Skalpel w sercu Tytanii

"Sen nocy letniej" - reż: Monika Pęcikiewicz - Teatr Polski we Wrocławiu

W Śnie nocy letniej Monika Pęcikiewicz buduje świat piętrowej fikcji, a zarazem opowiada o jej fabrykowaniu. Jej spektakl to szkatułkowa narracja kontemplująca własne trzewia oraz eksperyment międzyludzki - jak kukułcze jajo ulokowany podstępnie w gnieździe Szekspirowskiej komedii. Bohaterowie tej fabuły od początku wiedzą, że są postaciami dramatu - oglądamy jak gdyby reportaż z prób. Na ekranach ulokowanych w głębi sceny pojawiają się filmowe impresje z castingu, materiał roboczy ze zdjęć próbnych. W obiektywie zestresowani aktorzy, spoza kadru dobiegają obcesowe polecenia reżysera: artyści przygotowywani są do scen rozbieranych. Głos żąda czułych uścisków, pocałunków, zdjęcia kolejnych części garderoby, wreszcie - zaimprowizowania kłębowiska ciał splecionych w zmysłowej rozkoszy. Po skończonej projekcji akcja przenosi się na scenę, ale to nadal making off z filmowanych prób. Aktorzy kręcą się wśród lamp, statywów i kabli, śledzeni przez, zainstalowaną na ruchomym ramieniu, wścibską kamerę, czasem, by ochłonąć z emocji, zaglądają do bufetu urządzonego tuż przed sceną. Gdzieś w głębi tego obrazu majaczą drzewce, wbite ukośnie w podłogę, imitując niedbale ateński las

Reżyserami przedsięwzięcia okazują się Oberon i Puk. Obaj instruują aktorów, podjudzają i poniewierają ich psychicznie, w przerwach przegryzając zakąski w bufecie. To zawodowi manipulatorzy, żerujący na prywatności swoich podopiecznych, wyspecjalizowani w wywlekaniu spraw intymnych na widok publiczny. Ich eksperyment to rodzaj reality show, w którym Szekspirowski scenariusz, wikłający bohaterów w niebezpieczne damsko-męskie związki, ma doprowadzić do całkiem prywatnych zawirowań uczuciowych między aktorami. Sceny odgrywane podczas castingu powtórzą się w spektaklu, wywołując erotyczne napięcia między odtwórcami ról. Decydując się na udział w przedsięwzięciu, wpadają oni w sidła reżyserów, którzy wystawiają na sprzedaż intymność aktorów. Wszędobylskie kamery, kontrolujące każdy ruch bohaterów, są źródłem pięknie zakomponowanych na ekranach wizji, ale i narzędziem opresji, czasem wręcz psychicznego gwałtu, gdy za sprawą natrętnych zbliżeń podglądamy najwstydliwsze emocje bohaterów.

W przedstawieniu Pęcikiewicz czary, zsyłające na bohaterów sen, nie tłumaczą ich poczynań, a las nie użycza dyskretnego cienia ich seksualnym ekscesom. Wszystko toczy się tu na jawie, a erotycznymi roszadami rządzi wyłącznie przypadek. To świat ogołocony z miłosnych sztafażów, gdzie ważne jest tylko, kto z kim śpi lub dlaczego już sypiać nie chce. O uczuciach mężczyźni mówią tu bez przekonania – na tle nastrojowych blue boksów, imitujących szykowne plenery Seksu w wielkim mieście – a w przerwach po prostu konsumują partnerki, te bardziej oporne gwałcąc w zakamarkach sceny. Umizgi, rozbieranki i histerie zazdrości przetaczają się po kanapach, stołach i bufetach, by tuż przed finałem przerodzić się w mocny akord orgii. Jest to zresztą sytuacja wychłodzona do granic perwersji, seks grupowy sprawia wrażenie gimnastyki, czasem wręcz układu choreograficznego, w którym wymianą partnerów rządzą zmechanizowane rytmy. Poczucie dystansu wzmaga estetyzacja sceny, przetwarzanej na ekranie jako koncentrycznie rozpadający się na części kalejdoskopowy obraz. Zmieniające się konstelacje pokawałkowanych cielesnych detali to nie triumf wyzwolonego hedonizmu, ale piekło rozkoszy, rodem z apokaliptycznej wyobraźni Boscha.

Tekst Szekspirowski, podawany niedbale, czasem wręcz na granicy czytelności, brzmi tu jak zbytkowny ornament na tle swojskiego prostactwa uczestników tego przedsięwzięcia. Oryginał funkcjonuje na prawach cytatu, czasem retorycznego szyfru, którym posługują się bohaterowie, w trudniejszych momentach folgując sobie potoczną polszczyzną. Niektóre bowiem sceny dramaturg Bartosz Frąckowiak spisał na podstawie improwizacji aktorskich. Odsłaniają one przede wszystkim teatrzyk pozascenicznych relacji bohaterów, usiłujących przymierzyć zbyt ciężkie brzemię Szekspirowskich ról. I tak Tezeusz, porykujący jak głodny lew pod pejczykiem dumnej Hipolity, to prywatnie jej życiowy partner, nękany frustracjami zawodowymi. Rzemieślnicy ateńscy, przygotowujący przedstawienie na ślub tej pary, to trójka mniej wziętych aktorów, wyraźnie dotkniętych obsadzeniem ich w rolach drugiego planu. Najmniej przebojowy Franciszek Piszczała (Michał Opaliński) pada ofiarą frustracji niedowartościowanych kolegów. To jemu przypadają role najgorsze: ściany albo kobiety. A gdy w końcu pojawia się jako niepewna swoich wdzięków Tyzbe, zostaje niemal zgwałcony.

Bycie kobietą – nawet przebraną – to u Pęcikiewicz źródło opresji, upokorzeń i uzależnienia od męskich fantazji. Takie są Hermia (Anna Ilczuk) i Helena (Dagmara Mrowiec), podporządkowujące się oczekiwaniom swoich partnerów. Najbardziej boleśnie doświadcza swojego losu Tytania Ewy Skibińskiej – i trzeba powiedzieć, że jest to najlepsza rola w tym spektaklu. Królowa elfów jest tu przywiędłą gwiazdą, upokarzaną przez małżonka i jako kobieta, i jako aktorka. Pojawia się na scenie, mocno eksponując obfity brzuch i obwisłe piersi – jak monstrualna karykatura Demeter, przekwitła bogini płodności. Jej zużyte, pozbawione wszelkich powabów ciało nie wywołuje męskiego zainteresowania. Mimo to Tytania desperacko walczy o kobiecą godność i zranione uczucia. Może jej nieudany romans z Podszewką to rodzaj zemsty za obojętność Oberona, a może ostatni krzyk ciała, zepchniętego na dno upokorzenia, lecz wciąż domagającego się swoich praw. Bohaterka Skibińskiej idzie najgłębiej w mroczną czeluść tego misterium ludzkich ambiwalencji. Co więcej – robi to świadomie, z desperacją przyjmując ciosy zadawane przez mężczyzn. Może to droga do samozniszczenia odrzuconej kochanki, a może konsekwencja gorzkiej wiedzy, że miłość to chaotyczna gra instynktów, w której ciało kobiety stanowi obiekt podlegający pragmatycznym uwarunkowaniom popytu i podaży. Jest to kreacja niebezpiecznie rozpięta między skrajnościami – bezwzględna w penetrowaniu najwstydliwszych zakamarków jaźni bohaterki, okrutna w pasji wystawiania na widok publiczny jej intymnych zranień. Można by rzec, że Skibińska bez znieczulenia dokonuje operacji na otwartym sercu swojej postaci.

Niestety gorzej wypada reszta zespołu, wyraźnie zagubiona w meandrach różnych poziomów gry. Niezbyt udane są sceny powstałe z improwizacji, zanadto rozwlekłe i rozchwiane w rytmach. Gdyby dzieło Pęcikiewicz oceniać w kategoriach tradycyjnego spektaklu, można by sformułować wiele zastrzeżeń: niedopracowane role, brak klarownej narracji, wreszcie redukcja Shakespeare’a do Houellebecqowskiej wizji kultury wyczerpania, w której człowiek jest bezwolną marionetką, trawioną głodem coraz silniejszych i zarazem coraz bardziej jałowych podniet. Można jednak spojrzeć na Sen nocy letniej jak na dziwny rodzaj wehikułu, w którym wszystko, co istotne, dzieje się pod podszewką fikcji. Chodziłoby o taki rodzaj teatru, w którym to, co „przedstawiające”, jest znacznie ważniejsze niż to, co „przedstawiane”: a więc okoliczności stawania się spektaklu, wchodzenia w role, i bycia postrzeganym „w roli”. Pęcikiewicz wskazuje, że to nie to samo. Jej bohaterowie to istoty bez esencji i właściwości – o tym, kim są w danej chwili, decyduje relacja z partnerem. Wizerunek postaci łamie się pod różnym kątem, jak w kalejdoskopowych projekcjach wykreowanych przez Wojciecha Pusia.

Równocześnie spektakl jest studium konsekwencji pozostawania we władzy cudzego spojrzenia, którego obecność reprezentuje natrętne oko kamery. Coraz wyraźniej widać, że teatr jest dla reżyserki miejscem, w którym bada życie, a ściślej – fizjologię międzyludzkich relacji. Osobowość człowieka jawi się tu jako coś równie nieuchwytnego i pozbawionego twardego jądra jak byt sceniczny. Pęcikiewicz rozpruwa z pasją ludzkie fantasmagorie, choć czuje się, że czasem – jak w przypadku Tytanii – miałaby chęć wbić skalpel prosto w serce.

Jolanta Kowalska
"Teatr"
5 lipca 2010

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...