Scenarzysta Robert prawdę ci powie

"Robert Robur" - reż. Krzysztof Garbaczewski - TR Warszawa

Wśród tegorocznych spektakli konkursowych Boskiej Komedii znalazł się "Robert Robur" w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego. Spektakl tak wściekle dynamiczny, jak błyskające w nim światła stroboskopowe. Po brzegi naładowany kliszami z popkultury, cytatami z filmu, telewizji i muzyki. Pod kątem korzystania z nowych technologii - współczesny do szpiku (teatralnej) kości. A jednak całkiem tradycyjny w formie, bo grzecznie podążający fabularną ścieżką, czasami nieco pokrętną.

Małe wyznanie na początek. Lubię podsłuchiwać innych widzów, szczególnie kiedy teatralny szept, którym się posługują, niesie się przez pół sali. W przerwach przedstawienia "Robert Robur" usłyszałam dwie sprzeczne opinie, które można by zupełnie zignorować, jednak po głębszym zastanowieniu dały mi impuls do spojrzenia na spektakl w inny sposób. Ale po kolei. Pierwszy podsłuchany delikwent siedział rząd wyżej, miał około dwudziestu lat i brakowało mu już niecenzuralnych, pełnych tzw. pozytywnej energii, słów, aby wyrazić swój zachwyt. Że "Robert Robur" to głos pokolenia, że kultowy, że absolutny i totalny. Drugi podsłuchany - znacznie starszy, choć sprawiający wrażenie obytego ze współczesnym teatrem, wyraził swoje rozczarowanie, odbierając płaszcz w szatni. Skarżył się przede wszystkim na dłużyzny i nudę mimo ogromnej ilości zastosowywanych efektów i dynamiki spektaklu, której nie da się zaprzeczyć. Różnica nie jest oczywiście niczym dziwnym czy frapującym, ale zwraca uwagę, że spektakl poddaje się nie tyle ocenie całości czy części składowych, ile subiektywnemu odczuciu związanemu z emocjami, jakie towarzyszyły oglądającemu. Trochę tak, jakby spektakl zrzekał się swego autonomicznego bytu na rzecz uwewnętrznienia przez widza. Stąd też trudno mówić o rytmie przedstawienia, bo mimo hałasu, oślepiającego światła czy działań pełnych ekspresji całość cechowała się jednostajnością, a wręcz czymś w rodzaju "zamrożenia". Jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy była kamera, która z jednej strony zwiększała jeszcze dystans między widzami a aktorami ukrytymi za różnego rodzaju parawanami, przesłonami, kulisami. Z drugiej zaś - sygnalizowała jeden z najważniejszych problemów Roberta Robura, czyli nieustanne bycie obserwowanym.

Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, można powiedzieć, że historia o Roburze to kompilacja różnych opowieści o samotnych jednostkach walczących z systemem, który stara się aż nadto ingerować w życie społeczności. "Robert Robur" to multimedialna bajka dla dorosłych z psikusem pod koniec zamiast happy endu. Mam tu na myśli ostatnią część spektaklu, prezentowaną po drugiej przerwie. Zmiana scenografii, poetyki i języka jest na tyle dynamiczna, że można odnieść wrażenie, jakby teraz grano już zupełnie inne, nowe przedstawienie. Dotychczasowe zapośredniczenie świata przedstawionego poprzez projekcje wideo zostaje zastąpione jak najbardziej konwencjonalnym i tradycyjnym teatrem z akcją wyłącznie w żywym planie.

Drugą część spektaklu cechuje również zmiana stosunku do widza. O ile w pierwszej części obecność osób siedzących na widowni była praktycznie bez znaczenia, trochę tak jak na pokazie filmu w kinie, o tyle po drugiej przerwie aktorzy "witali" widzów mało entuzjastycznym hasłem: "Idźta stąd, przynosita zło". Steampunkowo-militarne kostiumy zostały zastąpione ludowymi strojami; gdy przyjrzeć się bliżej, na białych koszulinach widać wzory łemkowskie. Być może to subtelna aluzja do miejsca pochodzenia Mirosława Nahacza, autora książkowych "Niezwykłych przygód Roberta Robura". Ale możliwe też, że wprowadzenie Łemków do spektaklu ma na celu po prostu przedstawienie określonej grupy kulturowej posiadającej własny kod - taki jak język niezrozumiały dla ludzi spoza wspólnoty. Mogą reprezentować też sielankę, do której utraciliśmy już dostęp.

Nie wspomniałam wcześniej, że Robert Robur jest również scenarzystą. Dwuznaczność jego postaci polega na poszukiwaniu prawdy, które jednocześnie miesza się z kreowaniem prawdy. Nowej, swojej. Ta świeżo wytworzona nie podlega dodatkowo ocenie - wierzy się w nią ślepo lub odrzuca. Podobnie ze spektaklem Garbaczewskiego.

Agnieszka Dziedzic
Teatralia
10 stycznia 2017
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia