Serce jak lód

"Eugeniusz Oniegin" - reż. Michał Znaniecki - Opera Krakowska w Krakowie

Eugeniusz Oniegin to jedna z tych oper, która - dobrze wykonana - budzi żywe uczucia. Aleksander Puszkin w swym poemacie stworzył świetne portrety psychologiczne głównych bohaterów, Piotr Czajkowski pogłębił je muzyką. By kreować postaci jego "scen lirycznych", bo taki podtytuł kompozytor nadał dziełu, nie wystarczy być dobrym śpiewakiem, trzeba zdolności aktorskich i wielkiej wrażliwości

Opera Krakowska w dwulecie swej działalności w nowej siedzibie, 10 grudnia 2010 roku, wystawiła właśnie Eugeniusza Oniegina. Zadbano o wyborną obsadę, przedstawienie przygotował muzycznie Łukasz Borowicz; pod jego batutą orkiestra brzmiała szlachetnie, choć na premierze nie ustrzegła się drobnych usterek. Dobrze śpiewał chór przygotowany przez Marka Kluzę. Partię tytułową kreował Mariusz Kwiecień. Oniegin to jedna z ważnych ról w karierze tego znakomitego artysty - wykonywał ją na wielkich scenach, w interesujących inscenizacjach. W Krakowie nie tylko pięknie śpiewał, ale nakreślił ciekawy portret psychologiczny bohatera, od rezonerstwa po wybuch namiętności i świadomość uczuciowej klęski. Równie doskonałą, wzruszającą w każdym momencie Tatianą była Ewa Biegas. Rola bohaterki Czajkowskiego, dojrzewającej pod wpływem nieszczęsnego uczucia do Oniegina, to kolejne po Butterfly ważne osiągnięcie artystki na krakowskiej scenie. Pełną wdzięku Olgą była debiutująca w Krakowie Iryna Zhytynska obdarzona ciekawym w barwie mezzosopranem. Cieszyła dobra forma wokalna Adama Zdunikowskiego, który stworzył przekonywającą postać wrażliwego poety, a w arii przed pojedynkiem był prawdziwie poruszający. W niewielkiej, ale jakże ważnej roli Gremina, błysnął Aleksander Teliga; także Bożena Zawiślak-Dolny jako Łarina, Vera Baniewicz w partii Filipiewny, Imeri Kawsadze jako Triquet i Bartosz Urbanowicz jako Zarecki bardzo dobrze wykonali swe zadania. Owacja na stojąco, wieńcząca premierowy spektakl, była jak najbardziej zasłużona.

W sukcesie miał udział reżyser i twórca kostiumów Michał Znaniecki, choć gdyby nie pewne pomysły jego i scenografa Luigiego Scoglii, spektakl byłby świetny - a nie był. Zawiódł główny zamysł: dosłowne ukazanie, jak lodowate serce ma Oniegin, a następnie jak pękają te lody, gdy bohater uzmysławia sobie, że kocha Tatianę. Od pierwszej chwili przedstawienia uwagę widza przykuwa dziwna bariera odgradzająca scenę od proscenium; śpiewacy często muszą ją pokonywać, co budzi w widzu obawę, że w końcu ktoś się potknie. Okazuje się, że owa bariera to brzeg basenu - tak, basenu, bo scena balu, na którym księżna Tatiana spotyka obiekt niegdyś swego uczucia, rozgrywa się cała w wodzie kapiącej nawet z żyrandola. W wodzie także, a ściślej na stojącej w niej kanapie, rozgrywa się ostatnia, dramatyczna przecież scena opery. Jeśli wzrusza, a nie budzi śmiechu, to wyłączna zasługa Ewy Biegas i Mariusza Kwietnia. Podobnych chybionych pomysłów reżyserskich znaleźć można w tym spektaklu więcej.

Z wyjątkiem dwóch scen, pojedynku i finałowego duetu, inscenizacja stwarza wrażenie ciasnoty - jakby i elementów scenografii, i ludzi wśród nich się poruszających było za dużo, przynajmniej jak na krakowską, niewielką scenę. Przedstawienie Eugeniusza Oniegina powstało w koprodukcji czterech instytucji: Opery Krakowskiej, Teatru Wielkiego w Poznaniu, Asociación Bilbaina de Amigos de la Opera w Bilbao i Teatro Argentino w La Plata. Być może na tamtych scenach pomysły Luigiego Scoglii bardziej się sprawdzą. W Krakowie męczyły oko. Męczący był także ustawiczny ruch, w jaki wprawił Michał Znaniecki nie tylko protagonistów, ale też ich otoczenie. Tylko pojedynek rozegrany został w skupieniu należnym sytuacji. Widz mógł śledzić każdy ruch dwóch antagonistów, przedtem przyjaciół, odwrócenie głowy Oniegina, który na ślepo oddaje śmiertelny strzał... Tu też reżyser jednak nie wytrzymał: tłum gapiów, których wprowadził na scenę, skutecznie rozładował napięcie wynikające z muzyki i tekstu. Jego Eugeniusz Oniegin to niestety kolejny przykład, że coraz częściej wnikają do opery migające obrazy znane z telewizji, kina i przemysłu rozrywkowego; śpiew staje się nieważny, zdominowany jest przez ustawiczny ruch. Na szczęście zawsze można zamknąć oczy. W Krakowie za sprawą wykonawców muzyka Czajkowskiego broni się doskonale.

Anna Woźniakowska
Ruch Muzyczny
16 lutego 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia