Sempre libera! - Trendy Traviata

"Traviata" - reż: M. Treliński - Opera Narodowa w Warszawie

Tego tytułu specjalnie nie trzeba rekomendować. Żelazna pozycja każdego szanującego się teatru operowego na świecie, od lat powoduje wzruszenie widzów i zachwyca bogactwem środków jednego z najpłodniejszych włoskich kompozytorów - Giuseppe Verdiego.

Historia, inspirowana dramatem „Dama Kameliowa” Alexandra Dumasa, opiewa o luksusowej paryskiej kurtyzanie. Od samego początku opera ta wzbudzała liczne kontrowersje i głosy cenzury. Z drugiej zaś strony mamy do czynienia z widowiskową odmianą tytułowej bohaterki w obliczu miłości i przychodzącej doń śmierci. Wydawać by się mogło, że jest to temat błahy i prosty, a jednak daje pole do popisu reżyserom, stwarzając im okazję do tworzenia czegoś nowego i wydobywając z libretta więcej niuansów i odkrywczych wątków. Opowieść o pieniądzu i śmierci – taka jest właśnie „La Traviata” Mariusza Trelińskiego . 

Gdy orkiestra intonuje pierwsze, przygnębiające dźwięki uwertury, podnosi się kurtyna. Na scenie dyskretnie oświetlonej promieniami kuli dyskotekowej stoi biała trumna, a dookoła pary tańczą dostojnie walca. Zgodnie z verdiowskim zamienieniem szyku wydarzeń, na samym początku widzimy gaśnięcie Violetty Valery. Powiewa czarem wykreowanego świata paryskich salonów, ale w momencie, kiedy z mogiły wyjawia się postać Aleksandry Kurzak w roli tytułowej, rozpoczyna się spektakularne widowisko. Pieczołowicie przygotowana scenografia przez Borisa Kudličkę przesuwa się na prawo i lewo jak w filmowym klipie. Razem z uczestnikami wytwornego przyjęcia przechodzimy do poszczególnych salonów, pokoju gier, nawet do toalety, do której podąża resztkami sił Traviata. Wszystko jest tutaj energiczne i szybkie, podobnie jak całe życie owej kurtyzany. Rozpoczyna się płomienna rewia, w której kulminacyjnym punktem będzie toast „Libiamo” i pierwszy rewelacyjny popis solistów. Hulaszczy obraz Paryża potęgują występy tancerzy, a wśród nich najważniejsza postać w tym kabarecie. Treliński stawia na widowiskowe show, na wzór koncertów Madonny. Nawet w programie do spektaklu znalazła się jej piosenka „Material girl” mówiąca o kokieterii i miłości do pieniądza. 

Drugi akt przenosi nas do prywatnej rezydencji Valery z nieco oszczędniejszą scenografią. To ogród z basenem w jej wiejskiej posiadłości. W tej scenerii osamotniony Alfredo gra w golfa, a później Kurzak z Dobberem pokazują swój popisowy kunszt wokalny. Czarujące cantabile, wieńczące pierwszą scenę, to majstersztyk brzmieniowy dwojga artystów.

Trzecia część to już prawie pusta scena. Violetta kazała przecież sprzedawać po kolei wszystkie swoje rzeczy. Wśród bezmiaru rzeczywistości, a przy tym świetnie skomponowanej grze świateł oglądamy ostatnie minuty życia bohaterki. Wszystko to wzrusza i emancypuje emocjami.

Zachwycają ponadto nowoczesne i designerskie kostiumy Gosi Baczyńskiej i Tomasza Ossolińskiego.

Debiutująca w roli Violetty Valery Aleksandra Kurzak stworzyła ekscytującą i świetną aktorsko kreację. Piękne frazowanie, niezwykle przejrzyste i lekkie szczyty koloraturowe oraz subtelne piana to mocne atuty artystki, która z dynamizmem i charyzmatycznością sceniczną zachwyciła publiczność. Przez całość opery trzymała najwyższy poziom i wytrzymałość wykonawczą, tak trudnej i wyczerpującej partii. Jakże wspaniałe były jej kantyleny i wyczucie bel canta we wszystkich ariach!

Duet z Andrzejem Dobberem (Giorgio Germont) z pewnością przejdzie do historii, jako mistrzowsko zaśpiewana scena. Doskonała forma śpiewaka i wyczucie roli dają rzadko spotykane wrażenia artystyczne. Jego kreacja ojca Alfreda okazała się wzorem wykonawczym dla przyszłych odtwórców tej partii.

Nieco słabiej wypadł młody hiszpański tenor Sébastien Guèze. Pod względem swojego wieku, świetnie pasował do tej roli. Pomimo poprawności brzmienia i tego, że ma bardzo wyrazisty i dobry technicznie głos, zabrakło mu verdiowskiego dramatyzmu i powabu. Podoba się w słynnej canaletcie Alfreda, zawodzi w scenie czytania listu powodując wrażenie niewyważenia jego treści.

Świetnie intonacyjnie i barwowo brzmi chór we wszystkich ansamblach i scenach zbiorowych, który również jest czynnym uczestnikiem teatru w teatrze.

Miguel Gomez-Martinez bardzo dobrze poradził sobie z prowadzeniem orkiestry, sprawnie wspierającej śpiewaków. Wybrzmiewała ona z pełnią ekspresji i właściwym dramatyzmem. Precyzyjnie zwłaszcza wypadł Stanisław Tomanek ze swoim solo skrzypcowym.

Treliński i Kudlička stworzyli widowisko nietuzinkowe, naszpikowane genialnymi rozwiązaniami scenicznymi i ciekawą reżyserią. Dodając do tego nazwiska Aleksandry Kurzak i Andrzeja Dobbera mamy mistrzowski spektakl. Traviata z pewnością na długo pozostanie w repertuarze Teatru Wielkiego, ciesząc się niesłabnącą popularnością.

Maciej Michałkowski
Dziennik Teatralny Wrocław
13 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia