Sercowe remanenty

"Lekcje miłości" - reż. Rafał Sabara - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

„Lekcje miłości" Ireny Waśkowskiej w reżyserii Rafała Sabary w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi to przykład dobrzej wykonanej roboty teatralnej, gdzie w parze z interesującym tekstem idą wyraziste kreacje aktorskie. Co - zważywszy na dość karykaturalnie przedstawione sylwetki bohaterów - wcale nie było takie łatwe.

Irena Waśkowska, skromna, niepozorna osóbka, to w gruncie rzeczy wulkan literackich pomysłów, które z powodzeniem przelewa z głowy na papier. Niewątpliwie w szlifowaniu talentu dramatopisarskiego pomogły jej studia na Wydziale Dramaturgicznym w Instytucie Teatralnym Jekaterynburgu, kierowanym przez słynnego na Rosję i Europę, a może nawet i cały świat dramaturga i reżysera Nikołaja Koladę. Młoda dramatopisarka na swoim koncie ma już m.in. zwycięstwo w prestiżowym konkursie dramaturgicznym „Eurazja" oraz szereg innych nagród. Jak się postara, to ma szansę w przyszłości na sukces nie mniejszy niż jej obecny mentor.

Zarys fabularny „Lekcji miłości" jest w zasadzie mało skomplikowany. Na sztukę autorstwa Waśkowskiej składają się dwie jednoaktówki. Pierwsza opisuje skomplikowaną relację między matką i jej dorosłą córką Łarisą. W drugiej, właściwie również, choć w nieco szerszym kontekście - tu bohaterkami są Masza, jej matka Koczkina, mąż Misza oraz jego koleżanka z pracy Nikołajewa.

W obu historiach na pierwszy plan wysuwa się oczywiście potrzeba miłości. Bohaterka pierwszej historii - Łarisa - jest starą panną dobijającą czterdziestki. Ciągle mieszka ze swoją zdziwaczałą, apodyktyczną matką i wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie, choć kobieta wierzy, że ten jedyny mężczyzna przyjdzie i wyzwoli ją z tej nieszczęsnej sytuacji. Wydawałoby się, że Łarisa biernie oczekuje na księcia z bajki, ale nic bardziej mylnego. Swojego potencjalnego kochanka wypatruje w kolejce do sklepu z alkoholem naprzeciwko ulicy, na której mieszka. Tam zaczepia mężczyzn i ci, którzy na taką zaczepkę zareagują, są proszeni do domu na herbatę.

Właśnie jesteśmy świadkami, jak Łarisa oczekuje na jednego z nich. Matka zrzędzi segregując stare leki, a jej córka przygotowuje się do spotkania. Robi przed lustrem staranny makijaż, zakłada wyjściową sukienkę, w której chodzi do teatru, porządkuje rozrzucone po mieszkaniu pudła, w których matka pochowała różne zapasy - gdy w przyszłości Łarisa zostanie sama, będą jak znalazł.

Jak się można łatwo domyślić, tego wieczoru - i wielu następnych - żaden mężczyzna nie przyjdzie. Kobieta skazana będzie na towarzystwo matki, która jednocześnie bardzo ją kocha i z drugiej strony - jest dla swej córki najbardziej toksyczną osobą na świecie. Bo tak to już jest - za duże dawki miłości są przecież bardzo niebezpieczne.

Apodyktyczność matki przejawia się zresztą nie od razu. Na początku wydaje się nam, że to właśnie Łarisa jest tą, która rządzi. Krząta się po małym mieszkanku, nieustannie strofując matkę, czyniąc uwagi na temat jej zachowania, denerwują ją nawyki rodzicielki. Dowiadujemy się nawet, że nie zezwala jej nawet na oglądanie telewizora, który wyniosła do swojego pokoju. Jednak z czasem okazuje się, że to matka dzierży władzę a Łarisa jest tą, którą się beszta i strofuje. Nie bez powodu, bo - z tego co widzimy - kobieta jest znerwicowana, jej wiara we własne siły w ogóle nie istnieje, a poza tym walczy z atakami paniki. Pod koniec wspólnej rozmowy z matką staje się potulną, zamkniętą i posłuszną córką.

W drugiej części spektaklu przenosimy się do mieszkanka pewnej kobiety w średnim wieku, której monotonny żywot upływa u boku Miszy, jej zięcia. A gdzie jest córka, żona Miszy? Od kilkunastu miesięcy nie dała znaku życia. Wyprowadziła się z domu, zaczęła imprezować i prowadzić hulaszcze życie budząc się co rusz w innym łóżku z innym facetem. Nagle zjawia się w drzwiach - potargana, źle ubrana, wymęczona i potrzebująca pieniędzy. Okazuje się, że uciekła z domu, bo nigdy nie zakosztowała wolności. Wydana za mąż u progu dorosłości, po kilku latach postanowiła się zbuntować. Tym samym przysporzyła najbliższym bólu, zgryzot i smutnych myśli. Matka co wieczór ogląda wiadomości w nadziei, że nie usłyszy w nich o swojej córce, a były mąż - mimo, że wciąż Maszę kocha - chciałby znów ułożyć sobie życie, dlatego rozpoczyna niewinny flirt z koleżanką z pracy, na który zresztą jego przyszywana matka przyzwala. Pojawienie się Maszy wszystko komplikuje. Ale tylko na chwilę. Podobnie, jak w poprzedniej etiudzie, tutaj też wszystko wróci do normy.

Nic się nie zmieni, bo nie zmienią się ludzie, ich nastawienie, myśli i oczekiwania. Wszyscy chcą dla siebie lepszego życia, ale nie są świadomi faktu, że tkwiąc w toksycznych relacjach i oczekując zmian tylko od innych, a nie tylko od siebie - nie zmieni się nic. Jutro będą kochać i cierpieć tak samo.

Sztuka Waśkowskiej ma to do siebie, że jest słodko-gorzka. Spośród potoku niemiłych słów padają śmieszne frazy. Zresztą nawet nie muszą, abyśmy się uśmiechnęli. Komizm powodują także sarkastyczne uwagi, ironiczne tyrady bohaterów i ich zachowanie. Bo przecież każde życie jest trochę tragiczne i trochę śmieszne. A Waśkowska potrafi je uchwycić takim, jakie ono jest i odpowiednio opisać. Dlatego też - jak w życiu - czasem się smucimy, ale i czasem uśmiechamy.

Co jest najcenniejsze w spektaklu w reżyserii Rafała Sabary, to znakomite aktorstwo zespołu łódzkiego Jaracza. Piątka aktorów doskonale sprawdza się w swoich rolach. Jedni grają ekspresyjnie, inni oszczędnie. Wszyscy w przejmujący sposób oddają skomplikowaną prawdę o swoich bohaterach, a właściwie bohaterkach, bo „Lekcje miłości" zdominowane sa przez postaci kobiet. Świetna jest Matylda Paszczenko w podwójnej roli - Łarisy i Nikołajewej. Jako Łarisa jest nadekspresyjna, energiczna, momentami wręcz szalona. Jako Nikołajewa gra jedną pozą i miną. Dobrze wypada Milena Lisiecka w roli matki Maszy. gra kobietę z jedne strony mało skomplikowaną, ale chyba wcale taką nie jest. Podoba się także Agnieszka Skrzypczak jako Masza - istny sceniczny fajerwerk, choć możne zbyt często wybuchający. Przekonująca jest wyciszona, ale wyrazista kreacja Barbary Marszałek w roli Matki Łarisy. Na końcu wymienię Marka Kałużyńskiego jako Miszę, którego aktor utkał z nieśmiałych gestów, min i słów.

Czy „Lekcje miłości" można uznać za odrobione? Po trzykroć tak. Po pierwsze - tekst sztuki Waśkowskiej odpowiednio wybrzmiał w skromne, ale solidnie przemyślanej i zrealizowanej reżyserskiej wizji. Po drugie - idealnie spisała się wizualna strona przedstawienia, na którą składały się imitujące blokowe klitki białe ścianki ułożone na kształt dwóch mieszkanek. Po trzecie wreszcie i najważniejsze - aktorzy spisali się na szóstkę, dzięki czemu mogliśmy choć trochę pojąć, jak zawiłymi ścieżkami chadza sobie miłość. Zwłaszcza jej matczyna odmiana.

 

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny Katowice
24 marca 2015

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia