Śląsk mój w teatrze widzę ogromny

"Cholonek" i "Piąta strona świata", czyli o modzie na śląskie spektakle

Ostatnimi czasy Śląsk, ze swoją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością stał się modny. A może trzeba zapisać "modny" szczególnie przed wyborami. Jeszcze niedawno o tej krainie zapomnianej przez wieki i lata pisali konsekwentnie Kazimierz Kutz i Michał Smolorz. Dziś wystarczy spojrzeć na plakaty wyborcze, aby na każdym znaleźć słowo "Śląsk" w różnych konfiguracjach i odmianach stylistycznych. Ale dużo wcześniej, niż politycy, po historię tej krainy i ludzi tutaj żyjących sięgnęli artyści - pisze Marek Mierzwiak w Śląsku.

Dwa słowa zatem o dwóch spektaklach, które nie tyle wstrząsnęły teatrem, ile pokazały jak barwna, a jednocześnie jak tragiczna jest to ziemia. Kiedy w 2004 roku szedłem na premierę "Cholonka" do teatru Korez myślałem, jak na tak małej scenie uda się pomieścić to wszystko co Janoch zawarł w swojej książce. Tyle wątków, obrazów, przeżyć. Po spektaklu i ja, i widzowie, byliśmy wniebowzięci i oczarowani.

Przedstawienie Mirosława Neinerta i Roberta Talarczyka (obaj reżyserowali ten spektakl) było jak porażenie piorunem. Zobaczyliśmy na tej maleńkiej scenie "Śląsk piękny, Śląsk przeklęty", a co ważniejsze, zobaczyliśmy ludzi z krwi i kości. Ich tragedie, rozterki i szczęścia małe, i duże. To było przedstawienie, na które czekaliśmy od lat. Nie mdłe pokazywanie losów Ślązaków, schematyczne i jednowymiarowe, ale ujrzeliśmy te pogmatwane losy ludzkie w całej złożoności. Najbarwniejszą postacią jest Świętkowa, świetnie zagrana przez Grażynę Bułkę, która została odkryta przez realizatorów tego spektaklu jako aktorka mówiąca w gwarze. Okazało się to jej wielkim atutem.

Sypie ona, jak z kapelusza swoimi mądrościami, które raz powodują gromki śmiech, raz zadumę nad losem nie tylko jej rodziny i całego Śląska. Zresztą na scenie pojawiają się postaci, które tyleż śmieszą, co czasami irytują, bądź wzruszają. Ojciec rodziny grany przez Mirosława Neinerta to człowiek uosabiający mądrość, a jednocześnie potrafiący przewidzieć, co stanie się za chwilę. Jego pykanie z fajki i od czasu do czasu rzucane dobre rady pozwalają nam spojrzeć i na naszą rodzinę. Czy aby i my nie mieliśmy takiego starzyka, który mówił mądrze, a którego nie słuchaliśmy goniąc w poszukiwaniu innego świata.

Każda z postaci stworzona przez Janocha, a ożywiona na korezowej scenie uwodzi nas swoim zachowaniem. Roztrzepotane córki, dla których jest coś ważniejszego niż bycie w domu, ufryzowany Dietlev, który potrafi ożywić każdą dyskusję, nawet kosztem doprowadzenia swoich rozmówców do wściekłości albo i śmiechu, czy wreszcie Stanik będący człowiekiem tyleż zrównoważonym, co szalonym.

Widzimy śląską rodzinę w kuchni, w której dzieje się ich życie. Mijają dni, a oni ciągle chcą być razem, wierząc w poprawę swojego losu. Pierwsza część spektaklu wywołuje salwy śmiechu, druga jest bardziej stonowana, żeby nie powiedzieć okrutna. Historia wdziera się siłą do tej świętkowej kuchni, wyziera spod stołu i wyłazi z kredensu. Mamy zatem dojście Hitlera do władzy, kolaboracje z Niemcami, zmiany przynależności narodowej, wojnę, która powoduje pustkę i tragizm ludzi tutaj mieszkających, wreszcie niby wolność, która nastała wraz z wejściem Armii Czerwonej na te tereny.

