Serial dada

"Z rodziny Iglaków" - Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego Wałbrzych

Sebastian Majewski, znany jako dramaturg Jana Klaty, szef offowej Sceny Witakcego we Wrocławiu, a w wolnych chwilach dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, zamachnął się na teatralny serial. "Z rodziny Iglaków" to najbardziej dziwaczna seria premier w polskim teatrze.

Pilot teatralnego serialu jest reklamowany efektownym plakatem z aktorami upozowanymi na członków zespołu Kraftwerk. Piękne. Złośliwe. Przewrotne. A potem leci sztuka, jakby kontynuacja tego, co Majewski robi w swoim Teatrze Witkacego. "Iglaki" to dada w czystej postaci. Zlepek dialogów bez początku i intencji, zabawa słowami, wywracanie na grzbiet tzw. logiki przyczynowo-skutkowej. Może to kojarzy się ze słynnymi radiowymi Poszepszyńskimi Zembatego i Janczarskiego. Wesoła rodzinka: tata, mama, dwóch synów i dziadek, przeprowadza się do Wałbrzycha. Nie byle kto to, nie byle jakie to figury. Michał Wołodyjowski Iglak. Pani Rollinsonowa Iglak i tak dalej. Iglaki bawią się zdaniami, sytuacjami, tematami. Permanentnie nie tworzą teatru, ale coś w rodzaju dziwnej emocjonalnej aranżacji. Są układy taneczne, zdarzenia zduszone w zarodku bez przyczyny, idee bez sensu. Absurd sięga szczytu w chwili, kiedy Iglaki chcą w pokoju stołowym wykopać tunel do Brazylii, żeby sprowadzać stamtąd najprawdziwszą kawę, bo kawa w Wałbrzychu była jak dotąd nieprawdziwa. Jest nawet scena tak głupia i odjechana, że odczytują ją reżyser 

ze scenografką, bo aktorzy odmówili nauczenia się tych idiotyzmów. Spektakl jest grany na wałbrzyskim osiedlu, w dawnym domu kultury. Za scenografię starcza meblościanka. I starczyłoby anarchizmu tej pierwszej części, która mogłaby być grana jako bonus po ważnych spektaklach Szaniawskiego, za całość projektu, ale niestety Majewskiemu zamarzył się teatralny serial. Powstały części 2,3, a nawet 4 i 5. Kto to wytrzyma? Ja widziałem 2 i pół przedstawienia. 

Już po drugim odcinku wiadomo, że nikt nie da rady z Iglakami dłużej. Większa dawka nie oszałamia, ale dobija. Druga część serialu o przesympatycznych debilach, którzy najechali Wałbrzych, a teraz chcą wrócić do Wrocławia, nie ma w sobie dadaistycznego chaosu pierwszej. Wygląda, jak dopisany na chybcika akt, w spektaklu trudno nawet wskazać konstrukcyjnie przejście do nowej historii. Temat jednak sygnalizuje, że oto zaczęliśmy nowy rozdział. Chodzi w nim z grubsza o to, że Iglaki surfują po internecie za pomocą starego laptopa i sprawdzają, co grają w teatrze. Dużo opowiadają o nowym dyrektorze, jego polityce repertuarowej ("najpierw reżyserowała dziewczyna, potem chłopak, potem znów chłopak"). Aktorzy reklamują stronę internetową teatru, wyjaśniają, jak zamawiać bilety, i piszą posty pod recenzjami ze spektakli Szaniawskiego. Scenka jak scenka - ani śmieszna, ani mądra. Autotematyzm wychodzi Majewskiemu znacznie gorzej niż purnonsens chaosu z części pierwszej. Czuć rosnącą irytację. Chyba że Majewskiemu chodziło o efekt odwrotny - oto serial nie przywiązuje widza do siebie, ale odstrasza. Byłoby to rewolucyjne założenie. Ilona Łepkowska powinna wziąć sobie do serca odkrycie Majewskiego. No i jest jeszcze część trzecia, czyli długachna przejażdżka autokarem po Wałbrzychu. Bo Iglaki czują się zaszczuci i chcą wracać do Wrocławia. Przed odjazdem pokazują nam jeszcze swoje ukochane wałbrzyskie miejsca. Takie safari po Polsce C i D. Wycieczce towarzyszy słowo wiązane w wykonaniu Iglaków i reżysera przebranego w krakowski strój. Z pokazywanych obiektów najbardziej podobał mi się monumentalny stadion Górnika Wałbrzych, jakby wykuty w skarpie i nawiązujący do antycznych amfiteatrów. A jednak życie z Iglakami ma sens - chciałoby się powiedzieć, ale trudno to było dalej weryfikować, bo podobnie jak jeden z aktorów, Grzegorz Artman, miałem pociąg do Poznania.

Łukasz Drewniak
Dziennik
17 lipca 2009

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...