Skończył się sezon triumfalny

podsumowanie sezonu 2010/2011

Dolnośląskie teatry od paru lat nadają ton życiu polskich artystów w ramionach Melpomeny. Brutalnie rzecz ujmując, tłuką strasznie resztę teatralnej Polski. Posłużę się tylko ostatnim przykładem

Do ministerialnego Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej ekipa jurorów pod wodzą Jacka Sieradzkiego, krytyka, z którym nikt w tym kraju nie może się równać w liczbie oglądanych rocznie przedstawień, wybrała jedenaście dzieł scenicznych z Legnicy, Wałbrzycha, Wrocławia oraz Koszalina, Olsztyna, Opola, Poznania i Supraśla… Z Wrocławia startowały cztery przedstawienia. Na nagrody nie załapał się tylko spektakl Wrocławskiego Teatru Współczesnego firmowany reżysersko przez Maćka Prusaka "Klaus der Grosse". Na 14 przyznanych nagród Dolnoślązacy zgarnęli… 12. To nie są sny o potędze, Drogi Urzędzie Marszałkowski, musisz się z tym zmierzyć.

Królami, a właściwie królowymi (dominują w nich kobiety) minionego sezonu teatralnego na Dolnym Śląsku w moim wyborze zostały cztery spektakle. W tej krótkiej wyliczance pojawi się też lista owych wspaniałych kobiet. To są propozycje, które wszyscy szukający w teatrze myśli mądrej powinni obowiązkowo obejrzeć.
Sezonowych faworytów przedstawię Państwu w kolejności premier. Pierwsza, bo już 3 października 2010 roku, pojawiła skomplikowana i dręcząca umysł "Szosa Wołokołamska" Muellera w reżyserii precyzyjnej Barbary Wysockiej (to pierwsza dama z mojej listy). Bardzo kameralna opowieść, rozpisana zaledwie na trzy głosy męskie: Adam Cywka, Rafał Kronen-berger i Adam Szczyszczaj. Nie jest to łatwe do słuchania dla pokolenia, które trochę więcej wie o II wojnie światowej, mrocznych latach pięćdziesiątych czy wręcz haniebnym dla Europy Wschodniej roku 1968.

We Wrocławiu to już jej drugie kameralne i trudne artystycznie przedsięwzięcie (pierwszym był "Kaspar" Handkego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym) i oba pokazały, jak wspaniale potrafi pracować z aktorami na najwyższych obrotach. Sama spektakl oprawia muzycznie i projektuje scenografię.

Kapkę więcej niż miesiąc później pokazała swój monodram "Żywoty świętych osiedlowych" Agata Kucińska. Aktorka jak cała orkiestra symfoniczna. Dokładnie, nie obrażając nikogo, sama by mogła robić za Wrocławski Teatr Lalek w minionym sezonie, jeśli chodzi o efekt artystyczny. Wyreżyserowała swój spektakl, wymyśliła szereg niekonwencjonalnych lalek, sama je zrobiła i mistrzowsko obsłużyła jako animatorka. Sama też dokonała adaptacji trudnego teatralnie tekstu, zresztą jak wszystkie sztuki Lidii Amejko (też wrocławianki). Bardzo łatwo specyficznej narracji, przywiązującej wielką wagę do języka, zabawy nim, odebrać najcenniejszy atut poetyckości. Agatka, chyba jako pierwsza w teatrze, ten dramaturgiczny walor sztuk Lidii A. podniosła nawet na wyższe piętro. Zgarnęła już sporo nagród. To pewnie nie koniec.

Trzeci z moich faworytów to "Utwór o Matce i Ojczyźnie" Bożeny Keff. We wrocławskim Teatrze Polskim tajemniczy i pełny teatralnych czarów klimat nadała temu przedstawieniu autorka scenografii Justyna Łagowska, której mąż, Jan Klata, zajął się inscenizacją całości, ale też przyciął sobie tekst do swojego pomysłu reżyserskiego. Dołożył się znacząco do artystycznego sukcesu kwintet pań: Paulina Chapko, Dominika Figurska, Anna Ilczuk, Kinga Preis, Halina Rasiakówna oraz ze swoim barytonem zniewieściały szlachetnie Wojciech Ziemiański.

Literacki pierwowzór, podobnie jak w wypadku Lidii Amejko, był nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Utwór Keff w rękach Klaty stał się obsesyjnymi w swojej wymowie rozmowami różnych matek i córek. Matek, które nie potrafią zrozumieć, dlaczego ich córki męczy ciągłe wracanie do przeszłości, wygrzebywanie dramatycznych przeżyć Holocaustu, rodzinnych korzeni, sposobów patrzenia na miejsce urodzenia, historię ojczyzny, mężczyzn i tego wszystkiego, w co się wikłamy w życiu. Dalej córek marzących o wyzwoleniu się w jakikolwiek sposób z tych matczynych uwikłań i presji. Różnych relacji i konfliktów na różnych piętrach narracji jest mnóstwo, co sprawia, że spektakl osacza też nas i nasze myśli ze wszystkich stron. To, moim zdaniem, najdojrzalszy artystycznie spektakl Klaty, a też niezwykle wyrafinowany artystycznie. Skrojony na miarę, nie ma niepotrzebnych reżyserskich popisów na wiwat, no i jak wspomniałem, przez całą szóstkę zagrany koncertowo. To była tegoroczna premiera styczniowa na Scenie na Świebodzkim TP.

Czwarte wydarzenie urodziło się na Scenie na Piekarach w Legnicy. Czekaliśmy na nie do Dnia Kobiet. Legnicki Teatr Modrzejewskiej sprezentował nam "III Furie". Owe krzykliwe Furie to trzy autorki: Sylwia Chutnik, Magda Fertacz i Małgorzata Sikorska-Miszczuk. Co zrobiły? Straszne rzeczy! Rozdrapują nasze najbardziej polskie geny. Masakra. To wszystko jest przez reżysera Marcina Libera sprytnie oprawione w lekko groteskowo-kabaretową nutę. Ryczymy chwilami ze śmiechu, ale też wstydzimy się, że jesteśmy takimi Polakami. Wstydzimy się za wszystkich, bo na zewnątrz my razem taki obraz Polaka stwarzamy. I nie ma znaczenia, czy każdy z nas z osobna dokładnie jest taki sam, bo nikt, kto na nas patrzy z boku, nie zwraca uwagi na szczegóły.

Te wszystkie martyrologie, wieńce, znicze, krzyże, ordery, relikwie, sztandary, egzekucje za ojczyznę, bohaterskie czyny, rany i traumy, fatum historii, zdrady i zaprzaństwa - irytują swoją bezmyślnością w patriotycznym zacięciu. Na dodatek wbija nam na siłę do świadomości za pomocą przesterowanych dźwięków tworzonych na żywo (głośniki pod amfiteatralnie ustawioną widownią) postpunkowa kapela Moja Adrenalina. To bardzo mądre przedstawienie, choć nasączone sporą dozą ironii. Cały zespół aktorski gra na poziomie głośności Mojej Adrenaliny. W solowych partiach króluje Paweł Palcat.

Ten kwartet z dominującym czynnikiem żeńskim wysforował się bezdyskusyjnie na czoło. Tak zaglądam im za plecy, co tam za nimi jest? Stoi cierpliwie w kolejce wspomniany już "Klaus der Grosse" z reżyserem Maćko Prusakiem. A przepycha się dość ostro gombrowiczowski "Trans-Atlantyk" w reżyserii Jarosława Tumidajskiego, który pasowałby do wspominanego wyżej zdzierania skóry z polskości. W takich klimatycznych niszach siedzą też sobie spokojnie, nie bojąc się o widzów, pożyczeni od Szekspira "Kochankowie z Werony" w reż. Jacka Głomba i różewiczowskie, klasycznie skrojone "Białe małżeństwo" w reż. Krystyny Meissner. O wzięcie też chyba nie musi się obawiać monodram w wykonaniu Marka Grondowego "Novecento" na jeleniogórskiej scenie. Potem już się robi coraz ciemniej i mało jakichś artystycznych sensów podjętych przedsięwzięć z tego przenika.

W minionym sezonie najwięcej laurów zgarnął wrocławski Teatr Polski, bo z wyróżnieniami aż 27! Za nim na podium stanęły wałbrzyski Teatr im. Szaniawskiego i, niżej, legnicki Teatr im. Modrzejewskiej razem z grupą Ad Spectatores, głównie dzięki Agacie Kucińskiej.

Krzysztof Kucharski
POLSKA Gazeta Wrocławska
19 lipca 2011

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia