Scenariusz pilnie poszukiwany

"Każdy musi kiedyś..." - reż. A. Duda-Gracz - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Estetyka Agaty Dudy-Gracz jest estetyką okrucieństwa. Zawłaszcza każdy element przestrzeni spektaklu, nie pozostawiając ani skrawka niezaangażowanej w nią sceny. Wzbudza w widzach uczucie dyskomfortu - nie tylko dlatego, że epatuje przerysowaniem, brzydotą, wulgarnością i naturalizmem, ale także poprzez czysto fizyczne odczucia usadzonych zwykle na niewygodnych siedziskach patrzących.

Duda-Gracz jest artystką totalną i w dużej mierze samowystarczalną. Reżyserką, scenografką, autorką scenariuszy i kostiumów. Można za jej scenicznymi obrazami nie przepadać, ale trudno zarzucić jej bezmyślność, niekonsekwencję, czy niedbałość w ich konstruowaniu. Nie można też powiedzieć, że jest nieuczciwa. Nie udaje, że proponuje nam co innego niż w rzeczywistości. Nie ukrywa też swoich artystycznych zamiarów. Kupując jej plastykę, nie decydujemy się na kota w worku, ale przejrzystą strategię teatralną i wszystkie jej elementy: mrok, rozproszenie, symultaniczność, nagość, przesadę, upiorność i przejaskrawienie.

Można upaść pod ciężarem tego wszystkiego, ale jeśli w końcu się podniesiemy i oddamy temu światu, zrodzi się potrzeba poznania sensu, celu i prawdy przedstawienia. Niestety, w przeciwieństwie do wizualnego kształtu przedsięwzięcia, są one rozmyte.

Rozdzieleni na dwie grupy (siedzących po stronie Greków i Trojan), wchodzimy na ciemną, pokrytą gąbką salę widowiskową, na której już odbywają się działania poszczególnych postaci, pozornie koordynowane przez Fortunę (Dominika Bednarczyk) chodzącą po scenie i krzyczącą odkrywczo, że "Fortuna kołem się toczy". Zaraz nastąpi prezentacja dwóch obozów i wchodzących w ich skład postaci, z uwzględnieniem bohaterskiego etosu i wywyższających mitów. Każda z nich zresztą w jakiś sposób się wyróżnia - ruchem scenicznym, kostiumem i aparycją (choć wszystkie postaci wyglądają równie makabrycznie, każda z nich nadaje swojej makabrze jakąś indywidualność), ale niestety, żadna nie ma nic do zaoferowania. Aktorzy grają świetnie te papierowe, stworzone przez Dudę-Gracz postaci, które nie posiadają żadnej duszy. Program spektaklu obfituje w zdjęcia obok których znajdują się monologi-opisy postaci (ponoć są to listy, które reżyserka pisała do swoich aktorów). Mają brzmieć górnolotnie, a w istocie są grafomańskim bełkotem, który można stworzyć chyba tylko pod wpływem jakichś nielegalnych środków. Za potokiem słów nie kryje się nic, tak jak za świetnymi aktorami, którzy grają pustkę.

Historia Wojny Trojańskiej w spektaklu jest historią przypadkowych interakcji doprowadzających do banalnego wniosku, że zło jest efektem chorej ambicji, nadmiaru honoru i galopującego libido. I to jedno zdanie jest treścią dwugodzinnej krzątaniny w scenerii mrocznej bajki, na tle pięknej, onirycznej muzyki. Trochę za mało.

"Każdy musi kiedyś umrzeć, Porcelanko..." to kolejny, krakowski spektakl Dudy-Gracz mający szokować i budzić kontrowersje. Jednak w przeciwieństwie do "Ojca" czy "Galgenberga" nie ma w nim głębokich uzasadnień dla niektórych, trzeba niestety tak to nazwać, efekciarskich rozwiązań. Reżyserka każe swojej Helenie (Ewa Worytkiewicz) pokazywać (całkiem atrakcyjne zresztą) piersi, ale nie do końca wiadomo po co - skompromitowała już przecież tę postać, sprowadzając do roli nawiedzonej kretynki, a teraz robi z niej sprzedajną dziwkę, wedle wszelkich seksistowskich strategii ośmieszenia. Trudno też znieść jej pretensjonalne gdakanie: "heloł, helooooł", które już za pierwszym razem jest tautologiczną żenadą, a za dziesiątym tylko nudzi i wzbudza litość nad aktorką, która musi to słowo powtarzać bez końca. Równie trudno wyjaśnić niekonsekwencję ukazywania aktów płciowych. Troilus (Rafał Dziwisz) i Kresyda (Anna Tomaszewska) tylko się mocno ściskają zrzucając poduszki ze swojego posłania, ale już Achilles (Cezary Studniak) i Patrokles vel Porcelanka (Tomasz Schimscheiner) uprawiają intensywne bara-bara pod baldachimami, nie dbając o rozrzucone po łożu mandarynki, rozgniatające się od tych intensywnych miłości pod umięśnionymi, męskimi ciałami. Najdalej jednak pójdzie Odyseusz (Przemysław Chojęta), który ściąga majty i, krótko mówiąc, symuluje ruchanie w tyłek swoim opadłym penisem. Nie mogło chodzić o nic innego niż tani skandal, na który zresztą raczej spuszcza się zasłonę milczenia niż nim jakoś specjalnie podnieca.

Szkoda zmarnowanego potencjału i harówki wielkiego zespołu aktorów i realizatorów. Szkoda tym bardziej, że udało się stworzyć odpowiednią atmosferę, wciągnąć w wytworzony przez twórczynię klimat i zainteresować tym dziwacznym światem zapatrzonych w siebie potworów. Jednak jak się okazało, zaoferował on nam tylko ewentualność zostania oblanym krwistoczerwoną farbą. Może więc warto następnym razem pomyśleć nad zatrudnieniem dramaturga? Każdy musi kiedyś umrzeć, ale głupio byłoby uśmiercić własny teatr.

Aleksandra Sowa
Teatr dla Was
31 maja 2013

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia