Skiz Spiss

"Skiz" - reż. Maria Spiss - Teatr Ateneum im. Jaracza w Warszawie

Młoda, zdolna i przebojowa reżyserka, autorka kilku bardzo nowocześnie wystawionych, cokolwiek to znaczy, spektakli w Starym Teatrze, staje przed dylematem. Brać obciachową ramotę, na której można się artystycznie i towarzysko przejechać, czy machnąć ręką na Cywińską, Ateneum i debiut w Warszawie. Nie machnęła, wzięła. Pierwszy punkt dla niej

W naszej krakowskiej szkole teatralnej pozwalamy sobie czasem na okrutne żarty ze studentów; nic godnego pochwały, zwykłe belferskie satysfakcyjki. Dla jasności: chodzi o studentów reżyserii, choć podejrzewam, że sąsiedzka działka aktorska też zna te żarty. Jak wiadomo, student rozpoczynający edukację artystyczną jest przekonany, że odtąd wszystko w teatrze będzie zależało od niego: wybór repertuaru, scenografa, aktorów, czas przeznaczony na wykonanie dzieła. Może nawet opinia o spektaklu: od czego ma się rozumiejących kolegów recenzentów. Otóż nasz straszny żart polega na tym, że stawia się studentowi pytanie: a co będzie, jeśli poprosi cię na rozmowę dyrektor niezłego teatru i zaproponuje przyzwoite honorarium, ale pod warunkiem, że wyreżyserujesz na przykład Zapolska. Do dyspozycji czwórka aktorów jeszcze w tym sezonie niezagospodarowanych. Na robotę masz sześć tygodni. Zaczynasz w drugiej połowie kwietnia.

Studenci się wiją i popatrują po sobie. Potem coś mruczą pod nosem i czekają, co powie kolega. Przecież to obciach taka sytuacja, choć wiadomo, może się zdarzyć. Ale na razie lepiej nie wywoływać wilka z lasu.

Bywa przecież, że półabstrakcyjne żarty cynicznych belfrów obracają się w rzeczywistość. Oto przykład; niby pierwszy z brzegu, ale zachęcałbym do potraktowania go symbolicznie.

Na ofiarę los upatrzył sobie Marię Spiss, naszą niedawną absolwentkę. Nie bardzo bowiem wierzę, żeby całkiem z własnej woli poszła do Izabelli Cywińskiej i powiedziała: pani dyrektor, mam taki pomysł. Trochę szalony, ale chcę spróbować. Chciałabym mianowicie wystawić u pani w Ateneum Skiza. Ta trzyaktowa ramota ma wprawdzie sto lat, ale jest w niej coś fajnego i mądrego. Przy okazji parę świetnych ról, a pani ma dobry zespół, więc uciągniemy.

Może tak i nawet było. Przypuśćmy jednak, że to raczej ucieleśnił się nasz straszliwy żart. Poniedziałkowy ranek. Leży sobie jeszcze w łóżku Marysia S. i czyta Cień Becketta

Antoniego Libery. Ach, wystawić by Końcówkę, może nawet samego Godota... Telefon. - Tu Cywińska. Pani Mario, jest taka sprawa. Czytała może pani ostatnio Zapolska? Nie? Bo ja właśnie...

Młoda, zdolna i przebojowa reżyserka, autorka kilku bardzo nowocześnie wystawionych, cokolwiek to znaczy, spektakli w Starym Teatrze, staje przed dylematem. Brać obciachową ramotę, na której można się artystycznie i towarzysko przejechać, czy machnąć ręką na Cywińską, Ateneum i debiut w Warszawie. Nie machnęła, wzięła. Pierwszy punkt dla niej.

Oczywiście powstał problem, jak wyjść na swoje. Zrobić w zgodzie z Zapolska salonową komedię w stylu z epoki? Odpada. To mógtby Łapicki, a jak Łapicki, od razu zapomnijmy. Przepisać teksty i sensy a la Demirski z Zadarą? Też odpada. Sofoklesa, proszę bardzo, Raci-ne\'a, jak najbardziej, ale Zapolskiej za cholerę przepisać się nie da. Fredry zresztą też nie. Komedia oparta na wyrafinowanej grze słów i gestów wymaga bardzo specjalnego talentu i tatwo wyjść na nieśmiesznego grafomana. Trzeba więc zostawić Zapolska, jak jest. Ale znowuż jak zostawić Zapolska, to z takimi zdaniami: "Kuzynka sobie żarty stroi, a tam konie czekają!" - bo takie zdania to jest właśnie Zapolska, a nie jakiś Calderon czy Słobodzianek.

Po dawnemu się nie da, na współcześnie też nie bardzo, bo te konie i ta żartująca kuzynka. Utwór jest cudnie stylowy, tylko co z tego, skoro ów styl wyznacza także francuszczyzna, którą upstrzone są dialogi Skiza. Wtedy na salonach każdy znał francuski, a dzisiaj nawet nie każdy zna porządnie polski. Gdziekolwiek stanąć, pułapka albo niemożność.

Skończyło się tak, jak się skończyć musiało: na radosnym bezstylu, czyli poetyce bogu-świeczki i diabłu-ogarka. Zamiast salonu - wytapetowane we wzorki zastawki, ale z boczku sadzaweczka z prawdziwą wodą i fontanienką. W poniektórych kostiumach mogliby wystąpić bohaterowie Ferdydurke &\\bo Kosmosu. Znowuż inne pasowałyby jak ulał do Witkacego. Kiedy w pewnej chwili zjeżdża na sztankiecie wielki łeb łabędzia, można by pomyśleć, żeśmy się znaleźli w Mrożku.

Ale nic to, jak powiadał pan Michał do swej Baśki. Po pierwsze, nie piszę recenzji, po drugie, ani mi w głowie dokuczanie młodej reżyserce. Nie ona pierwsza wpadła w pułapkę zgotowaną stylowym dziełom przez nasze bezstylowe czasy. Przynajmniej o jedno się naprawdę postarała, w końcu najważniejsze- inteligentne i skuteczne poprowadzenie aktorów.

Jeśli na widok Haliny Łabonarskiej grającej Lulu, damę doskonale już wiedzącą, że uczucia uczuciami, ale interes i nawyk często bardziej trzymają ludzi przy sobie, przypominałem sobie od czasu do czasu markizę de Merteuil z Niebezpiecznych związków, to przecież wcale nieźle. Krzysztof Tyniec zagrał jej męża Tola co prawda na jednym tonie, ale na tę godzinę mu starczyło; widomie skacowany, lekko wymięty i bezbrzeżnie spragniony świętego spokoju Don Juan napastowany przez swoją ofiarę - czegóż trzeba więcej. No i młoda para, Anna Gorajska jako Muszka i Wojciech Brzeziński jako jej mąż Wituś. Muszka, debiutantka w roli kochanki, dostała proste zadanie: przylepić się na ślepo i głucho do nowego faceta, który wreszcie porządnieją zerżnął, bo tak właśnie przylepiają się panienki, także te kiepsko zamężne. A Wituś, zdradzony mąż, fajtłapa w łóżku, ale dzielny gospodarz swojego majątku? Jemu się z kolei odjechało na widok bujnej i doświadczonej kobiecości markizy Lulu, bo może mu się bardziej niż niemrawa żona skojarzyła z witalnością ukochanej natury w postaci koni, krów i buhajów.

Nie Niebezpieczne związki ani nawet nie równie cyniczni Mąż i żona hrabiego F. Po prostu świetnie napisana komedia na dwie skrzyżowane erotycznie pary, z której wynika gorzka prawda, że siła przyzwyczajenia zawsze w końcu wygra z wichrem namiętności. Wichry przelecą, coś połamią albo pogną, a nawyk zostanie. Oswojona żona, oswojony mąż, powroty ważniejsze od wyskoków.

Psychologiczne cienkości zapisane w Skizie można ciągnąć na wiele nut i reżyserka z aktorami całkiem sporo z nich wygrała. Parę razy poszli łatwiejszym skrótem i powiało nie najświeźszym kabaretem. Tylko kto by się tym przejmował? Recenzenci poczuli świeżą krew i ruszyli na żer. Jeden uznał, że reżyserka chciała skompromitować staroświeckość Zapolskiej, ale jej nie wyszło, bo aktorzy zagrali... staroświecko. Inny posądził ją o intencje ekstrawaganckie, ale realizację salonową. Trzeci docenił niechęć do nachalnych uwspółcześnień, czwarty zganił za ciągoty do naturalizmu.

Problem nie w tym, kto miał rację i gdzie jest tak zwana prawda. Recenzenci zdają się mieć nie mniejsze od reżyserów kłopoty ze spektaklami, w których zderza się stylowa klasyka z postmodernistyczną wolną amerykanką. Otóż obu tych porządków jednocześnie zadowolić się nie da. Postmodernistyczny dekonstrukcjonizm skruszy w swoich plastikowych zębach każdy historyczny styl, bo takie właśnie ma zadanie: podważać jednorodność i jednolitość. Czyste style zasługują dziś na wzruszenie ramion jako "staroświeckie", więc ambitni reżyserzy jak ognia ich unikają. Pozostaje dekonstrukcja, która ma jedną zasadniczą wadę: większość potencjalnych odbiorców, i to niekoniecznie przysłowiowych kucharek, nie chce mieć z nią do czynienia. Ludzie dziwnie lubią, jak coś się składa, a nie bez przerwy rozkłada; rozbieranie wszystkiego na części to doświadczenie wieku dziecinnego, z którego powinno się wyrosnąć. Ale nie przypadkiem żyjemy w epoce zdziecinniałej, gdzie zabawa, rozrywka, fun stały się ulubionym celem zdemokratyzowanej kultury.

Nieszczęsna Marysia S. Ofiara pochrzanionego czasu, beznadziejnej walki postu z karnawałem. Chciałaby dusza do teatralnego raju, ale w tym raju z jednej strony są koledzy, którzy mówią: Maryśka, bez młotka nie podchodź do Zapolskiej!, z drugiej dyrektor Cywińska, która chce mieć Zapolska całą i żywą. Nie ma lekko.

Tadeusz Nyczek
Dialog 6/10
5 sierpnia 2010

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia