Sindbad z Bagdadu, lekki przynudzacz

"Przygody Sindbada Żeglarza" - reż:M.Pitman, S.Myattteatr

Fajny pomysł uczenia teatru poprzez odgrywanie codziennych przedmiotów trzeba podać w postaci bardziej dynamicznej, a wyjdzie zupełnie przyzwoity spektakl, czego też "Przygodom Sindbada Żeglarza" szczerze życzymy.

Lubelskiego "Sindbada" zrealizowali twórcy z Garlic Theatre w Norwich, czyli z założonego w Anglii w 1996 roku Teatru Czosnku, który zaprzyjaźnił się z lubelskim Teatrem im. Hansa Christiana Andersena. Mark Pitman i Shaun Myatt reżyserowali i przygotowali scenografię spektaklu (premiera 26 września) stawiającego raczej na oszczędne, chociaż różnorodne środki, czyli na teatr ubogi, za to odwołujący się do stymulacji wyobraźni i fantazji widzów. Na scenie widzimy trzy szmaty na kiju, który może jest drzewem, a one są żaglami, ale i ekranami służącymi do gry cieni, lub jakimikol-wiek innymi przedmiotami o zasugerowanym znaczeniu. Sindbad, zresztą udanie grany przez jak zawsze dobrego Jacka Draguna, jest żeglarzem trochę leniwym i... po prostu śpiochem. Zaczyna opowieść, którą jednak dalej często prowadzą trzy inne postaci, w tym grany przez Daniela Arbaczewskiego imiennik Sindbada, tyle że pucybut, który chce być wielki, bogaty i mądry, oraz dwie towarzyszki (Urszula Pietrzak i Maria Wąsiel), synteza damskich postaci bajki.

Wielka metalowa pokrywka pięknie zmienia się w słońce lub księżyc, rozmaite wysmukłe wazoniki rzucają cień jakby były minaretami w prawdziwym Bagdadzie itd. A pantofel Sindbada, to bajka sama w sobie bez granic. Wprawdzie kostiumy przypominają trochę bardziej stroje pielęgniarzy niż kreacje bajecznego Wschodu, ale fantazja i wyobraźnia po to są właśnie tak u dzieci naturalnie rozwinięte, żeby widzieć coś innego, fantastycznego, fascynującego - w tym przypadku podróże połączone z odkrywaniem tajemnic. Jednakże trzeba odpowiednio, a nie byle jak machać długą chustą, abyśmy uwierzyli i zobaczyli, że to groźny ocean albo kapryśna rzeka. Jakoś bardzo dużo zbędnych, a może raczej - nie takich ruchów, takie skakanie jak u wróbli, które wcale nie buduje materii teatralnej, nie przykuwa uwagi, nie buduje napięcia, jakiego by się oczekiwało. Chwilami przynudne robią się te podróże, a przecież niewiele, miejmy nadzieję, potrzeba, aby spektakl wziąć w karby. I światłem chyba warto podziałać. Na brawa zasługuje z kolei muzyka, na żywo komentująca sceniczne wydarzenia (Agnieszka Kołczewska i Jahiar).

Teatr jest fascynującym miejscem obserwacji pułapekjakie stwarza tekst, inscenizacja oraz rodzaj widza, do którego kieruje się spektakl. Oto Sindbad trafiana tropikalną wyspę, jak się domyślamy w stylu Haiti... I jak zagrać kuszącą atmosferę takiej wyspy, skoro na widowni dzieci?

Grzegorz Józefczuk
Gazeta Wyborcza - Lublin
30 września 2009

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia