Słabość do kobiet to moja siła

rozmowa z Edwardem Lubaszenką

Rozmowa z Edwardem Lubaszenką

Świętując 70. urodziny i 50-lecie pracy aktorskiej wyznał Pan publicznie, że największą rolą była rola Edwarda Lubaszenki. Jak się ją "grało" przez lata i jak wyglądałoby Pana życie jako Edwarda Lindego?

Moje losy potoczyłyby się inaczej, gdyby nie było wojny. Pewnie wzrastałbym z matką i ojcem Może nawet mieszkałbym w Krakowie, gdzie najprawdopodobniej zostałem poczęty, w Podgórzu. Lecz historia pogmatwała rodzinne losy. Ojciec, wcielony do Wehrmachtu, poddał się w pierwszej bitwie, potem na dwa lata trafił do obozu w Tulę. Po wyjściu z łagru wrócił do Polski i zamieszkał w Polanicy-Zdroju. Tam w 1952 roku za śpiewanie dziecięcych piosenek w języku niemieckim znalazł się w więzieniu - na dwa lata. Ja od 1945 do 1973 roku, z przerwami, mieszkałem we Wrocławiu. Ojca poznałem mając 18 lat i zapamiętałem jako człowieka wypalonego kłopotami, który nie był pewien mojego nastawienia do niego. Utrzymywaliśmy dobre stosunki. Jednak czasy były takie, że dochodzenie czyim się jest synem i zmiana nazwiska, nie były rzeczą prostą. To dlatego tak długo byłem Edwardem Lubaszenko, ukształtowanym przez ojczyma Mikołaja - radzieckiego oficera, wprowadzającego w domu ostry dryl. Nawiasem mówiąc, formalnie nie był on jednak moim ojczymem, gdyż nie poślubił mamy, a najbliżsi popełnili nadużycie nazywając mnie Lubaszenko. Pokornie grałem tę rolę. Dziś, jako Edward Linde-Lubaszenko, przekornie nazwałem ją największą kreacją życia. 

Nie zaznał więc Pan szczęścia w dzieciństwie? 

- Nie myślę tak o tych sprawach. Były przecież i aspekty pozytywne. Na przykład wychowywałem się w kulcie nauki i sportu. Gdybym nie został aktorem, pewnie zostałbym naukowcem. Szczerze mówiąc, nie wiem, w jakiej dyscyplinie, gdyż byłem wszechstronnie uzdolniony. Mówię o tym z ubolewaniem, gdyż ten, który interesuje się wszystkim, ma kłopoty ze skupieniem się na jednym zagadnieniu. Albo mógłbym zostać lekkoatletą - pasjonował mnie bieg na 800 lub 1500 metrów. 

Zdecydował się Pan na studia medyczne. Co wpłynęło na wybór aktorstwa? 

- Byłem właśnie po trzecim roku i pozostał mi do zdania jeden egzamin. Ponieważ dostałem ataku kolki nerkowej, poprosiłem panią profesor, by egzaminowała mnie w pierwszej kolejności. Pewnie uznała, że symuluję, a może bagatelizuję jej przedmiot - w każdym razie oblała mnie. Obraziłem się i nie poszedłem na egzamin poprawkowy. Zrezygnowałem ze studiów. Wcześnie jeszcze jako student w 1960 roku podjąłem współpracę z wrocławskim teatrem studenckim "Kalambur". Wygrałem krakowski Festiwal Piosenki Studenckiej - do dziś mi się "wypomina", że zająłem miejsce Ewy Demarczyk, która otrzymała wówczas drugą nagrodę. Po rezygnacji ze studiów zdałem eksternistyczny egzamin aktorski w warszawskiej PWST i pracowałem kolejno we wrocławskim Teatrze Polskim, potem w Gorzowie u Ireny i Tadeusza Byrskich, w Opolu, by powrócić do Wrocławia, gdzie zaangażowałem się do Teatru Współczesnego, kierowanego przez Andrzeja Witkowskiego, któremu wiele zawdzięczam. Tu spotkałem Jerzego Jarockiego, który w 1973 roku zarekomendował mnie w Starym Teatrze. 

Gdzie spotykał się Pan z największymi polskimi inscenizatorami. Jerzy Jarocki dał Panu szansę na ciekawą pracę w Krakowie? 

- Czułem się trochę zawiedziony, gdyż Jerzy Jarocki - po obsadzeniu mnie w roli Łopachina w "Wiśniowym sadzie" - jakoś o mnie zapomniał. Przypuszczam, że miały na to wpływ studia reżyserskie, które ukończyłem w krakowskiej PWST w 1977 roku. Pewnie sądził, że skupię się na reżyserowaniu, ale dla mnie zawsze najważniejszą aktywnością twórczą było aktorstwo. U Konrada Swinarskiego, który przez dwa lata był moim wykładowcą na reżyserii, zdążyłem zagrać tylko w "Wyzwoleniu" - rolę Ojca, zaś w przerwanym tragiczną śmiercią Konrada "Hamlecie" miałem grać i byłem asystentem reżysera. U Andrzeja Wajdy zagrałem Chłopickiego w "Nocy listopadowej". Nigdy nie zapomnę nauk Wajdy, że na sukces przedstawienia składa się w 80 procentach obsada. Uważał, że aktor musi mieć poczucie, że jest mu wszystko wolno. Mówił: jeśli Janek Nowicki chce podpalić teatr, to niech inspicjent przyniesie mu zapałki. Przecież nie podpali, bo jest mądrym człowiekiem. 

Miał Pan szczęście do wybitnych reżyserów filmowych? 

- Debiutowałem u Kazimierza Kutza w docenionym dopiero po latach filmie "Ktokolwiek wie...". Grałem majora Stopczyka w "Psach" Władysława Pasikowskiego, a w "Kontrakcie" Krzysztofa Zanussiego tylko "do połowy" roli, gdyż potem nie zezwolił na to macierzysty teatr. Praktycznie wyglądało to tak, że moja rola została mocno okrojona. A popularność dał mi serial "Układ krążenia", w którym grałem lekarza. Kiedyś udział w serialu wymagał od aktorów nie lada wyrzeczeń. Do Warszawy jechałem taksówką po spektaklu, od godziny 6 do 14 grałem w serialu, po czym wracałem na spektakl. I znów do Warszawy. Jedyną przyjemnością były krótkie wizyty w domu, by się spotkać z żoną. W czasie jednego z przejazdów miałem pierwszy wypadek i pierwszą dłuższą przerwę w aktorstwie. 

Ludzie sztuki bywają zazdrośni o swoje sukcesy. Możliwa jest prawdziwa przyjaźń między aktorami? 

- Mogę mówić o przyjaźni z Anną Polony, Anną Dymną i Jerzym Trelą. Te osoby były dla mnie ważnymi punktami oparcia w każdej sytuacji życiowej. To nie są przyjaźnie oparte na dyskusjach o rolach, gdyż nieczęsto spotykaliśmy się na scenie, a na przykład w sztuce wyreżyserowanej przez Annę Polony zagrałem tylko raz. Raczej łączy nas zażyłość towarzyska. 

Jaka jest rola Starego Teatru w Pańskim życiu? 

- Grałem dużo, ale mogłem więcej. Dobrą passę przerywały dwa wypadki samochodowe - ale nie ja je spowodowałem - i poważne dolegliwości związane ze strunami głosowymi oraz wymiana stawu biodrowego. W sumie moje aktorskie przerwy trwały około 10 lat 

Co Pana ominęło w zawodowym życiu? Jakie role, spotkania? Czuje się Pan spełniony? 

Nie ma we mnie takiego myślenia. Pod żadnym pozorem nie oglądam się za siebie. Nawet jeśli mam kłopot, to się nim nie zamartwiam, bo wtedy miałbym dwa kłopoty. Taki stosunek do życia wymagał trochę treningu, ale udało się. Sprawia mi radość praca z zespołem ludzi, bycie tam, gdzie toczy się życie. A więc pracując kłócimy się, dyskutujemy - staramy się, by wynikła z tego jakaś wartość. W pewnym stopniu się w tym spełniam. A co do własnej wartości, to wiem kim jestem. Człowiek powinien robić to, co lubi i akceptuje. Od wielu lat uczę młodych aktorów. Ostatnio współpracuję z Teatrem Nowym, założonym przez grupę moich byłych studentów. Tam odbył się mój aktorski jubileusz. 

Przyznaje się Pan do słabości do płci pięknej. Czy kolejne kobiety-żony inspirowały Pana twórczo? 

- Słabość do kobiet to moja siła. Lubię wszystkie kobiety, w każdej znajduję coś interesującego. Będąc wrażliwym na piękno niewieście, uważam jednak, że najważniejsza jest rozmowa z kobietą. To ona buduje bliskość. 

Czy po doświadczeniach z czterema żonami powiedział Pan pas? 

- Aktualnie chętnie powtarzam slogan: uwielbiam kobiety, ale nienawidzę żon. Jednak nie można się zarzekać. Mój stosunek do współżycia pod jednym dachem jest dość specjalny, gdyż w domu rodzinnym zawsze czułem się najlepiej, gdy byłem sam. Myślę, że jeśli bliscy ludzie spotykają się w dogodnych porach, na trochę, to nie zadręczają się kłopotami, są dla siebie lepsi, a więc i szczęśliwsi. 

Edward Linde-Lubaszenko 

Aktor teatralny i filmowy, reżyser, wykładowca PWST w Krakowie. Wystąpił w kilkudziesięciu filmach, grał na deskach wrocławskich, gorzowskich i opolskich teatrów. Od 1973 roku do emerytury był związany z krakowskim Starym Teatrem. Ojciec aktora i reżysera Olafa Lubaszenki - dzieli z synem pasję do piłki nożnej.

Małgorzata Iskra
Polska Gazeta Krakowska
19 listopada 2009

Książka tygodnia

Czescy ekspresjoniści
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jindřich Chalupecký

Trailer tygodnia