Skórzana czapka z daszkiem

"Udręka życia" - reż. Iwona Kempa - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Lewiwa (Anna Tomaszewska) i Jona Popoch (Tomasz Międzik) w ogromnym łożu z białą pościelą, nieruchomi, o oczach otwartych jak oczy zwłok, czekające na ruch palców dobrych bliźnich. Anioł stróż małżeńskiego szczęścia już przy nich nie stoi

Od boleśnie wielu lat, ani rano, ani we dnie, ani późno w nocy, kiedy sen daleko, a pod nieruchomą czernią sufitu pęcznieją w gardłach złe słowa. Nigdy nie był ku pomocy, a jeśli, to po trzydziestu latach bycia razem Lewiwa i Jona nie mają sił pamiętać anielskich świtów, obiadów, snów. Tej nocy młodzieniec o wielkich, białych skrzydłach jest jak zwykle daleko. Z tyłu sceny, w kącie, z wiolonczelą między udami siedzi na krześle i czeka, aż w bieli na łożu rozpocznie się rytuał wściekłości - czeka, by zagrać wściekłości coś ładnego. Jest niczym taper. Ale seans nie będzie niemy.

Nie jest niemy, ni czarno-biały, lecz po godzinie, gdy kończy się wyreżyserowana przez Iwonę Kempę "Udręka życia" Hanocha Levina, przypominają się, muszą się przypomnieć, opowieści Chaplina - jego ruchome obrazy, kiedy na ekranie tańczyły z sobą wszelkie skrajności, odległe nastroje, namiętności pozornie nie do pogodzenia. W seansie Kempy nocna wściekłość ludzi, którzy wszystko o sobie wiedzą, jest jak widmo światła. Tak samo ciągła, o miękkich, niezauważalnych kładkach między łzą a metalicznym wrzaskiem, ledwo widzialnym przytuleniem a topornym gestem pakowania walizki, uśmiechem a mięsistym przekleństwem, wszelką łagodnością a wszelką gwałtownością, szydzeniem z uczucia, myśli, seksu i skóry a kruchym szeptem Lewiwy: "nie odchodź". Który raz prosi o to? Setny? Tysięczny? I dlaczego tak czule, tak dojmująco czule, skoro dobrze wie, że miotający się pod nieruchomą czernią sufitu, malowniczo pakujący walizę, majestatycznie recytujący swój elegijny żal nad zmarnowanym życiem stary Jona - nie odejdzie? Tak - znów nie. I nic tu do rzeczy nie ma jego przerażenie nagłą wizytą samotności, jak marny pies skulonej pod resztkami szarego płaszcza.

Kim jest to stworzenie, co wabi się Gunkel (Radek Krzyżowski)? Domokrążcą? Kimś z rodziny? Starym znajomym? Dygoczący, bosy, w pół złamany, o łapach niczym motyle nad łąką - łazi nocami po mieście. Wypatruje świateł w oknach - szuka innych samotności, co spać nie mogą. Zobaczył, zapukał - i oto jest w domu Popochów. Skowyta, że zgubił czapkę. Zostawił gdzieś, zapomniał. Może tu? Czapka, czapka, skórzana czapka z daszkiem. Nie tu? Czapki nie ma i nie ma, a przecież nie może jej nie być, bo nie da się dalej żyć bez czapki... Właśnie to zdaje się być sednem opowieści Levina i Kempy. Nie czapka, nie. Lecz ciągłe, uporczywe powroty tercetu samotności do wszystkiego, co małe, biedne, żałosne, zupełnie bezsilne.

W wielkim monologu Krzyżowskiego, rozpiętym między bombastyczną pychą gardzenia światem a piękną bezradnością wobec świata, jak w mistrzowskiej pyskówce Tomaszewskiej i Międzika tańcuje z sobą sto skrajnych namiętności. Oni: trzy aktorskie dania całkowicie spoza naszych aktorsko doszczętnie spsiałych dni. Ale to nie koniec piękna. Krzyżowski, Tomaszewska i Międzik naprawdę pamiętnego sedna dotykają, gdy ze swych nieogarnionych pokazów, gdzie ciemny dramat na amen zlepia się z jarmarczną burleską, wciąż wyskakują, by uchwycić się jakiejś łupiny, jakiegoś wióra, jakiegoś lichego kawałka gestu, intonacji, zapachu. Gunkel, Lewiwa, Jona - czepiają się dna codzienności, które jest mułem starych przyzwyczajeń. Na przykład - skórzanej czapki z daszkiem. Albo małych jakości. On - może jej smutnych oczu, mysiego pisku jej histerii? Ona - może jego nieporadności nad otwartą walizą, jego rzęs?

Jeszcze inaczej można powiedzieć. Jona znów nie opuści Lewiwy, lecz nie ze strachu przed Bogiem, kamiennymi tablicami, bądź potęgą sakramentu małżeństwa. On jej nie opuści - bo jakoś tak wyjdzie. Jakoś tak - bo zawsze tak wychodziło. Choćby wczoraj. Taper z wielkimi, białymi skrzydłami dobrze zna tę nieusuwalną gorycz. Wie, że nic nie da się zrobić, więc tylko przygrywa. Ma świętą rację. Jutro znów będzie noc. I powtórzy się brak snu w tym samym łożu. I przyjdzie Gunkel, by zapytać o skórzaną czapkę z daszkiem.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
7 października 2011

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...