Salonowy flircik w Ateneum

"Skiz" - reż: Maria Spiss - Teatr Ateneum w Warszawie

Związki, miłosne gierki i konwenanse w świetnym tekście Gabrieli Zapolskiej. "Skiz" już w stołecznym Ateneum. Lulu sama swata Muszkę i Tola, ale reżyserowany przez nią romans wymyka się spod kontroli. "Skiz" to historia o tym, jak pożądanie wpływa na poczucie wartości oraz jak niebezpieczne są gry z uczuciami.

Po najnowszej premierze w Teatrze Ateneum najbardziej wryły mi się w pamięć fraki odrywane od tapety, szerokie suknie zrobione z żyrandola i wielka głowa łabędzia, która spogląda na miłosne igraszki dwóch par - doświadczonych Lulu (Halina Łabonarska) i Tola (Krzysztof Tyniec) oraz młodych małżeńskim stażem Muszki (Anna Gorajska) i Witusia (Wojciech Brzeziński). Scenografia jednego z najciekawszych młodych scenografów Łukasza Błażejewskiego - wielobarwna, stylizowana na obrazy prymitywistów - ciąży jednak nad całością "Skiza" w reżyserii Marii Spiss. Najlepszym elementem pozostaje tekst sztuki Gabrieli Zapolskiej z 1909 roku. Poddany ostrym skrótom uwypukla elementy gry miłosnej, która zdarzyć się może zawsze i wszędzie, mimo że miejscem akcji nadal pozostaje jakaś wieś na Podolu. Tekst, o którym sama autorka pisała w liście do męża: "Sztuka może dobra, może zła, nie wiem! Salonowa zupełnie i nieprzyzwoita", po stu latach nadal skrzy się dowcipem i wydaje się, że wciąż mógłby być "nieprzyzwoity" w demaskowaniu tego, co kryje się pod warstwą konwenansu. Niestety, reżyserka wygładziła wszystkie elementy, które mogłyby obnażyć prawdziwe emocje i miłosne rozterki. Spektakl chce być za wszelką cenę efektowny i ekstrawagancki, ale niestety grzęźnie w salonowych konwencjach. Aktorzy wciąż mówią o grze uczuć, zamiast ze sobą tę grę prowadzić. Relacje pozostają powierzchowne, a psychologia postaci mało wiarygodna. Zdaje się, że głównym problemem okazało się poprowadzenie aktorów, którzy, owszem, starają się jak mogą nadać rysy granym postaciom, ale ograniczają się ostatecznie do serii sprawdzonych chwytów. Najlepiej wypada Wojciech Brzeziński, który dobrze się odnajduje w ironicznej konwencji, znanej mu zapewne ze spektakli 

Anny Augustynowicz, u której stworzył przez ostatnie lata kilka wybitnych kreacji. Dlatego najnowsza premiera w Teatrze Ateneum to spektakl poprawny, momentami wzbudzający szczery śmiech, ale też nie wynika z niego nic ponad powierzchowne odświeżenie salonowych psot, do jakich skłonne są dwie małżeńskie pary.

Paweł Sztarbowski
Metro
28 stycznia 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...