Ślady z Ionesco

"Łysa śpiewaczka" - reż. Maciej Prus - Teatr Narodowy w Warszawie

Elektroniczny zegar na ścianie ,,wybija" kolejne godziny. Zamiast cyfr na tablicy pojawiają się słowa: ,,it is five o'clock", ,,it is half past hour", itd. Pośrodku sceny stoi prostokątny stół z czterema krzesłami w stylu empire. Dramat Ionesco zostaje osadzony w przestrzeni, jaką mogli zapewne oglądać pierwsi widzowie tej sztuki w drugiej połowie XX wieku. Maciej Prus zdaje się odnosić do tradycji, która ukształtowała powszechnie ustaloną percepcję ,,Łysej śpiewaczki"

Z jednej strony to słowo gra tutaj pierwsze skrzypce. Gry słowne, zabawy znaczeniami i przysłowiami, były w swoim czasie absolutnym novum w teatrze. Cały teatr absurdu zasadzał się właściwie na takich grach formalnych. Nieprzypadkowo rozkwit tego rodzaju poetyki zbiegł się w czasie z oficjalnym pojawieniem się postmodernizmu jako osobnego prądu myślowego. Teatr absurdu wydał kilka arcydzieł, które innowacyjną jak na tamte czasy formę połączyły z zamaskowaną, egzystencjalną treścią. Za sztandarowy utwór utrzymany w tej stylistyce można uznać choćby ,,Czekając na Godota".

"Łysa śpiewaczka" jest z kolei dziełem, które z biegiem czasu straciło swoją moc oddziaływania. W roku 1950 formuła zaproponowana przez Ionesco była przełomem, dzisiaj specjalnie już nie dziwi. Alogiczność cechuje niemal co drugi tekst tzw. ,,nowej dramaturgii". Zabawa słowem przybiera obecnie formę bełkotu. Dlatego też Prus nie dokonuje praktycznie żadnych zmian w tekście, jakby chcąc sprawdzić, czy poetyka francuskiego dramatopisarza potrafi się nadal sama obronić. Pomagają mu w tym dobrze obsadzeni aktorzy. Pan Smith (Artur Żmijewski) mówi gardłowym głosem, zaznaczając tym swoją pozycję dominującego pana domu. Jego małżonka (Ewa Wiśniewska) bierze na siebie rolę egzaltowanej damy. Pan Martin (Jacek Mikołajczak) stara się być dystyngowanym dżentelmenem, w czym pomaga głęboki tembr głosu aktora. Pani Martin (Anna Seniuk) jest kobietą bezpośrednią, która przełamuje chwile największego napięcia. Strażak (Grzegorz Kwiecień) jest zakompleksionym chłopcem, który martwi się tym, że nikt go nie słucha. Wreszcie Służąca (Beata Fudalej) stanowi kontrast dla reszty postaci. Prezentuje sobą żywiołowość i ekspresję, które ustawiają ją w opozycji do zmanierowania i zachowawczości towarzystwa. Jaskrawy kolor kombinezonu tylko to akcentuje.

Prus widzi w ,,Łysej" obraz zakłamania, ale i niemożności wyrażenia swoich uczuć. Twórcy decydują się na eksperyment. Dialogi i monologi w tekście są pozbawione logicznego ciągu i zbliżonej do rzeczywistości psychologii. Aktorzy Narodowego na przekór tej poetyce mówią swoje dialogi i monologi, ubarwiając je określonymi emocjami. Tym samym słowo przeczy głosowi, niczym w słynnym cytacie Mickiewicza. Sztywniactwo ,,państwa" jest przeciwstawione ,,łydce" Służącej Mary. Tropy Gombrowiczowskie objawiają się także w scenie z opowiadaniem dowcipów. Pojedynek na gęby ma tu swoje odzwierciedlenie w walce na żarty. Widowisko w TN może być także opowieścią o czasie. Elektroniczny zegar niejednokrotnie wariuje, a godzina, jaką odczytuje lektor, różni się od tej pokazanej na tablicy. W scenie z dzwonkiem zostają zaznaczone różnice między mężczyznami a kobietami. Pan Martin staje zdecydowanie za panem Smithem, a panią Smith broni pani Martin. Dużo zależy w takich rozwiązaniach od aktorów. Prus daje im pole do popisu, dzięki czemu skostniały tekst ożywa.

Na szczęście jest tutaj miejsce na komizm, bez którego nawet ta godzina spektaklu byłaby nieznośna. Duża w tym zasługa grających, którzy na rozmaite sposoby bawią się intonacją czy mimiką. To właśnie gra aktorska i ruch sceniczny są atutami tego przedstawienia. Choć nie można zarzucić Prusowi braku przygotowania w podejściu do tekstu, to jednak sama ,,Łysa śpiewaczka" okazuje się w konsekwencji dramatem przebrzmiałym. Spełnia swoją rolę jako dobrze zagrana farsa. Zdecydowanie bliżej jej jednak do slapsticku niż tragikomedii. Poszczególne wątki są jedynie zarysem większych, głębszych tematów. Forma tego utworu po prostu nie pozwala już dzisiaj na ich rozwinięcie. Zresztą, czy Francuz Ionesco nie pisał ,,Łysej" z myślą, by trochę dopiec rozmaitym Smithom i Martinom, czyli po prostu Anglikom?

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
23 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia