Sen o władzy i zbrodniach

"Balladyna" - reż. Bożena Suchocka - Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie

Jeden z najlepszych polskich dramatów romantycznych - "Balladyna" Juliusza Słowackiego, dość łatwo poddaje się subiektywnym interpretacjom, toteż na rodzimych scenach mieliśmy mnóstwo różnorodnych odczytań tekstu wieszcza, mniej lub bardziej wiernych oryginałowi. Najnowsza inscenizacja utworu na deskach Teatru im. L. Solskiego w Tarnowie to udany kompromis reżyserskiej inwencji i szacunku do wspaniałego wiersza romantycznego poety. Spektakl autorstwa Bożeny Suchockiej zadowoli tych, którzy idąc do teatru na klasyczną sztukę, tej klasyki oczekują, czyli chcą zobaczyć znane postaci i wątki, choć w nowym - co nie znaczy rewolucyjnym - opracowaniu artystycznym.

Z "Balladyną" przez lata

"Balladyna", od czasu lwowskiej prapremiery w 1862 r., to jeden z najczęściej wystawianych w Polsce dramatów. W słynnych jej inscenizacjach dziewiętnastowiecznych zwracano uwagę na jej etyczne przesłanie, w nieco późniejszych podkreślano znikomość ludzkich wysiłków wobec przeznaczenia lub związki z folklorem. W czasach PRL przedstawiano sztukę najczęściej w konwencji "antyfeudalnej baśni politycznej" lub w lepszym przypadku jako rzecz o mechanizmie władzy. Prawdziwą rewolucję w teatrze przyniosła warszawska inscenizacja sztuki autorstwa Adama Hanuszkiewicza ze słynnymi hondami, która odsłaniała ironiczną i groteskową warstwę utworu. Natomiast współcześnie, obok tradycyjnych wystawień, "Balladynę" poddaje się różnorakim eksperymentom - np. spektakl Krzysztofa Garbaczewskiego i Marcina Cecki w Teatrze Polskim w Poznaniu (2013 r.) tak daleko odbiega od oryginału, że pozostały z niego imiona postaci i szkielet fabularny ubrany we współczesne realia; podobnie jest z widowiskiem Radosława Rychcika w rzeszowskim teatrze (2015 r.), osadzonym w kontekście popkultury i w społecznej rzeczywistości po I wojnie światowej, więcej w nim reżyserskiej wizji niż Słowackiego.

Współcześnie, ale bez udziwnień

Nie bez powodu przytaczam tu krótką i powierzchowną z konieczności historię scenicznych interpretacji dramatu. Warto bowiem wiedzieć, z jak pojemnym tekstem i kusząco podatnym na reżyserskie zabiegi zmierzyła się w Tarnowie Bożena Suchocka. Reżyserka, miłośniczka romantycznej poezji, na szczęście nie zafundowała nam dziwadła w stylu "Hamlet" w kosmosie czy "Grażyna" na boisku koszykówki (to już mieliśmy), poszła tropem twórcy i epoki, w której żył. Są w przedstawieniu wprawdzie współczesne ramy, ale po to, by zgrabnie ująć w nawias snu głównej bohaterki dramatyczne zdarzenia.

Oto grupa osób bawi się w świętowanie Sobótki, czyli najkrótszej nocy w roku. W ten magiczny czas jedna z nich zasypia i śni niewinnie zaczynającą się historię, która z biegiem sennej fabuły staje się coraz bardziej przerażająca. Sen jako punkt wyjścia spektaklu każe nam zdystansować się do prezentowanej na scenie opowieści - wszak we śnie nie ma nic realnego i wszystko zdarzyć się może, a noc Kupały podpowiada kierunek myślenia o tekście twórczyni inscenizacji, która na "Balladynę" spogląda poprzez pryzmat ludowych wierzeń, mitów, odnajdując w nich źródła kultury i pierwotne wzorce ludzkich zachowań. Archetypiczne odczytanie dramatu prowadzi z kolei do refleksji nad jego ponadczasowością i aktualnością oraz sugeruje widzom zajrzenie w głąb siebie, małą autoanalizę.

Muzyka i plastyka

Motywy folklorystyczne obecne są od pierwszej odsłony w oprawie spektaklu - plastycznej i muzycznej. Ludowe śpiewy inicjują akcję i będą się przez nią przewijać zarówno w wykonaniu aktorek na żywo, jak i w postaci głosu zza sceny, przenosząc publiczność w świat wiejskich obrzędów. Do wyobraźni przemawiają piękne kompozycje grane na historycznych instrumentach. Choć odbiorcy w większości nie wiedzą, jak one wyglądają i jak się nazywają, to rozpoznawalna archaiczność ich brzmienia tworzy wyraźnie dla wszystkich wyczuwalną szczególną atmosferę, tajemniczą niczym z baśni czy zamierzchłych legend.

Scenografia Jana Kozikowskiego i Anny Adamiak jest raczej skromna: stóg siana spełniający różne role i wykorzystywany na różne sposoby, wnętrze chaty Pustelnika pod sceną, przy wejściu na widownię, do tego drobne, acz atrakcyjne elementy plastyczne, jak np. "płynące" wianki. Urozmaiceniem są wideo projekcje podkreślające nieziemskość pojawiających się na nich postaci. Scenerię zamku natomiast zaznaczają dwie wieże wysuwane zza bocznych kulis. Tak więc ubogo, ale wystarczająco do zaznaczenia miejsca akcji. Reszta w rękach aktorów, bo to na nich w tych okolicznościach skupia się uwaga publiczności.

