Siwe dziecko, dobry spektakl

"Ojciec matka tunel strachu" - reż. Wojtek Klemm - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Przy stoliku z boku sceny widnieją dziecięce instrumenty. Żółta kąpielowa kaczuszka, zielona zabawkowa trąbka, niesubtelnie niebieska klawiaturka z czerwonymi klawiszami (wszakże nawet pianinkiem tego nazwać nie można).

Na scenie leżą pomarszczone pufy w pozycji leżakującej. Koryfeusz jednoosobowej oprawy muzycznej rozpoczyna spektakl, wyłaniając się gdzieś z odmętów widowni, piszcząc na małej piszczałce. Siada przy stoliku z zabawkami. Oto dzisiejsze instrumentarium Dominika Strycharskiego.

Dlaczego zaczynam od opisu oprawy muzycznej spektaklu „Ojciec matka tunel strachu" w reżyserii Wojtka Klemma? Po pierwsze, tematem wiodącym 17. Wałbrzyskich Fanaberii Teatralnych jest „rezonans", któremu zresztą towarzyszy 1. Festiwal Muzyki w Teatrze. W tym roku przy wszystkich wydarzeniach teatralnych odbywają się koncerty. Ponadto użycie specyficznych instrumentów stanowi jeden z najlepszych elementów interpretacji reżyserskiej dramatu Heckmannsa. Być może pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest to najlepszy element, ale wtedy ignorowałabym doskonałą grę aktorską Błażeja Peszka, Katarzyny Krzanowskiej, oraz - oczywiście - Jana Peszka.

W moich oczach szczególnie zabłysnęła Krzanowska, idealnie oddając matkę na skraju całkowitego załamania nerwowego. Jej sposób operowania głosem w miarę postępowania fabuły stawał się coraz bardziej ochrypły. Widz mógł bać się, że za chwilę będzie świadkiem zarówno rozerwania strun głosowych, jak i rozerwania związku małżeńskiego. Metaforyczne użycie własnego głosu jest szczytem intelektualnej pracy z tekstem i zaprezentowania go – wszakże to nazywamy sztuką dramatyczną. Klasyczną sztuką dramatyczną, oczywiście.
Właśnie tu chciałabym podkreślić termin „klasyczny", ponieważ pod względem dramaturgii, „Ojciec matka tunel strachu" nie ma nic innowacyjnego do zaprezentowania. Innowacyjna pozostaje wspomniana przeze mnie oprawa muzyczna, ponieważ zostają użyte tylko i wyłącznie najtańsze zabawki muzyczne. Jak mówił sam Strycharski – najdroższa zabawka, którą się posługiwał kosztowała 9 zł. Rozpadający się związek na tle wesołej kaczuszki zyskuje nie tylko na charakterze parodiującym, ale także stanowi komentarz na temat dziecinności zachowania dorosłych. Wszelkie poważne sceny spuentowane są śmiesznym dżinglem, co paradoksalnie dodaje także realizmu. W końcu takie odgłosy są naturalnym tłem wszelkich kłótni w dysfunkcyjnych rodzinach. Staje się to przerażające i śmieszne, czyli po prostu groteskowe.
Groteskowy jest też Jan Peszek. Nie sam z siebie, oczywiście – ale Jan Peszek rozłożony na pufie ze smoczkiem w buzi już tak. Człowiek z siwymi włosami gra bobasa. Oglądanie starszego mężczyznę wypowiadającego kwestie dziecka prowokuje do zauważenia różnicy interpretacyjnej, jaką obnaża wiek. Tutaj należą się brawa dla reżysera. Emocje widza są spotęgowane, kiedy dominantą metafory jest odwrócenie tradycyjnych ról rodzinnych.
Także pod względem ról rodzinnych istotne są związki pozasceniczne aktorów – reżyser dobrał do obsady Błażeja Peszka, syna Jana Peszka, a jednak młodszy gra ojca starszego. A rzeczywista żona Błażeja jest w fikcji scenicznej także jego żoną. Oderwanie profesjonalnej tożsamości od prywatnej tożsamości – temat, który jest szalenie istotny w samym dramacie Heckmannsa okazuje się przeto być kluczowym elementem pracy nad spektaklem.
Także ważny jest sposób, w który aktorzy zwracają się do siebie i do publiczności. Według konwencji starego teatru, postacie rozmawiają ze sobą tylko zwróceni do publiczności. Jest to przerysowane – mamy w końcu do czynienia z satyrą. Rzeczywiście wydaje się, że są ludzie, którzy prowadzą swoje życie tak, jak gdyby ciągle przedstawiali coś publiczności. Termin „performatyki kulturowej" tu się nasuwa, ale nie pragnę rozwodzić się na ten temat, tylko podkreślić, że w niniejszej sztuce widz może zaobserwować pewien metaperformatyzm – spektakl w spektaklu.
Dosyć jednak teoretyzowania. Jak czuje się autorka niniejszej recenzji na temat „Ojca matki tunelu strachu"? Spektakl ten jest dobrym sposobem zażywania „wysokiej" sztuki teatralnej. Mówię „wysokiej", ponieważ opisałabym ją kryteriami klasycznego teatru, które zostają wyniesione do perfekcji. Doskonała gra aktorska, doskonała satyra, doskonała oprawa muzyczna i produkcyjna, doskonała metaforyzacja tekstu. A jednak, do pełnej satysfakcji czegoś brakowało. Być może to kwestia skrócenia tekstu tak bardzo, że końcówka spektaklu jest stanowczo zbyt gwałtowna i konfundująca. Być może mam problem z typowym tematem, który przewija się ciągle i stale we współczesnym teatrze. Satyra współczesnego rodzicielstwa, które zanadto opiera się na liberalnych wartościach oraz psychoanaliza rozpadającej się rodziny i, oczywiście, umiłowana przez teatr od wieków figura samobójstwa młodzieńca. Tak czy inaczej, „Ojciec matka tunel strachu" z pewnością nie jest sztuką kontrowersyjną. Nie chcę wartościować – pragnę tylko zaznaczyć ogólny charakter.

Wartościowanie pozostawiam każdemu indywidualnemu widzowi, bowiem po to chodzimy do teatru.

Laura Schock
Dziennik Teatralny Wałbrzych
11 grudnia 2019
Portrety
Wojtek Klemm

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia