. Specjalnym wydarzeniem festiwalu, który potrwa do 1 maja, będzie węgierska adaptacja wystawianej na całym świecie "Naszej klasy" Tadeusza Słobodzianka. Szczegóły na 33wst.pl.

***

Rozmowa z Pawłem Łysakiem, reżyserem "Wiśniowego sadu", który w sobotę i niedzielę będzie można oglądać w Teatrze Dramatycznym

 Powraca pan do "Wiśniowego sadu" Antoniego Czechowa po 16 latach. Czy to znaczy, że inaczej dziś odczytuje pan ten dramat?

 - Reżyserowałem "Wiśniowy sad" w połowie lat 90., na początku mojej drogi zawodowej, kiedy zupełnie inaczej patrzyłem na historię wykarczowania wiśniowego sadu i stwarzania nowego ładu. Byliśmy w Polsce w trakcie budowania oraz zmian, z którymi wiązaliśmy wiele nadziei. Po kilkunastu latach istotne dla mnie akcenty tego tekstu leżą w innym miejscu - pewien rodzaj wzmożonego odczuwania, poszukiwania piękna i ciągłości w życiu jest bowiem dużo ważniejszy.

 To osobiste doświadczenia czy może transformacja rzeczywistości miała wpływ na tę zmianę?

- Sytuacja trochę się zmieniła. Gdy pierwszy raz przymierzałem się do Czechowa, zaczynałem swoje dorosłe życie. Miałem poczucie, że - jak się wtedy mówiło - trzeba brać sprawy w swoje ręce i zmieniać rzeczywistość. Jednak nie zawsze zmienianie samo w sobie jest dobre, bardzo często zmienia się na gorsze, dlatego być może pewnych rzeczy nie warto ruszać - jak starych kamienic na warszawskiej Woli, zburzonych pod budowę koszmarnego osiedla.

 Dwie ściany zbiegające się w głębi sceny mają symbolizować konfrontację odmiennych postaw?

- Można to w ten sposób odczytywać. Świat domu Raniewskiej to zarazem przestrzeń trochę nierealna. Ona próbuje coś zrobić ze swoim życiem, znaleźć w nim momenty piękna, choć ma świadomość tragedii ludzkiego losu. Zderza się z Łopachinem, dla którego wszystko wydaje się dużo prostsze. Jest nowym kapitalistą uczestniczącym w wyścigu szczurów. Emocjonalna i zagubiona Raniewska dostrzega po tej drugiej stronie, że może nie jest to właściwe podejście. Że warto się zatrzymać, pomyśleć - życie jest przecież tylko jedno. Prawda znajduje się pewnie gdzieś pomiędzy tymi dwiema postawami. Wciąż dokonujemy w naszym życiu wyborów, może bez pewności, że robimy dobrze.

 Czechow udowadnia, że człowiek ma wpływ na swój los i wszystko zależy od jego decyzji.

- I to jest u Czechowa wspaniałe. Pokazuje nam, że nasze życie będzie takie, jakim je uczynimy. Nasze wybory nadają jakiś sens naszemu dorosłemu życiu.

"Wiśniowy sad" to sztuka wieszcząca rewolucję. Czy odczytuje to pan także współcześnie?

- Czechow rzeczywiście przewidział rewolucję, lecz tak naprawdę jego sztuka mówi o nieuchronności zmiany, o tym, że pewnych rzeczy po prostu nie uratujemy. Nowe porządki czyhają gdzieś za ścianą, wiśniowe sady tak czy siak będą wyrąbane - bo wszystko przemija i odchodzi. Zrobiłem ten spektakl na młodych aktorów, więc melancholia odchodzącego życia jest w tym wypadku dużo bardziej wymowna. Zupełnie inaczej patrzy się na odchodzące życie w wieku dojrzałym, jak to bywa w obsadzie "Wiśniowego sadu", a inaczej, kiedy człowiek jest młody i wszystko zaczyna mu uciekać.

Piotr Głuszkowski
Metro online
19 kwietnia 2013
Portrety
Paweł Łysak

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...