Schulz magiczny

"Xięgi Schulza" - reż. Jan Szurmiej - Teatr Polski we Wrocławiu

Wielokulturowy, wieloreligijny Drohobycz - miasto narodzin i śmierci Brunona Schulza. Absurdalny, magiczny, owiany tajemnicą, barwny, erotyczny, eteryczny, przyprawiony groteską i absurdem. Taki jaki był przed wojną i jest do dzisiaj - utrwalony w szkicach Brunona i niesamowitych historiach przepełnionych zapachami i barwami. Taki jakiego obraz oddają „Xięgi Schulza‟ w reżyserii Jana Szurmieja wrocławskiego Teatru Polskiego.

Drohobycz dzieciństwa Brunona Schulza to świat pełen zakamarków, zapachów, ciasnych uliczek, wypełnionych śmiechem lub modłami wnętrz mieszkań i synagog, to odległe melodie intonowane a capella przez kobietę w długiej, prostej, szarej sukni, której bliżej jest do nocnego nieba niż ziemi (wyraźna, miarowo prowadzona kreacja Roksany Vivaluk), to mrok, świece, dym nieprzerwanie oplatający spacerujących po ulicach miejscowych, to tajemnica wspomnień wrażliwego chłopca (Michał Stawiński) zanurzonego bez reszty w mieście pełnym tajemnic.

Spektakl wciąga, intryguje, czasem nuży, nie raz czaruje wybornymi scenami. Obrazy przeszłości wyciągane jeden po drugim niczym białe króliki z magicznego cylindra niejednokrotnie niepokoją, zazwyczaj jednak nęcą widza zapraszając go jednocześnie do osobliwego świata kreowanego przez samego Schulza. Ruchome elementy scenografii pokaźnych rozmiarów opatrzone szkicami przeniesionymi na przeźrocza tworzą atmosferę epoki minionej, ukochanej, wspominanej z tkliwością. Miasto jak żywe staje nieraz przed oczami widza w zbiorowych scenach utrzymanych w musicalowej formie, urzekających feerią barw kostiumów (ukłon uznania w stronę Marty Hubki).

Songi (autorstwa Marcina Partyki) i choreografia (zasługa Jana Szurmieja) musicalowych czy też rewiowych fragmentów spektaklu kontrastują niestety ze scenami, których oś zasadza się na dialogach. Wygłaszane ze zbyteczną egzaltacją, płaskie, deklamowane fragmenty schulzowskiej prozy tracą swój urok, a czasem nawet i sens. Soczystość, aromat i ciepło koronkowo plecionych zdań ginie gdzieś w oparach przeszłości, między młodym i dojrzałym Józefem - scenicznych alterego Schulza, współistniejących zresztą tuż obok siebie w jednej, zakrzywionej specjalnie dla widza czasoprzestrzeni.

Przedstawienie przesycone jest nękającymi pisarza obsesjami. Zaraz obok archetypicznego ojca ze „Sklepów cynamonowych" - demiurga ulegającemu demonicznemu kobiecemu pierwiastkowi, na scenie, w różnych odsłonach pojawia się Domina. Czasem pod postacią służącej Adeli terroryzuje ojca Jakuba, „chowa go gdzieś" - jak powtarza mały Józio, by później kusić chłopca cukierkami wyciągniętymi prosto z obfitego dekoltu, zgarniać wielką miotłą jego szkice na jedną kupkę, wykorzystując je skwapliwie do tapetowania kuchni. Później w roli Dominy widzimy jedyną miłość Brunona - finezyjną, zwiewną Biankę, która pojawia się niczym powiew wiosny, by równie szybko odejść z majętnym starcem stylizowanym na ZZ Topa. Obie kobiety oglądamy również sauté, we frywolnych, wyciągniętych żywcem ze szkiców Schulza obrazach. Otacza je niezmiennie wianuszek upodlonych, niewolniczo oddanych mężczyzn w lateksowych kostiumach prosto z górnych półek sex shopów. Ostro, erotycznie, bardzo freudowsko, czyli jak na ekscentryczną osobowość Brunona przystało. W centrum przesyconych zmysłowością obrazów niepodzielnie królują rozchełstane lub nagie kobiety-boginki.

W „Xięgach Schulza‟ jest kilka świetnych obrazów. Bawi przedstawiona w konwencji musicalu Ulica Krokodyla, wypełniona po brzegi barwnymi, żądnymi przygód kokotami, zachwyca wiosenny korowód postaci przechadzających się po ukosie sceny w slow motion, rytmiką zaskakuje soczyste, metaforycznie wielopoziomowe, ruchome tableau rozegrane na stole z kilkoma rozchełstanymi dziewuszkami, Adelą i lalką przedstawiającą Jakuba w rolach głównych. Urzeka naga, rozciągnięta na łóżku Bianka, której delikatna, porcelanowa twarz odbija się w lustrze, gdy oszalały z podniecenia dojrzały Józef gorączkowo okrywa jej stopę pocałunkami. Trwoży groteskowa, biblijna drabina Jakubowa.

Zatłoczony, soczysty, kuglarski bywa ten Drohobycz. Gdzieś tam w nim, w wąskich uliczkach między kamieniczkami przechadza się mały Józio. Ten sam, którego głowa stopniowo, od najmłodszych lat aż po niespodziewaną śmierć, rozdyma się od zapachów, barw, eterycznych osobliwości i mitycznych osobistości Drohobycza. Ten sam mały Józio, który niespodzianie przedzierzgnięty w Brunona (albo i odwrotnie) pozwoli odsłonić story sklepów cynamonowych, zagłębić się w ciemnym, zagraconym pomieszczeniu i zza zazdrostek wyjrzeć na ulice miasteczka swojego dzieciństwa. Magicznego, feerycznego centrum schulzowskiego wszechświata.

Marta Tomaszek
Dziennik Teatralny Wrocław
10 stycznia 2020
Portrety
Jan Szurmiej

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia