Sezon Zadary

Reżyser Michał Zadara w rozmowie z Anetą Dolegą.
Jak wygląda przełożenie gotowego materiału na język teatru? Co powinien zawierać taki tekst, aby był w stanie pana zainteresować? - Jest wiele czynników, z czego dla mnie najważniejszym jest poezja. To znaczy, że w jakimś sensie sztuka jest napisana wierszem, choć to nie znaczy, że dosłownie. Jeżeli jest to proza, to musi mieć ona swoją konieczność i swoją rytmiczność. Nie rozumiem za to i nie interesują mnie rzeczy napisane realistycznie, dosłownie, wręcz serialowo. Nie widzę sensu, aby aktor mówił takim językiem na scenie. Jeśli dostaję współczesne sztuki, to wystarczy jedno spojrzenie, aby stwierdzić, czy to jest dla mnie, czy nie. Interesują mnie sztuki trudno przekładalne na teatr. To znaczy, że sztuka zadaje pytanie, jak tu ją wystawić. Wszystkie polskie sztuki romantyczne tak mają, podobnie twórczość Heinera Mullera czy Durrenmatta. - Język to jedno, a treść dramatów, które pan wystawia na scenie, to drugie. Co w tej sferze pana interesuje? - Często chodzi o pamięć, pamiętanie. O uwikłanie człowieka w historię. To, co mnie nurtuje od dawna, to mianowicie w jaki sposób staliśmy się niewolnikami historii i w jaki sposób ona do nas wraca. W takim razie, jak jest z nami, Polakami, i z naszym rozpamiętywaniem historii, szczególnie z jej nieprzyjemnymi fragmentami? - To jest bardzo skomplikowany temat, ponieważ są różne formy pamiętania, tak samo jak różne są formy zapominania. Myśląc o Polsce, zauważyłem, że jest już dużo takiego dobrego pamiętania, rzekłbym odpowiedzialnego. Czyli ważne jest, aby nie tylko pamiętać o tym, że Polacy byli ofiarami lub bohaterami, co jest bardzo łatwe, ale też, żeby pamiętać o rzeczach, które nie są pozytywne, np. bierność polskiego społeczeństwa wobec Holocaustu czy odpowiedzialność za komunizm. Pamiętanie jest konieczne, żeby się wyleczyć psychicznie. Często jest tak, że jest jakaś trauma, o której nie pamiętam - na przykład w dzieciństwie zostałem zgwałcony i teraz tego nie pamiętam - to powoduje, że jest mi trudniej żyć, że nie układają mi się relacje z innymi ludźmi, że nie mogę nikomu zaufać. I potem przez różne procesy przypominania można dojść do źródła tej traumy i ją wyleczyć. Ze społeczeństwem jest tak samo. Weźmy dla przykładu historię żydowską. Relacje polsko-żydowskie w Polsce zawsze są tematem wyjątkowym, czymś ostrym, niewygodnym. Wynika to z tego, że bardzo długo wiele rzeczy nie mieliśmy w pamięci, właśnie na zasadzie traumy. Wystarczy spojrzeć na dramaturgię, na najwybitniejsze sztuki polskie napisane po II wojnie światowej. Nie ma ani jednego tekstu, który traktowałby o Holocauście. Nie ma czegoś takiego. Więc dla mnie wynika z tego, że jest to jakaś trauma, coś, o czym nie chcemy pamiętać. Teraz powoli dochodzimy do tego, że dobrze będzie dla społeczeństwa rozgrzebywać te rany, bo jest w nich jeszcze jakaś infekcja. To trzeba otworzyć, wyczyścić i wyleczyć. A wszystko po to, żeby było normalnie. Czy w związku z tym teatr może przyjąć rolę terapeuty przez podejmowanie "niewygodnych" tematów? - Luksusem teatru jest to, że nie jesteśmy poddani presji komercji i wielkiej oglądalności jak telewizja. W teatrze jest coś takiego, na co ostatnio zwrócił uwagę Maciej Nowak (dyrektor Instytutu Teatralnego - przyp. red.), że te dyskusje, które pojawiają się w mediach, są już przez teatr podejmowane sześć, osiem lat wcześniej. Jeśli popatrzmy na dramaturgię lat 90., to zobaczymy, że teatr poruszał bardzo dużo kwestii społecznych, zanim one trafiły na forum publiczne. W tekstach tych pojawia się patologia blokowisk, narkomania, nietolerancja wobec osób homoseksualnych - te zjawiska, o których zaczęto dyskutować dopiero u progu nowego wieku. Kiedy robiłem "Księdza Marka" Juliusza Słowackiego - tekst, który wprost traktuje o mordowaniu Żydów przez Polaków - wiele osób mówiło, że jest to nie do przyjęcia, że jest to nieprawda, że tak nie można. A kilka lat później okazuje się, że ta kwestia jest dla nas paląca, że już można o niej mówić dosyć otwarcie. A czy teatr może swobodnie romansować z polityką? Nawiązuję tutaj do jednej z wcześniejszych pana realizacji, a mianowicie do "Wałęsy. Historii wesołej, a ogromnie przez to smutnej". - Jeżeli teatr jest na bieżąco z wydarzeniami politycznymi, to trochę przegrywa. Nawet jeśli przedstawienie chce być trochę ambitniejsze i nie chce być wyłącznie komentarzem politycznym. Przez to, że jest na czasie, te treści bardziej skomplikowane zanikają. Tak było np. w spektaklu "Szewcy u bramy" Jana Klaty. To jest bardzo dobre przedstawienie, ale fakt, że głównym bohaterem jest Zbigniew Ziobro, przesłania całą resztę. Na dodatek w momencie premiery Ziobro już nie był ministrem, więc już właściwie nie ma tego tematu. Romansowanie z polityką jest możliwe, tylko pojawia się pytanie, na ile widz zobaczy coś więcej poza tym. W przypadku "Wałęsy..." chodziło nam o przedstawienie procesu pamiętania, a nie o samą pamięć. Była grupa ludzi, aktorów, którzy odgrywali sceny. Coś w rodzaju warsztatu pamięci. My jako ludzie, obywatele odgrywamy historię Wałęsy, ponieważ jest dla nas ważna, ponieważ strajk jest dla nas ważny, ponieważ uważamy walkę o prawa robotnicze za podstawę naszego współczesnego państwa. Nie wolno zapomi-nać o robotnikach i o tych wszystkich ludziach, którzy żyją w ubóstwie. Tragedia czy komedia? Który gatunek robi się przyjemniej? - Przyjemne jest myślenie w teatrze, i to myślenie może się odbywać w obu przypadkach. Jeśli chodzi o pracę z aktorami, to łatwiej jest robić tragedię, ponieważ na to się szykują, kiedy decydują się na ten zawód. Szczególnie w Polsce jest mało aktorów, którzy chcieliby być komikami, co wydaje mi się pewnym brakiem. Niedawno został pan uhonorowany nagrodą, mam na myśli Paszport Polityki, dzięki której pańskie nazwisko stało się znane nie tylko wielbicielom teatru. Czy faktycznie jest pan przez to bardziej znany? Czy spotyka się pan z czymś takim jak popularność? - Myślę, że reżyserzy nie są rozpoznawalni, nawet filmowi, może poza Wajdą, Kutzem. Spotykam się z tym, że ludzie słyszeli moje nazwisko, ale to też nie jest ten rodzaj popularności. Teatrem, a w szczególności reżyserami mało osób się interesuje. Jeżeli się dostaje nagrodę, to nie jest tak, że należy chodzić na przedstawienia tego reżysera. Aczkolwiek jest tak, że po tej nagrodzie jest większa frekwencja na spektaklach, które zrobiło się wcześniej. Ta nagroda jest bardzo miła, ale to nie zmienia faktu, że będę robił spektakle dla wszystkich. Umówmy się, moja sztuka nie każdemu się podoba. Nie jestem na żadnej drodze do tego, żeby stać się gwiazdą. Czyli nagrody nie mają na pana wpływu? - Jestem osobą odrobinę wrażliwą i boję się trochę plucia. A tego w tym środowisku jest bardzo dużo. Oczywiście ono zawsze było, ale pewnie będzie więcej z uwagi na nagrodę. Teraz z większą satysfakcją ludzie będą mogli mówić, że to wcale nie są arcydzieła te moje realizacje. Że to jest niedopracowane, że to jest jakieś szkicowe, że nie umiem reżyserować. To nieprzyjemne. Wcześniej byłem niewidoczny, mniej znany i przez to mogłem sobie pozwolić na znacznie więcej. A teraz mam poczcie, że mam coś do stracenia, a jak człowiek czuje, że ma coś do stracenia, to automatycznie staje się mniej wolny. Odczuwa pan presję kolejnych premier? - Bardziej niż na przykład pół roku temu. Miałem wtedy poczucie tego, że po prostuje pracuję, że tu coś robię, tam coś robię, że tu jest bardziej udane, a tam mniej, podoba się lub nie. A teraz czuję, że jestem bacznie obserwowany, szczególnie w tym sezonie. Jestem teraz modny, ale moda ma to do siebie, że szybko się zmienia. I będzie kolejny ktoś, kogo się będzie w teatrze "nosiło". Tego się nie boję, ale jest teraz stan szczególnego napięcia, którego chętnie bym się pozbył. Dziękuję za rozmowę. Michał Zadara – reżyser teatralny. Urodził się w Warszawie, 19 października 1976 r. W wieku trzech lat wyjechał z rodzicami do Austrii, a potem do Niemiec Zachodnich. Chodził do anglojęzycznych szkół. W roku 1994 zaczął studia w zakresie nauk politycznych w Swarthmore College, niedaleko Filadelfii (Stany Zjednoczone). Po dwóch latach wziął urlop w Swarthmore, i studiował przez semestr reżyserię na Akademii Teatralnej w Warszawie, a potem oceanografię w Sea Education Association w Massachussetts. Po powrocie do Swarthmore zmienił kierunek studiów, i ostatecznie skończył studia w zakresie teatru oraz nauk politycznych z wyróżnieniem w roku 1999. Po studiach przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie pracował jako asystent Public Relations, stolarz scenograficzny, oraz informatyk. Tam też zrealizował jeden spektakl w teatrze off-off-Broadway Collective Unconscious. W roku 2000 wrócił do Polski. Po nieudanym egzaminie na reżyserię na krakowską PWST był asystentem i współpracownikiem Małgorzaty Szczęśniak w Teatrze Rozmaitości. W roku 2001 rozpoczął studia na Wydziale Reżyserii Dramatu na PWST w Krakowie. Od roku 2004 pracuje w teatrach: Wybrzeże w Gdańsku, Starym w Krakowie, Współczesnym we Wrocławiu, Narodowym w Warszawie, Współczesnym w Szczecinie, Maxim Gorki w Berlinie. Nominowany do Paszportów Polityki w latach 2006 i 2007, laureat tej nagrody za rok 2007. (Wikipedia).
Aneta Dolega
Kurier Szczecinski
27 marca 2008
Portrety
Michał Zadara

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...