Schulz nasz współczesny

"Sklepy cynamonowe" - reż. Robert Drobniuch - Teatr Lalki i Aktora Kubuś w Kielcach

Na pierwszy rzut oka adaptacja sceniczna czy filmowa prozy Schulza domaga się inscenizacyjnego nadmiaru, rozbuchania, rozkołysania formy. Wspaniałe w swym bogactwie, oniryczne imaginarium jego wyobraźni, podbudowane jedynym w swoim rodzaju, poetyckim i - choć połączenie to wydaje się niemożliwe - metaforycznie-konkretnym językiem, uwiodło wielu twórców.

 Romanse z twórczością Schulza wydały jednak zaskakująco niewiele udanych interpretacji. Jak dotąd kongenialną wersję zaproponował tylko Wojciech Jerzy Has w filmie "Sanatorium pod Klepsydrą". Inni wychodzili zwycięsko z tych miłosnych batalii tylko, gdy zastosowali uniki bądź wytrychy. Dobrym przykładem jest tu "Traktat o manekinach" Piotra Tomaszuka, który na podstawie kilku zaledwie stron oryginalnego tekstu skomponował własną opowieść o geopolitycznej tragedii wielonarodowej Rzeczpospolitej w dobie szalejących totalitaryzmów.

Kieleccy twórcy postanowili zadać sobie trud odpowiedzi na pytanie, co "Sklepy cynamonowe" mogą nam powiedzieć o współczesnym świecie. Co aktualnego może skrywać utwór napisany prawie wiek temu, w sytuacji, gdy masakry i zniszczenia dwóch wojen oraz totalitaryzmy cywilizacyjne mentalnie i społecznie przeorały naszą część Europy nie do poznania. Utwór, dodajmy, głęboko zakorzeniony w ówczesnej codzienności - bytu, wyobrażeń, symboli, języka (a właściwie języków)...

A jednak, pod warstwą polsko-żydowskiego Drohobycza, sklepów kolonialnych, "CK monarchii", archaicznego i nieznośnie pogmatwanego języka kryje się coś, co młodym ludziom w drugiej dekadzie XXI wieku jest bliskie.

Robert Drobniuch wraz ze wspomagającym go w adaptacji Tomaszem Damulewiczem ze Schulzowskiego "ogrodu o rozwidlających się ścieżkach" wybrali jeden tylko motyw: relacji ojciec - syn, oglądanej oczami tego drugiego w momencie uświadamiania nieodwołalności wchodzenia w dorosłość i związanej z tym traumy. I co niezwykłe, zachowując niepowtarzalny smak języka Schulza, stworzyli opowieść konsekwentną i klarowną tak treściowo, jak i formalnie. A do tego, dla przeciętnego młodego widza, całkowicie zrozumiałą.

Józef Drobniucha/Damulewicza jest mniej więcej w tym wieku, co grający go Karol Smaczny. Zdążył osiągnąć już jako taką samodzielność życiową, przeżył szaleństwa młodości i pierwsze rozczarowania. Teraz nastał czas pierwszego poważnego podsumowania. Spogląda na swoje życie, przymierzając je do jedynego wzoru, który posiada - domu rodzinnego z dominującą postacią ojca. Ten powrót przypomina Józefowi bezgraniczne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, radość i beztroskę ograniczonego dziecięcym rozumem odkrywania i testowania świata.

Miasto i jego anonimowi, lecz dostrzegalni mieszkańcy; przestrzeń domu - ściany i plamy prześwitującego słońca, ojciec, matka, służąca i ptaki (dziwne hobby ojca); wreszcie pies: pierwszy przyjaciel. Prawie każdy z nas posiada w swojej głowie podobny gabinet dziecięcych osobliwości. Ponadprzeciętne emocjonalne zaangażowanie, z którym sceniczny Józef prezentuje widzom ten intymny świat swego dzieciństwa, ujawnia chęć ucieczki od obowiązków i wyzwań dorosłości. Wraz z odchodzeniem ojca staje się jasne, że niedługo do domu rodzinnego nie będzie już powrotu.

Z chwilą śmierci rodziców jedynym, co może pozostać w nas z dziecka, jest owo intymne imaginarium. To imaginarium naznaczone zostaje jednak skazą całkowitego oderwania od realności. By się w nim dalej móc chronić, Józef musi wprowadzić do niego rodziców, już nie jako żywe osoby, lecz manekiny własnego teatru wyobraźni. To stąd w inscenizacji Roberta Drobniucha tak znaczący pierwiastek rozpadu i umierania, widziany jednak w jakimś krzywym zwierciadle zlewającym rzeczy, które obiektywnie istnieją osobno. W ten sposób, mimo na wskroś współczesnego przesłania, kieleckie Sklepy cynamonowe pozostały wierne duchowi Schulza.

Mimo udanej adaptacji nie byłoby to możliwe bez kilku jeszcze składowych. Wybrzmiewających tym silniej, że konstrukcja i inscenizacja spektaklu skłaniają się ku minimalizmowi. Pierwszym jest aktorstwo Karola Smacznego - ekspresyjne i psychologicznie wiarygodne. Poetyckość, a czasami wręcz infantylność dziecięcych wizji Józefa mogłaby stać się afektowana i nieznośna, gdyby nie całkowite skupienie młodego i utalentowanego aktora na kluczowym elemencie każdej ze scen. Obojętnie, czy jest to opowieść, emocja, oglądana w tle wizja, czy wyimaginowana plama słońca na podłodze, całe ciało Józefa staje się rezonatorem tego elementu. Józef jest zaangażowany we własną opowieść do tego stopnia, że płynie ona z jego ust wartko i energicznie, niezależnie w jak karkołomnej pozie znajduje się na scenie. Czasami wydaje się, że zapomina wręcz o prawach fizyki rządzących jego ciałem i ograniczających go w działaniu. Pozostali aktorzy - Ewa Lubacz jako Adela i Matka oraz Andrzej Kuba Sielski jako Ojciec - w dużo skromniej skrojonych rolach starają się dorównać Karolowi Smacznemu. W porównaniu z Józefem ich "wejścia" to jednak epizody zasadzone na jednym, konkretnym aktorskim zadaniu. Wykonanym jednak jak najrzetelniej.

Kolejnym godnym podkreślenia elementem jest muzyka grana na żywo przez Michała Górczyńskiego na klarnecie basowym - na wpół improwizowana, energiczna i abstrakcyjna, bardziej podkreślająca emocje niż ilustrująca wydarzenia.

Wreszcie scenografia - równoprawny bohater przedstawienia. Zaaranżowana przez Cengiza Özeka i animowana wraz z nim przez grupę kieleckich aktorów (Ewę Lubacz, Andrzeja Kubę Sielskiego oraz Grzegorza Karkowskiego). Zbudowana na zasadzie teatru cieni i intensywnie żyjąca poprzez odbicia lalek i grę efektów świetlnych, tworzonych przy użyciu prostych zwierciadeł. Prawie monochromatyczna, prosta i klarowna w swym przekazie, stanowi doskonałą ilustrację światów kołaczących się w głowie Józefa. Wymyślona z doskonałym wyczuciem przez znanego twórcę tradycyjnego tureckiego teatru cieni karagöz, nie narzuca się, lecz dopełnia i przybliża wyobrażenia opisywane przez Karola Smacznego. Jest doskonale zharmonizowana z jego działaniami, rytmem tekstu i abstrakcyjną muzyką.

Dawno nie widziałem w polskim teatrze lalek spektaklu tak korespondującego ze współczesnością, przemyślanego, harmonijnie skonstruowanego, dobrze zagranego i bogatego w znaczenia mimo prostoty użytych środków. Udał się więc karkołomny zamysł, by połączyć dwie odległe czasowo i geograficznie tradycje lalkarskie, na bazie zdawałoby się anachronicznej podstawy literackiej. Poddany tej próbie Schulz okazał się nie tyle współczesny, co uniwersalny. 

Konrad Szczebiot
Teatr Lalek
2 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia