Samuel Beckett: wyzwanie dla naszych czasów

O fenomenie twórczości Samuela Becketta dyskutowali w redakcji Dziennika kulturoznawca i badacz literatury Piotr Kłoczowski, pisarz, reżyser, tłumacz Becketta Antoni Libera, muzykolog i reżyser Józef Opalski oraz aktor Zbigniew Zapasiewicz.
Beckett to autor narzucający ścisłe rygory reżyserom, niemal całkowicie odbiera im wolność. Czy przed reżserem, który inscenizował go już kilkanaście razy, może stawiać jeszcze jakieś nowe wyzwania? Antoni Libera: Zapis utworu muzycznego jest, na przykład, bez porównania ściślejszy od tekstu dramatycznego, a jednak ile wykonanń, tyle interpretacji. I nieraz bardzo różniących się od siebie. Beckett, gdy sam wystawiał swoje sztuki, przygotowywał szczegółowe plany spektakli, w których wyznaczał dokładnie przejścia aktorów na scenie, liczył ilość kroków i długość pauz w sekundach. Te egzemplarze reżyserskie zostały opublikowane i niejeden reżyser z nich korzystał. A jednak nigdy nie wywochziło na tej podstawie dokładnie takie samo widowisko. I nie chodzi tu tylko o temperament i talent aktorów, a także o koloryt narodowy, który zawsze nadaje jakiś inny ton całości. Chodzi o to, że w utworze przeznaczonym na scenę, choćby nie wiem jak dołdadnie był zapisany; zawsze istnieje margines swobody do indywidualnego zagospodarowania Jednak Beckett wymaga od reżysera pokory. A.L.: A co w tym złego? To naturalna rzecz u wykonawcy, a reżyser jest tu wykonawcą. Tak jak dyrygent czy solista grający na instrumencie. Ma dzieło do wykonania, do interpretacji. Dopiero ostatnio, niejako na naszych oczach, reżyserom przewróciło się w głowie i zaczęli uzurpatorsko mianować się twórcami. Oczywiście, gdy mamy Kantora, to jest to co innego, to jest kreator. Jednak normalny reżyser, który chce zajmować się wystawianiem sztuk napisanych przez dramatopisarzy, jest - i powinien pozostać - wykonawcą. Znamienne, że wielcy wizjonerzy teatralni, tacy np. jak Peter Brook, gdy zabierają się do Becketta, jakkby instynktownie zawieszają własną twórczość i na powrót promują rolę służebną - starannego, rzetelnego wykonawcy. Według mnie, reżyserzy, którzy wystawianie Becketta zaczynają od zmian i uprawiania wariacji ,na motywach', nie czynią tego z głębiej potrzeby dyskusji z autorem czy udoskonalenia jego dzieła, lecz ze strachu przed karkołomnymi trudnościami, jakimi najeżone są jego dramaty. Oni to bardziej lub mniej świadomie wyczuwają i chcą po prostu ominąć te rafy, czyli ułatwić sobie zadanie Piotr Kłoczowski: Podoba mi się porównanie Antonino Libery - teksty Becketta jako partytury, a reżyser w roli dyrygenta. Jeśli traktować jego dzieła niczym kompozyeje, najbliżej będzie Beckettowi do Brittena albo Lutosławskigo. Wszyscy - jak tu siedzimy - znamy tę muzykę, bo wszyscy podobnie rozpoznajemy w kulturze tę przestrzeń, dla której ta nieprawdopodobna dokładność Becketta jest miarą. Jesteśmy wierni Beckettowi, bo jego dzieciństwo, studia, jego formacja intelektualna, jego Paryż są dla nas czytelne. Natura procesu twórczego w jego ujęciu jest nam bliska. Nie wiemy jednak, czy to doświadczenie, tak dla nas ważne i życiodajne, nie należy już do przeszłości. Z drugiej strony, nie wiadomo, czy nie doczekamy się powrotu do tej wielkiej tradycji nowoczesnej, której Beckett jest wspaniałym, jednym z ostatnich przedstawicieli Może rozpocznie się proces nowego odczytania tej tradycji? Józef Opalski: Jeden dzień Festiwalu Dedykacje, który organizuję, chciałem oddać szkołom teatralnym. Niech robią z Beckettem, co chcą. Odpowiedziała tylko jedna szkoła - krakowska. Młodzi reżyerzy nie interesują się Beckettem. Na festiwalu można będzie zobaczyć jednak 'Końcówkę' młodego reżysera Macieja Sobocińskiego J. O.: Tyle że Sobociński wyrzucił z tekstu dwójkę z czterech bohaerów - Naga i Neil A Beckett do podobnych praktyk by nie dopuścił. Zbigniew Zapasiewicz: Beckett przypomina, że na scenie nie może robić nic przypadkowego A dziś nasz zawód staje się przypadkowy, niedookreślony. Wszystko polega na tym, żeby 'wyjąć' z siebie jakiś numer i załatwać szybko sprawę. Praca nad Beckettem pozwala wrócić do tegjo, czego 50 lat temu uczyli nas Zelwerowicz i Kreczmar: jak wchodzę przez drzwi, to ma coś znaczyć, rytm naciśnięcia klamki już buduje postać. Nie chodzi tylko o porządek, ale także o przypomnienie, że rola słdada się z malutkich ogniw nanizanych na jeden sznurek. Dopiero potem wychodzi z tego całość. Tajemnica, która jest w tekście. Im więcej tej tajemnicy, tym więcej widz dla siebie znajdzie. Antoni Libera mówił przed chwilą, że aktor Becketta ma do wykonania określone zadanie. Czy może naznaczyć je własnym charakterem? ZZ: Otrzymujemy gotową, zamkniętą formę. Aktor musi odnaleźć się w tej formie, nieprzekraczając jej struktury. I musi wlać w nią własną osobowość. Tu się nie da zagrać innej historii niż ta zapisana. Jakiś czas temu rozpoczęliśmy próby do 'Czekąjąc na Godota' warszawskim Teatrze Powrazeclmym. Reżyser Piotr Cieplak próbował odejść od zapisów Becketta, przerzucić dramat w inną rzeczywistość teatralną. Nie udało się. Wracając do egzemplarza, za każdym razem stwierdzaliśmy, że wszystko jest tam lepiej zapisane, niemal wyreżyserowane. Aktor musi wypełnić filiżankę własną, na swój sposób przyrządzoną kawą. Ale kształt filiżanki się przecież nie zmiai. Józef Opalski dzięki Bedrettowi, spektaklowi 'Urodził się i to go zgubiło' i Antoniemu Liberze debiutuje w pełnej roli dramatycznej JO.: Z początku odmówiłem. Przestraszyłem się, bo dobrze wiedziałem, do czego ten potwór Antoni Liliera zmierza. Wziżł mnie i Bronisława Maja - dwóch fecetów o silnycłi, absolutnie odmiennych osobowościach, i - posługując się metaforą pana Zapasiewicza - wsadził nas do filiżanki, a my mamy być kawą. Teksty Becketta są przerażające, niezwykle trudno znaleźć środki aktorskie, żeby ich treść chociaż w części dotarła do publiczności. Wygłupiałem się na scenie przy okazji różnych benefisów i spotkań towarzyskich, natomiast nigdy w życiu nie grałem naprawdę. Tymczasem, 'Fragment dramatyczny II' to dwie poważne role, przy całej komiczności tego tekstu. Bardzo ciekawe będzie nasze pierwsze spotkanie z publicznością. Co tu kryć, jesteśmy z Bronkiem w Krakowie dość popularni, więc ludzie przyjdą zobaczyć naszą klęskę. Mam nadzieję, że reżyser zrobi wszystko, żeby tę klęskę od nas oddalić. Po tych próbach mam coraz więcej szacunku dla Becketta. Może to nawet miłość? Jestem zafescynowany tym tekstem. Jest tam wiele absolutnych odkryć. U Becketta nie ma zbędnych liter. Czy to nie jest właśnie największe wyzwanie rzucone naszej współnesności? Oto jest ktoś, kto wyznacza pułap dla innych niedostępny. A.L: Moim zdaniem, dostępny. Trzeba tylko przyjąć reguły gry Teatr, cała literatura Becketta to zamknięty, jedyny w swoim rodzaju świat. Albo się go podziwia lub przynajmniej akceptuje, albo nie. Jeśli nie, to lepiej dać sobie z tym spokój. A jeśli tak, to należy pozostać w kręgu zaproponowanej tu poetyki i estetyki. Beckett stworzył kosmos od a do z, moim zdaniem, bez możliwości rozwinięć czy kontynuacji. Bardzo wcześnie wyznaczył sobie cele czy też w ogóle projekt sztuki literackiej i w pełni go zrealizował. Podobnie jak filozofowie, np. Spinoza czy Schopenhauer, a w literaturze jego mistrz - Joyce. Jakbym scharakteryzował ten idiom? Oto, niejako na naszych oczach, zawalił się porządek metafizyczny, realny i filozoficzny, w którym człowiek, przynajmniej ten europejski, tkwił od paru tysięcy lat Cofnęliśmy się duchowo do punktu wyjścia, na powrót zderzając się z chaosem, który - głównie dzięki tradycji judeochrześcijańskiej - na wiele stuleci został przezwyciężony lub przynajmniej zażegnany. Nowy czy choćby zmodyfikowany ład metafizyczny jak na razie nie nastał. Siłą przyzwyczajenia żyjemy starą wiarą, ale ma ona dla nas już tylko posmak mitu - raju utraconego. Otóż projekt Becketta polega na tym, by dojmujące doświadczenie absurdu w ogóle wytyczyć i nadać temu formę, a ściślej - by spróbować tego dokonać, sparawdzić, czy to w ogóle jest możliwe. Bo wszelka forma zakłada jakąś aksjomatyę, a tej właśnie brakuje. P. K.: Sedno dzieła Becketta powstaje w określonym momencie. Dekada końca lat 40. do końca lat 50. jest jeszcze w kulturze europejskiej dekadą literacką. Literatura miała wówczas inną wagę, to była epoka przedtelewizjjna - moment przed wejściem Europy w wielki skok transformacji modernizacjjnej lat 60. i 70. W tym sensie Beckett jest jeszcze człowiekiem końca starego porządku. Dla ludzi jemu podobnych krystalizował doświadczenia bardzo osobiste, całą egzystencję. Wraz z nim możemy wymienić co najmniej trzech innych wielkich twórców z anglosaskigo świata z owej ostatniej generacji nowoczesnej. To Auden (rocznik 1907), Bacon (1909), a Beckett to rocznik 1906. Gjombrowicz jest z roku 1904, należy do tego sameo pokolenia. Notabene w tym samym czasie pracowali nad 'Ślubem' i 'Godotem', to był koniec lat 40. Obie te sztuki są do dziś ważnym głosem na temat głębokiego kryzysu, dostrzeżonego przez jednio i drugiego w innych rejestrach. Wiele sztuk się zestarzało, ale te nie. Niedawno oglądałem wystawę o wielkiej inicjacyjnej podróży Bacona do Paryża w latach 1929-30. Dokładnie w tym czasie Beckett też jest w Paryżu i zaczyna pisać esej o Prouście. To doświadczenie paryskie staje aę bardzo ważne dla rozpoznania wielkej własnej problematyki A dla Bacona zobaczenie małej wystawy Picassa będzie decydujące dla rozpoznania swojej drogi jako twórcy. Kuszące byłoby ich zestawienie, podwójny portret artysty w czasach młodości - Bacon i Beckett, dwóch równolatków w tym samym czasie w Paryżu. Wcześniej jest Joyce, mentor młodego Becketta. To cała formacja. Tak tworzą się ogniwa tradycji. Później dla młodego Josifa Brodskigo ważny będzie Auden, a dla Antoniego Libery - Beckett. Brodski i Libera są tymi ogniwami. Antoni Libera w komentarzach do Becketta zauważa, że to człowiek o wielkiej kulturze duchowej, religijnej, w sensie niewyznaniowym. Lektura 'Wyznań' Augustyna była dla niego rozpoznaniem w lustrze Augustyna własnej egzystencji. Można rzec, że jak Augustyn jest Proustem początków Europy, tak Krapp jest Proustem połowy XX wieku. U wżeUdch twórców ta nić tradycji, jakby na przekór diagnozie Hannah Arendt, nie pęka. W aktorstwie to wielka tradycja od Zelwerowicza, od Stanisławskiego. Żadne 'izimy'jej nie zburzą. A-L: Dla Becketta wzory aktorstwa to Chaplin i Buster Keaton. ZZ: Ale jakże byli fentastyczni w formie! Chaplin to czysta forma. A.L: Beckett nieraz podkreślał, że mniej interesuje go sens jego sztuk, a bardziej, jeśli nie wyłącznie, ich forma. Mawiał, że tylko za nią bierze pełną odpowiedzialność. Poza tym podkreślał, że akcja każdego dramatu rozgrywa się dla niego przede wszystldm w ustach aktora. Bo mowa to jedyna prawdziwie ludzka rzeczywistość. Toteż wysiłek aktora, przynajmniej w jego sztukach winien iść głównie w kierunku mówienia, tak, żeby za pomocą mowy 'zaczarować' widownię. Czy dzisiejsza wickywnia potrafi się temu poddać? ZZ.: W 'Impromptu Ohio', środkowej części spelrtaklu 'Zapasiewicz gra Becketta', jeden fecet czyta drugiemu. Wydawwałby się, że polska publiczność, która nie lubi, jak jej się dużo mówi, nie wytrzyma tego. A oni świetnie wytrzmują. Są nawet ludzie, którzy mówią, że to najlepszy fragment przedstawienia. Przecież tam nie ma akcji! Beckett to ostatni Mohikanin tradycji kultury europejskiej czy jej kolejne ogniwo? P.K.: To silne dzieło indywidualne. Beckett wymusza uwagę i skupienie. To jest pod prąd naszemu zbanalizowanemu, rozproszonemu widzeniu. Z jednej strony, mamy świadomość, że dzieło Becketta jest dzisiaj odczytywane przez zdecydowaną mniejszość. Ale z drugiej strony, przestrzeń kultury jest dziełem otwartym, Gdyby nie Giorgio Strehler, może nie odkrylibyśmy na nowo komedii dell'arte? Może za lat 30 ktoś wróci do Becketta, jak Strehler do dell'arte. J.O.: Jedno jest pewne: po Becketcie nie pojawił się żaden dramaturg który by miał taki wpływ na nasz czas. A.L: Co do przyszłości, to nie jestem optymistą. Cywilizacja zachodnia weszła w fazę długofalowej przemiany, która może potrwać nawet kilkaset lat, zanim sytuacja się na nowo ustabilizuje. W związku z tym Beckett, choć na razie wciąż aktualny i żywy, może zostać - z całą swą krystaliczną formą - na jakiś czas odepchniety, jako coś niewygodnego, jako zbyt wynikające wyzwanie starego, dojrzałego świata. Jeśli jednak problematyka metafizyczna po tych wszystkich perturbacjach nie przestanie być dla człowieka europejskiego ważna, to Beckett niezawodnie wróci, tak jak wracają po dwóch i pół tysiącu lat pytania eleatów, stoików i sceptyków, a także pytania tragików greckich. Co do mnie, w myśl słów Herberta, nie mam wyboru: nie oddając się na takie czy inne grymasy, obiekcje i szyderstwa, muszę iść tą drogą i być temu wierny. Choćby miało się to okazać daremne. Ponieważ wierzę, że dopóki człowiek pozostaje tym, kim wciąż jeszcze jest, sprawa absurdu i formy jako namiastki sensu będzie dla niego ważna, jeśli nie zasadnicza Dyskusję prowadzili Magdalena Cytowska, Jacek Wakar
Magdalena Cytowska, Jacek Wakar
Dziennik
31 października 2006
Portrety
Samuel Beckett

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...