Reszta w rękach aktorów

Gra aktorska jest bardzo dobra. Wiele postaci skonstruowanych jest niejednoznacznie, z widoczną ironią, i chwała za to ich odtwórcom, że potrafią finezyjnie odegrać te ich wewnętrzne sprzeczności. Kirkor Fabiana Kocięckiego jak na rycerza przystało trochę sztywny, ale nie podczas libacji u Pustelnika, chce stanąć na czele narodu, by przywrócić na tron prawowitego władcę, lecz obietnice składa w pijackim ferworze. Poza tym co z niego za przywódca, kiedy nawet żony nie potrafi sam znaleźć. Niemniej na wyprawę wyruszy i przegra w ostatecznym starciu. To postać tragikomiczna. Pustelnik w wykonaniu Ireneusza Pastuszaka nie jest dostojnym mędrcem z królewską przeszłością, lecz raczej chłopskim mądralą zaglądającym do kieliszka, dysponującym jednak charyzmą, która skłania innych do szukania jego rady i pomocy. Filon Aleksandra Fiałka jest po trosze karykaturą romantycznego kochanka, a po trosze postacią wyjętą z sentymentalnej sielanki, tyle że w swych uczuciach zdaje się być całkiem szczery, stąd kpiącego uśmiechu nie budzi. Odwrotnie niż groteskowy Grabiec, w którego wciela się Tomasz Wiśniewski, ten zadufany w sobie pijanica do końca pozostaje jednym z ważniejszych w dramacie źródeł komizmu. Konsekwentnie mroczna natomiast jest tytułowa Balladyna Matyldy Baczyńskiej, jeszcze zanim kreowana przez nią postać wstąpi na ścieżkę zbrodni, w głosie aktorki słychać ciemne barwy i chłód. Ten ton zmienia się tylko na chwilę, tuż po morderstwie siostry, ale szybko powraca, bowiem bohaterka w krótkich chwilach starcia z własnym sumieniem, sprawnie dusi jego przebłyski. Uważa, iż stoi ponad prawem do czasu, aż zmuszona przez lud wydaje na siebie wyrok. W zdobywaniu władzy krok po kroku lub raczej trup po trupie towarzyszy jej Kostryn wyraziście i ciekawie wykreowany przez Kamila Urbana. Wspaniale zagrana została Goplana przez Dominikę Markuszewską, zwiewną, eteryczną i władczą zarazem. Jej duszki równie znakomite - Skierka Stefana Krzysztofiaka imponuje ruchliwością i sprawnością, a Chochlik Filipa Kowalczyka na zasadzie kontrastu przekonująco wpisuje się w przyciężkiego leniucha. Pozostali artyści z obsady nie odstają poziomem od wymienionych, a przede wszystkim wszyscy aktorzy czują rytm wiersza Słowackiego, który gładko płynie ze sceny.

Zbrodnia, kara, władza

Przy czym wszystkie skróty dokonane przez Suchocką w tekście dramatu dobrze służą spektaklowi - nie niszczą poetyckiej frazy, kumulują akcję, eliminując dłużyzny z zachowaniem najważniejszych motywów tematycznych i problemów. Mamy więc motyw zbrodni i kary, walki o władzę, porządku i prawa zarówno w świecie ludzkim, jak i natury, a także mity zaczerpnięte z ludowej wyobraźni - prastarą pieśń o malinach, współtworzącą tragizm głównej bohaterki, czy podanie o świętej koronie Lecha, do tego ironiczny humor i groteska wyraźnie wybrzmiewają na scenie.

Świetnie rozegrane zostały niektóre epizody - dla przykładu pijatyka w chacie Pustelnika, na której spotykają się (sic!) Kirkor z Filonem czy przekomarzania diablików i przebudzenie Goplany, która najpierw pojawia się na wideo projekcji, a później "mokra", bo przecież wprost z jeziora wpada na scenę. Uwagę zwraca wątek dwuznacznej gry toczącej się między Balladyną a Kostrynem, która dzięki aktorskim kreacjom nabiera elektryzującej, a nawet erotycznej mocy. Tajemnicze zakończenie pozostawia natomiast co nieco dla wyobraźni widzów. Czy pogrążona w koszmarze dziewczyna obudzi się ze snu?

Choć inspirowane folklorem, a zatem i baśniowe odczytanie utworu wieszcza to nie nowość w teatrze, organizująca świat przedstawiony klamra sennego marzenia podczas Kupalnocki nadaje spektaklowi rys oryginalności. To porządnie zrobione przedstawienie z wyjątkową muzyką, które polecam miłośnikom Słowackiego i dobrego teatru.

Beata Stelmach-Kutrzuba
Temi
13 kwietnia 2018
Portrety
Bożena Suchocka

Książka tygodnia

Cztery Dramaty
Wydawnictwo Ossolineum
Cyprian Norwid

Trailer tygodnia