Sławomir był najważniejszy

Wspomnienie o Sławomirze Mrożku

Po śmierci Sławomira Mrożka postanowiła opuścić Niceę, gdzie państwo Mrożkowie mieszkali przez ostatnie lata. Wspomnienia były zbyt bolesne. Zamknęła drzwi z przeszłością i otworzyła te, którym na imię "przyszłość". Wyjechała do bliższej jej kulturowo i językowo Barcelony, gdzie ma zamiar otworzyć własną restaurację. - Teatr wyprzedziła kuchnia, gastronomia i wszystko, co z tym się wiąże. Gotowanie też jest rodzajem sztuki, wymaga wielu talentów - mówi SUSANA MROŻEK w rozmowie z Jolantą Ciosek z Dziennika Polskiego.

Krakowie byliśmy szczęśliwi, dobrze nam się tu mieszkało. Kochałam to miasto i mam wrażenie, że jakaś jego część i mnie pokochała, bo miałam w Krakowie i nadal mam wielu przyjaciół. Ale początki nie były łatwe. Kiedy przyjechaliśmy z zielonego Meksyku do szarego wówczas, wręcz czarnego Krakowa, kiedy duży dom w Epifanii zamieniliśmy na mieszkanie na Sebastiana, kiedy meksykańskie słońce straciliśmy, a pod Wawelem wciąż było mokro, ciemno i zimno - przeżywałam szok. Ale ludzie, przyjaźnie i poczucie zaakceptowania mnie pozwoliły mi pokochać Kraków. A do tego zajęłam się własnymi biznesami, bo przecież oprócz restauracji Casa Susana był jeszcze Wenzel i Słodki Wenzel. Te miejsca odniosły duży sukces. Tylko na Poselskiej nie powiodło się: kuchnia polska i węgierska splajtowały po roku - opowiadała mi Susana Osorio-Mrożek podczas jednej z naszych przemiłych rozmów.

Drobna, wręcz filigranowa smagłej cerze, z burzą czarnych włosów, roześmiana. Z jej twarzy bije życzliwość dla ludzi.

I taka właśnie, życzliwa, pomocna innym jest Susana Mrożek, Meksykanka mówiąca łamana polszczyzną, w ustach której zdanie "Sławomira to jest bardzo dobra aktorka brzmi niezwykle czule. Bo wdowa po Sławomirze Mrożku, wybitnym pisarzu i rysowniku nigdy nie kryła swej wielkiej miłości do męża i do teatru.

Kariera na kołku

- Ze strony matki płynie we mnie krew hiszpańska i francuska, a ze strony ojca hiszpańska i od Indian Zapoteków. Moja prababka ze strony ojca była Indianką Zapoteka, a mój prapradziad ze strony matki był hiszpańskim Żydem Marrano. Babka jest z Bilbao, a pradziadek z Normandii... A od wielu lat ostatnim składnikiem tej fantastycznej kompozycji jest polski mąż - mówiła mi ze śmiechem Susana.

Jej ojciec był inżynierem i pracował przy wydobyciu ropy naftowej, matka była bakteriologiem. Susana studiowała historię na uniwersytecie w Meksyku i archeologię na uniwersytecie w Veracruz, w jej rodzinnym mieście. Przez wiele lat była aktorką, później reżyserką. I właśnie za sprawą teatru poznała Sławomira Mrożka.

- Był rok 1979, Sławomir miał już na swoim koncie m. in. " Tango" i "Emigrantów". Ten ostatni dramat wystawiał nasz teatr Milan w Mezico City. Byłam jedną z nielicznych osób w zespole, która znała język angielski, więc siłą rzeczy byłam tłumaczką. Jednocześnie byłam przy tym spektaklu asystentką. "Emigrantów" zagraliśmy ponad 200 razy, cieszyli się wielką popularnością i z tej okazji zaprosiliśmy Mrożka do naszego teatru. Widziałam, że spodobałam się Sławomirowi. Pomyślałam: takiemu młodemu, inteligentnemu, ho, ho, nie jest źle. I tak to się zaczęło. Po kilku latach byliśmy już małżeństwem. Byliśmy razem osiem lat, a w roku 1987 wzięliśmy ślub w Paryżu. Ja miałam już za sobą małżeństwo, Sławomir był wdowcem. I białej sukni nie było. Od tej pory zaczęło się nasze wędrownicze życie, kilkanaście razy zmienialiśmy miejsce zamieszkania. A ja wiedziałam, że odkąd zwiążę się ze Sławomirem Mrożkiem, to od tej pory muszę zawiesić karierę na kołku - wspominała Susana.

Logika codzienności

Kiedy siedziałyśmy w pustej, zacisznej kawiarni, atmosfera sprzyjała refleksjom. - Wierzę w miłość, która jest cudem. I w przypadek, który potrafi zmienić całkowicie nasze życie. Wierzę w coś, co nazywam logiką codzienności. Byłam przez 10 lat związana z teatrem meksykańskim; mogłam wyobrazić sobie, że kiedyś być może poznam Sławomira Mrożka, którego sztuki grane są na całym świecie. W najśmielszych snach nie mogłam jednak przypuszczać, że odnajdę w nim mężczyznę mojego życia - usłyszałam z ust aktorki. Czytała sztuki męża, była ich pierwszym recenzentem, a od czasu choroby pisarza pomagała mu w pracy przy komputerze, załatwiała tysiące spraw. Od czasu do czasu wyjeżdżała do Meksyku, odwiedzić rodzinę. A poza tym prowadziła swoje biznesy i zajmowała się sprawami kulinarnymi w sensie profesjonalnym, a konkretnie wydawniczym. Ta pasja zajmuje jej dziś jeszcze więcej czasu.

Zamknięte drzwi

Po śmierci Sławomira Mrożka postanowiła opuścić Niceę, gdzie państwo Mrożkowie mieszkali przez ostatnie lata. Wspomnienia byty zbyt bolesne. Zamknęła drzwi z przeszłością i otworzyła te, którym na imię "przyszłość". Wyjechała do bliższej jej kulturowo i językowo Barcelony, gdzie ma zamiar otworzyć własną restaurację.

- Widzisz, życie ze Sławomirem jest niezwykle interesujące, wręcz frapujące, ale też nie jest łatwe. Szczególnie od czasu jego choroby, gdy stracił zdolność mówienia. Jak wiadomo, afazja powoduje duże spustoszenie w organizmie, ogranicza sprawność człowieka. Rehabilitacja, a przy tym nasze liczne wyjazdy - to wszystko jest bardzo absorbujące. Czuję się bardzo Sławomirowi potrzebna, ale też i on jest dla mnie najważniejszy - mówiła mi Susana na kilka miesięcy przed śmiercią męża.

Potem, ilekroć o nim rozmawiałyśmy, widziałam łzy w jej oczach.

- Teatr wyprzedziła kuchnia, gastronomia i wszystko, co z tym się wiąże. Gotowanie też jest rodzajem sztuki, wymaga wielu talentów. Podczas kucharzenia, jeśli chcesz przyrządzić naprawdę świetne danie, adrenalina bije jak na scenie. Na scenie musisz wiedzieć, kiedy zrobić pauzę. W kuchni też musisz wiedzieć, w którym momencie zdjąć sos z ognia, żeby wydobyć jego najwłaściwszy smak. Kuchnia, sztuka gotowania to piękna rzecz. Teatr to już przeszłość, zamknięty rozdział w moim życiu - mówiła z pasją Susana, która jak mało kto potrafi smakowicie opowiadać o kuchni.

Konfitury z Epifanii

Po raz ostatni widziałyśmy się podczas promocji książki Susany "Meksyk od kuchni. Od Azteków do Adelity". Opowieściom kulinarnym nie było końca.

- Meksykanie lubią gotować, bo lubią dobre jedzenie. U mnie w rodzinie babka i matka gotowały bardzo dobrze, a ja od dziecka z nimi: wciąż coś siekałam, mieszałam, kroiłam, robiłam sosy, karmel. Mieliśmy w domu indiańskich służących i od nich nauczyłam się jak przygotowywać tortille, w jaki sposób gotować fasolę, kiedy paprykę chili piec, a kiedy dusić, zależnie od tego, co chcemy uzyskać. Nauczyłam się, jak mleć, siekać, grillować i jestem szczególnie dumna z tej wiedzy, bo trudno znaleźć wykształcone meksykańskie kobiety, które potrafiłyby ręcznie zrobić tortille. A nieco później, jak byłam młoda i szalona, to myślałam, że kuchnia to jest to, co lubię najbardziej - wspominała Susana. - Iz tego powodu w moim życiu zdarzył się epizod skandynawski: w Norwegii, a potem w Szwecji, w Oslo, pracowałam w restauracjach będąc szefową kuchni. Specjalizowałam się także w kuchni dla diabetyków. A mieszkając w Meksyku, już ze Sławomirem, miałam niewielką wytwórnię konfitur, także tych dla chorych na cukrzycę. To było w Epifanii: Sławomir pisał, a ja szykowałam konfitury. W Epifanii drzewa rodziły mnóstwo owoców: jabłka, śliwy, gruszki. Dostarczałam konfitury do czterech marketów, a największym powodzeniem cieszyły się te z jabłek ucieranych z masłem, cukrem i dodatkiem wódki. Oczywiście wszystko trzeba przesmażyć. Coś pysznego! Uczestniczyłam też w programie badań nad produkcją żywności dla diabetyków w ramach National Association for Diabetic Children of Mexico. A potem był Kraków i Casa Susana, gdzie w sercu miasta krakowianie mogli zjeść znakomite i w dobrych cenach potrawy meksykańskie. A z miłości do Sławomira nauczyłam się robić schabowe, kisić kapustę i kleić ruskie pierogi, które tak lubił.

Papużki nierozłączki

Kiedyś Susana dostała od męża w prezencie dwie papużki nierozłączki. Prezent bardzo symboliczny. Zasłużyła nań w pełni. Zawsze ze wzruszeniem patrzyłam jak śledzi każdy jego ruch, każdy krok, niemal wybiega myśl, którą chciał wypowiedzieć. A jednocześnie potrafiła być w cieniu wielkiego męża. Nigdy nie wybiegała przed szereg. Dwie papużki nierozłączki...

Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
1 września 2015

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia