Samotność odszczepieńców

"Starucha" - reż. Igor Gorzkowski - Teatr Ochoty w Warszawie

"Starucha", fenomenalne, najważniejsze od lat przedstawienie Igora Gorzkowskiego, podsumowuje jego dotychczasową teatralną drogę

Zawsze trochę na uboczu, nie podążając za jakimikolwiek scenicznymi modami, latami udoskonalał swój styl, całkiem osobny. Wbrew wykrzykiwanym wymaganiom, że dziś wypada robić teatr postdramatyczny czy zaangażowany, podążał własną ścieżką. Pisał scenariusze, dokonywał adaptacji prozy, i to biorąc się za autorów z zupełnie przeciwległych biegunów: od fragmentów Prousta do Walsera, przez Piele-wina, aż do Huntera Thompsona, a ostatnio Iwaszkiewicza. Niezależnie od literackiego tworzywa klamrą, która spina spektakle Gorzkowskiego, wydaje się tożsamość jednostki albo zbiorowości zagubionej w meandrach własnej duchowej egzystencji, prawidłach epoki. Nieważne, czy akurat mowa o artyście, czy szarym przeciętniaku. Gorzkowski najzwyklejsze zdarzenie z życia everymana potrafi postawić na równi z zagadką skomplikowanej osobowości.

Nie inaczej jest w "Starusze". Bardzo możliwe, że gdyby zapytać reżysera, który ze zrobionych przez siebie spektakli chciałby uznać za swoją wizytówkę, wybrałby właśnie ten. Zebrał w nim chyba wszystko, co dla jego teatru charakterystyczne i jednocześnie niepodrabialne. Pomógł wybór, dla twórcy Studia Koło idealny, kilkakrotnie już z powodzeniem eksploatowany, choćby w jakimś stopniu przy "Spacerowiczu" sprzed lat czterech.

Historię jednej z najbardziej zagadkowych grup w historii teatru XX wieku, czyli rosyjskich Oberiutów i ich przewodnika, Daniła Iwanowicza Charmsa, rozegrał Gorzkowski na zasadzie skojarzeń z ich własną twórczością, absurdalną, komiczną, pozasystemową, choć do końca nie wiadomo, w jakim stopniu wymierzoną przeciwko systemowi Rosji lat 30. Poplątał wątki biografii Charmsa z motywami jego powieści "Starucha".

Powstała mozaika ułożona według precyzyjnej strategii.

Oberiuci powiadali, że uprawiają sztukę realną par excellence, a absurd to wszystko, co ona stara się jedynie opisać. Gorzkowski pokazuje istotę tego manifestu i stara się jednocześnie odgadnąć zagadkę Charmsa, choć pod koniec daje do zrozumienia, że fatum nie daje się ugłaskać, a za los odpowiada ten przeklęty realizm (artysta zmarł w szpitalu psychiatrycznym pod nadzorem NKWD). Bez pomocy Andrzeja Mastalerza w roli Juwacewa (tak naprawdę nazywał się Danił Iwanowicz Charms) ukazanie tej postaci byłoby najzwyczajniej mało możliwe. Albo wywróciłoby spektakl w jeszcze inną stronę. Ten od dawna niewidziany na scenie aktor wie, że osobowość można odczytać w każdym niepozornym geście czy mimochodem rzuconym pytaniu, stylu rozmowy, i że to, co subtelnie skrywane, może nęcić i prowokować obserwatorów. Stawiam tezę, że w tym Mastalerz osiągnął mistrzostwo. Ale inni z równym zaangażowaniem tworzą tę misterną konstrukcję. Wiktoria Gorodeckaja, Bartłomiej Bobrowski, Adam Ferency czy Anna Sroki (w roli tytułowej) pokazują w swoich rolach efekty dogłębnych przemyśleń i ani przez chwilę nie robią z tego popisu. Kreowanie świata, podsuwanie pytań, rozgałęzianie sensów - tym Gorzkowski zajmuje widzów. A stawką jest ocalenie pamięci o ważnej sprawie. Uda się, i to na długo. Bez cienia wątpliwości.

Przemysław Skrzydelski
Dziennik Gazeta Prawna - dodatek Kultura
30 maja 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...