Historia nie oszczędzała ani bohaterów tej sztuki, ani ludzi tutaj mieszkających. Ileż to razy musieli dokonywać wyborów, czasami nie za bardzo moralnych, a jednak w konsekwencji ratujących im życie, ileż razy musieli czapkować władzy nie ich, ileż razy siadając wspólnie przy stole unikali spojrzeń w oczy wiedząc, że w tych oczach może być strach, cierpienie, często łzy.

Dlatego mimo ułomności ci ludzie sportretowani doskonale przez Janosza, a później przez dwójkę reżyserów i aktorów - grających perfekcyjnie - stali się ulubieńcami publiczności. Bo to ona w tych zawiłych losach, pokazanych na scenie, częstokroć odnajdywała swoje życie, nie za dobre, nie za szlachetne a jednak toczące się z dnia na dzień. To publiczność śmiejąc się i płacząc na przemian wstawała po zakończeniu spektaklu i owacyjnie przyjmowała to, co przed chwilą zobaczyła.

Od premiery minęło 11 lat, a ciągle "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny" grany jest w Korezie przy kompletach publiczności. Jeździ po Śląsku odwiedzając małe miasta i gminy. Spektakl pokazywany jest w domach kultury i remizach strażackich wzbudzając wszędzie zachwyt i aplauz publiczności. Dostał kilka znaczących nagród, między innymi Złotą Maskę za najlepszy spektakl roku 2004, nagrodzono Złotymi Maskami Grażynę Bułkę i Roberta Talarczyka, a na Festiwalu Teatrów Europy Środkowej "Sąsiedzi" w Lublinie w roku 2008 nagrodzono "Cholonka" Perłą Sąsiadów.

Nagrody są ważne, ale nie najważniejsze. Istotne jest to, że po raz pierwszy pokazano spektakl mówiący o tej ziemi w całej złożoności. Tej trudnej, tragicznej, o której przez lata milczano, i tej humorystycznej, śmiesznej, która powstawała, jakby przy okazji normalnego życia. "Cholonek" uwrażliwił tak twórców jak i publiczność na Śląsk, który okazuje się materią dla teatru doskonałą.

Zatem zaczęły powstawać inne przedstawienia nawiązujące do historii tej ziemi, jak chociażby "Polterabend" Stanisława Mutza. Jednak to wszystko były tylko nieudolne naśladowanie "Cholonka". Musieliśmy poczekać kilka lat, aby znowu na deskach, tym razem Teatru Śląskiego, móc zobaczyć prawdziwą historię i ludzi krwistych, też niejednoznacznych w czynach, ale żywych w swym postępowaniu, cierpieniu i radości.

Kazimierz Kutz, który zachwycał się "Cholonkiem" opisując spektakl słowami: "teatralny cud" czy "objawienie" przez lata pisał może książkę swojego życia - ,,Piątą stronę świata". Znając doskonale realia śląskie potrafił je pokazać Polsce już przed laty, kiedy realizował swoją śląską trylogię: "Sól ziemi czarnej", "Perłę w koronie" i "Paciorki jednego różańca". Tymi filmami uwiódł Polskę, która zobaczyła po raz pierwszy jak złożone jest życie na tym kawałku jego ojczyzny, jak żyli i żyją tu ludzie czasami odsądzani od czci i wiary, a czasami wychwalani pod niebiosa. Jak grano Ślązakami przez lata i jak gra się nimi w dalszym ciągu.

O tym jest również i jego książka, pokazująca nie tylko stalowych bohaterów z Szopienic, ale i ludzi małych, skarlałych, ze swoimi małostkami, przywarami, podłościami. Taki portret wielostronny nieczęsto zdarza się, dlatego pozycja ta natychmiast została rozchwytana przez czytelników i zakwalifikowana jako książka znacząca (niektórzy mówili nawet arcydzieło). Zatem nie powinno dziwić, że i teatr natychmiast sięgnął po nią, adaptując na potrzeby spektaklu.

Robert Talarczyk podjął się tego karkołomnego dzieła, mówiąc, że Kazimierz Kutz nie ingerował w jego adaptację i jego widzenie tej rzeczywistości śląskiej. Może tak faktycznie było, ale słyszałem, że kilka wersji scenariusza powstało i z wielką obawą, ale też i nadzieją oczekiwaliśmy tej premiery w Śląskim 16 lutego 2013 roku (zbiegła się ona z 84. urodzinami Kazimierza Kutza).

Kiedy dowiedziałem się, że książka ma być adaptowana na spektakl, pomyślałem tylko, że to niemożliwe oddać jej ducha i to wszystko, co autor na tych kilkuset stronach nam przedstawił. Przecież w niej nie ma prawie dialogów, są tylko opisy sytuacji, są zdarzenia, i są rozważania autora na określone tematy. Jak z tego zrobić spektakl? A jednak twórca potrafi. Pełen uznania byłem dla Roberta Talarczyka po tym co zobaczyłem na scenie. Narrator (w tej roli świetny Dariusz Chojnacki) opowiada nam prostym językiem historię ziemi i jego rodziny. Widzimy jak w kalejdoskopie to wszystko, co dla bohatera było ważne od chwili narodzin. Postaci przesuwają się jak na karuzeli, spokojnie wypowiadając swoje kwestie. I to nie był tylko spektakl o Ślązakach, o dwóch przyjaciołach, którzy popełnili samobójstwo - to był spektakl o nas wszystkich, tych którzy tutaj urodzili się, i o tych, którzy tu przyjechali za lepszym życiem, a nagrody jakie zebrał w Polsce świadczą o tym, że to i spektakl o tych, którzy żyją w tym kraju i borykają się z takimi samymi problemami.

Historia, niezależnie gdzie mieszkamy, lubi przetaczać się po nas, jeździ po naszym życiu jak po narowistej kobyle, dlatego to co opisywał Kutz, a co pokazał Talarczyk jest tak ważne i przejmujące. Filozofa z hałdy możemy spotkać i na Śląsku i na Maurach, mimo że tam hałd nie ma, ale są te same problemy, przyjaciół samobójców takoż, a czy tylko tutaj marzą się niektórym udomowione małpki? Wreszcie opowieść o dziadku - powstańcu, która aktualna jest w Szopienicach i Katowicach, ale też dotyczyć może poznaniaka i kaliszanina. Uniwersalne spojrzenie na człowieka - to największe atuty "Piątej strony świata" w wydaniu papierowym i scenicznym.

Kazimierz Kutz pisze na początku, że wszystko zależy w orkiestrze od tego pierwszego dmuchu: Każdy muzykant od instrumentu dętego wiy, że wszystko zależy lod tego, jak pójdzie ci pierwszy dmuch. Teraz mie czeko take zadanie: skąd go wziąć? Ten dmuchl Autorowi udał się i pierwszy dmuch i następny też. Tak było również z dmuchem teatralnym. Wspaniały pierwszy dmuch czyli "Cholonek" i równie wspaniały drugi - "Piąta strona świata". To jakby partytura, na której można w przyszłości grać, rozszerzając brzmienie tej śląskiej orkiestry o smaki i smaczki muzyczne.

Co prawda już próbowano zagrać na tej partyturze pokazując nam inne kolory i obrazy Śląska, ale były one daleko odbiegające od tych dwóch dmuchów. Bo pokazać to jeszcze nie znaczy stworzyć - takiej scenicznej rzeczywistości, która pozostanie w nas na lata. Będziemy do niej wracać i odwoływać się w naszych rozmowach, wspomnieniach, postępowaniu. Dwa dmuchy śląskie, które zmieniły obraz teatralny tej ziemi, pokazując Polsce, jej nie tyle krystaliczną piękność, co rzeczywistość utkaną ze snu, jawy, marzeń, śmiechu, dobroci, podłości i łez. Ot - Śląsk piękny i święty, ale i przeklęty.

Marek Mierzwiak
Śląsk
7 listopada 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia