Salonikowe LOVE

"Romeo i Julia" - reż. Grażyna Kania - Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Po ostatnich warszawskich realizacjach Grażyny Kani można było oczekiwać zgoła innego przedstawienia, niż "Romeo i Julia". Zarówno "Sieroty" jak i "W mrocznym mrocznym domu" prowadziły sytuację dramatyczną do zastygnięcia w klinczu, w którym przeszłość - a raczej konkretne zdarzenie z dawnych czasów - wdziera się wszelkimi szczelinami do teraźniejszości, zatruwając swoimi miazmatami "wypracowane" szczęście. Szekspirowski "Romeo i Julia" również mógł zostać zinterpretowany pod takim kątem. Układ sił rządzący tragedią prowadzi do sytuacji bez satysfakcjonującego wyjścia, jakkolwiek spowodowanej nie jednostkowym zdarzeniem, lecz całym zespołem okoliczności, które uniemożliwiają kochankom bycie razem. Z takiego tworzywa można z powodzeniem stworzyć gęstą fakturę dramaturgiczną

W przypadku realizacji z Teatru Powszechnego na samym wstępie uderza już rozwiązanie scenograficzne. Przez całą długość sceny rozciąga się biała kanapa, na której przeciwległych krańcach zasiadają przedstawiciele wrogich rodów. Nad nimi rozpościerają się neonowe litery, układające się w napis LOVE. Całość tworzy entourage rodem ze studia, w którym odbywa się nagranie talk show. Początek spektaklu tworzy nastrój konfrontacyjny, co harmonizuje z sugerowaną konwencją telewizyjnego show. Ktoś wystukuje dłonią rytm, dopełniany odgłosem szurania kijem golfowym i przesuwanego wózka-stolika. Akord sugeruje stworzenie spójnej partytury widowiska (nie tylko w rozumieniu: partytura muzyczna). Niestety, szybko okazuje się, że spektaklowi najzwyczajniej brakuje kręgosłupa.

Oglądanie "Romea i Julii" sprowadza się przez dłuższy czas do prób wyśledzenia klucza interpretacyjnego. Początkowo można przyjąć, że przedstawienie będzie reinterpretacją tragedii, w której rozpuszcza się nalot tragicznego wymiaru miłości kochanków, przesuwając w zamian akcent ku ich niedojrzałości i niegotowości do podjęcia nowych ról społecznych. Rozgrywane sytuacje podporządkowane są usankcjonowanemu układowi dorosłych, z przedstawicielami młodego pokolenia jako wykonawcami planu. Nastoletni bohaterowie są w tym modelu golemami, lepionymi zgodnie z wymyśloną przez starszyznę recepturą. Czyli ludźmi przysposobionymi do reagowania zgodnie z planem. W silnie zhierarchizowanych społecznościach związki międzyludzkie są aranżowane zgodnie ze schematem; okrawki zachowań, słów i gestów plotą się w sztampową makatkę relacji.

Taka interpretacja wymaga jednak zastosowania ironicznego dystansu. Do pewnego momentu udaje się zachować pewną kąśliwość względem bohaterów. Szczególnie trafnie robi to Katarzyna Maria Zielińska w roli Julii; jej bezczelność wymieszana z infantylizmem, zestawiona z mechanizacją ruchów, uniemożliwia pełną identyfikację postaci z Szekspirowską heroiną. Problem tkwi w tym, że wkrótce następuje przemieszanie się porządków - i już nie wiemy, czy spektakl wyrasta z intencji stworzenia tragedii czy komedii. Scena pojedynku Merkucja (Sławomir Pacek) i Tybalta (Aleksandra Bożek), choć pod kątem realizatorskim wypada prawie szkolnie, w swojej wymowie jest niewątpliwie tragiczna - i nie jest to tragizm ostentacyjnie wyeksponowany, służący paradoksalnemu wzmocnieniu dystansu. Jak takie sceny plasują się w relacji do scen czysto komediowych, czy wręcz - hucpiarskich? Otóż sprzyjają niczemu innemu, jak tylko formalnemu rozwarstwieniu. Scena balkonowa jest naprędce rozegraną igraszką zblazowanych nastolatków. Rozmowy Romea (Jacek Beler), Merkucja i Benwolia (Michał Sitarski) wypełniają niewybredne żarty o podbarwieniu erotycznym. Spoiwem między scenami jest piastunka Marta, nieźle zagrana przez Elizę Borowską, choć to postać fatalnie skonstruowana w odniesieniu do całości. Początkowo Marta nawiązuje do operetkowego modelu subretki, by w miarę rozwoju akcji wyewoluować w figurę "ostatniej sprawiedliwej", bezinteresownie niosącej pomoc adolescentom. Co nie zmienia faktu, że cała konstrukcja postaci opiera się na efekciarstwie - impertynencja i wyuzdanie piastunki służy generowaniu zbyt gładkich i lekkostrawnych efektów komicznych.

Zakończenie spektaklu jest zgodne z literą oryginału i, co alarmujące, pozbawione konstruktywnej puenty (takiej, choćby i wywrotowej, oczekiwało się przez całe przedstawienie, skoro sama narracja nie narzuca konsekwentnej ścieżki interpretacyjnej). Romeo i Julia umierają - to sztych w podbrzusze zwalczających się do tej pory sitw. Czy niepotrzebna tragedia może przynieść uzdrowienie relacji między antagonistycznymi klanami? Nie wiadomo. Zakończenie ma oczywiście tragiczny wydźwięk, gloryfikujący parę niedojrzałych kochanków, choć wrażenie po obejrzeniu pierwszych scen ożywia zgoła inne oczekiwania. Ostatecznie ostrze satyry zdawało się być wymierzone właśnie w nieopierzonych "adeptów miłości". Grażynie Kani najwidoczniej zabrakło przekonującego konceptu na sprecyzowanie pomysłów inscenizacyjnych; na czystym, konsekwentnym i logicznym przecież tekście Szekspira pojawiają się gruzły i supły, co powoduje, że inscenizacja sprawia wrażenie nieprzemyślanej i przygotowanej naprędce. Całość odbiega od niejednoznaczności i ambiwalentnego osądu sytuacji, znanych z wcześniejszych realizacji reżyserskich w stołecznych teatrach.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że spektakl został pospiesznie sklejony jako lep dla konkretnej grupy odbiorczej - szkół. Tu warto byłoby się pochylić nad osobliwym rozumieniem empatii względem młodocianego widza, która miałaby zaistnieć na drodze podmiany złotogłowiu na złote trampki. Nie może zaowocować sukcesem nachalna próba uwspółcześnienia, uczynienia bliskim tego, co bliskim już być nie może - wojen klanów, aranżowanych małżeństw. Trafnym posunięciem byłoby uczynienie spektaklu przestrogą przed zbytnim skonwencjonalizowaniem spontanicznego uczucia. Efektem końcowym jest jednak spłycona reinterpretacja klasyki, w której zbiorowisko powierzchownie naszkicowanych jednostek wchodzi w pobieżne, nierzeczywiste relacje; konflikt grzęźnie na poziomie jałowej, nieprzystawalnej do aktualiów konfrontacji. Kania w mistrzowski sposób realizowała kameralne dramaty rozgrywające się pomiędzy garstką pozornie bliskich sobie osób, w których panowała duszność i klaustrofobia niczym w kopalnianym szybie. W przypadku "Romea i Julii" wszystko wydaje się odległe, sfabrykowane, oglądane z podobnym zaangażowaniem emocjonalnym jak talk show ze szklanego ekranu. Czyli jak menażerię stypizowanych charakterów, z doniosłą dla nich samych historią do opowiedzenia, lecz dla samych słuchaczy znaczącą tyle, co paproch na szalce Petriego.

Agata Tomasiewicz
Teatr dla Was
18 czerwca 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia