Sami niewinni ludzie

"Bramy raju" - reż: Małgorzata Bogajewska - Teatr im. Jaracza w Łodzi

"Bramy raju" w łódzkim Teatrze Jaracza to spektakl zaledwie poprawny. Powieść Jerzego Andrzejewskiego została brutalnie uproszczona, a jej przestanie gdzieś zgubione.

Interpretować "Bramy raju" w teatrze to jak porywać się z motyką na słońce. Powieść ma strukturę amorficzną, miejscami niewyraźną, składa się z okruchów wspomnień pomieszanych w czasie. Monologi bohaterów przeplatane są dialogami. Andrzejewski posługując się narracją przypowieści moralnej, rekonstruuje okoliczności zawiązania się dziecięcej krucjaty do Jerozolimy w 1212 roku. Jasno stawia pytania, co znaczą zbiorowe mity i czy Bóg może być miłością? Mam przed oczami brutalne i śmiałe przedstawienie Małgorzaty Bogajewskiej "Osaczonych" Zujewa sprzed dwóch lat. Zapamiętałam przede wszystkim Kamila Maćkowiaka, który zrzucił z siebie maskę Niżyńskiego (głośna rola w Jaraczu), jego wulgarność uderzała prosto między oczy. To był bolesny, przejmujący i przemyślany spektakl. Sobotnia premiera każe jednak zapomnieć o "Osaczonych". W "Bramach raju" jest na odwrót. To spektakl zrobiony bez pomysłu i ostrości. 

Reżyser przeszła obok problemów, z którymi musi się zderzyć inscenizator "Bram raju". Bogajewska włożyła przestawienie w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Wyjęła z powieści średniowieczny kontekst, a aktorów ubrała we współczesne kostiumy. Zgubione zostały także monologi wewnętrzne bohaterów. W takiej sytuacji trudno budować skończone role. Nie wiemy, dlaczego bohaterowie odbywają spowiedź i po co idą do Ziemi Świętej. 

Reżyser rysuje bohaterów jedną linią, bez złamania, bez ich wewnętrznej walki czy wewnętrznego dojrzewania. A erotyczne pobudki, które sprawiły, że przyłączyli się do krucjaty, są od początku tak oczywiste, że po pięciu minutach wszyscy mogliby zastygnąć w seksualnej orgii i efekt byłby ten sam, a może nawet bardziej widowiskowy. Owszem, Andrzejewski brak niewinności, uwięzienie bohaterów w ich własnej cielesności akcentuje już na pierwszych kartach 

powieści, ale to wszystko robi pod płaszczem niedopowiedzenia i pozornej ich czystości. Zaczyna uderzać w czytelnika erotyką subtelnie i stopniowo. Powieść ma gęsty od wyznań, duszny od zakłamania klimat. Bogajewska tej poetyki nie widzi. Całość wystawia w jednej, zgrzebnej konwencji, a polifonię zamienia na linearny zapis. Scenografia idealnie współgra z propozycją reżyserki. Jest nijaka i zaprojektowana jakby zupełnie obok tekstu. Scenę oplatają lustra - krzywe zwierciadła, a jakże. Tłem jest tandetny, schematyczny ołtarz, a pośrodku stoi przezroczysta trumna. Jesteśmy w kościele, ale nic z tego nie wynika. Wreszcie aktorzy, co z tego, że grają przyzwoicie, jeśli każdy gra jakby na inną nutę i w innej bajce. Tymczasem pod maską cnoty kryją się w nich całe pokłady namiętności. Są głodni ideałów, ale też seksu, miłość do Jakuba zżera ich w środku, a miłości do Boga nie ma wcale. Brawa należą się jedynie Urszuli Gryczewskiej. Jej Blanka, podobnie jak w książce, wyróżnia się spośród innych "dzieci", jest dumna jak paw, zdemoralizowana i drapieżna. Mocny końcowy monolog Andrzeja Wichrowskiego to zaś jedyny przejmujący moment spektaklu. Małgorzata Bogajewska zrobiła spektakl o... nieodwzajemnionej miłości, która zabija, odczłowiecza i sprawia, że na oślep idziemy na śmierć. Nie jest to przedstawienie o zwątpieniu w ideę, w Boga czy o naiwności. A szkoda. W efekcie z wielowymiarowej powieści Andrzejewskiego na scenie niewiele zostało. Po co brać się za taką prozę, skoro się ją aż tak upraszcza?

Agnieszka Michalak
Dziennik - dodatek Kultura
19 września 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...