Słodkie kłamstwa Doktora Oetkera

"moja mama leczy się u doktora oetkera" - reż. Wojtek Klemm - Teatr Współczesny w Szczecinie

W miniony weekend widzowie szczecińskiego Teatru Współczesnego mogli obejrzeć aż dwie oryginalne premiery. Na dużej scenie wystawiono awangardowy spektakl Wojtka Klemma, pt. „moja mama leczy się u doktora oetkera". Kameralną sceną Malarni zawładnęło zaś troje koszulkowych maniaków, którzy opowiedzieli publiczności „Historię T-shirtu", dokładając tym samym ostatni element do układanki PIKSELOZY – najbardziej frapującego projektu „Teatru na Wałach" ostatnich lat.

Spektakl Wojtka Klemma to czarna komedia oparta na sztuce słynnego duetu Pilgrim/Majewski. Podstawowym założeniem szczecińskiej realizacji jest ukazanie reakcji współczesnego społeczeństwa na zachowanie osób dotkniętych chorobami psychicznymi. Poszukując odpowiedzi na bardzo aktualne i palące pytania o to, dlaczego tak często nie potrafimy zaakceptować faktu, że ktoś z naszych bliskich jest pogrążony w depresji, a także dlaczego nie próbujemy wysłuchać chorych lub nie traktujemy ich poważnie, Klemm kreśli jednocześnie niepokojący obraz ponowoczesnej rzeczywistości chaosu i ciągłych zmian, stanowiącej podstawowe źródło umysłowych schorzeń.

Historia czterdziestoletniego bohatera cierpiącego na depresję połączoną z rozszczepieniem jaźni (i z tego względu odgrywanego równocześnie przez trzech aktorów: Roberta Gondka, Arkadiusza Buszko oraz Jacka Piątkowskiego) rozpoczyna się bardzo obiecująco, bo od opowieści o bliskich nam wszystkim sentymentach związanych z latami 90., kiedy otaczający nas świat wydawał się jeszcze prosty, znajomy i względnie łatwy do oswojenia. Wszystkie zakupy robiło się wtedy u zaprzyjaźnionego sklepikarza, w weekendy chodziło się do tego samego kina, a piosenki z oglądanych na ekranie filmów, takich jak „Pan Kleks", zapamiętywało na zawsze jako wyjątkowe i ważne. Kolejni bohaterowie opowiadają o latach swojego dzieciństwa, które dziś są już tylko „echem dziecięcych snów" – starym zburzonym domem, w miejscu którego stoi hipermarket, a odbiorcy łatwo utożsamiają te historie z własnymi wspomnieniami. Szybko zaczynają więc rozumieć, dlaczego współczesny świat nowoczesnej technologii, Internetu, wszechobecnej reklamy i galopującej konsumpcji przerasta głównego bohatera, pogrążając go coraz głębiej w lękach i neurozach. Wraz z rozwojem akcji ów kontrast zaczyna się jednak rozmywać, pozostawiając odbiorców w świecie kompletnego chaosu, gdzie nieco zapomniana gwiazda (w tej roli przezabawna i charyzmatyczna Maria Dąbrowska) usiłuje bezskutecznie odtworzyć klimat „dawnych lat" śpiewając – na zamówienie imprezowiczów – stare szlagiery, zaś granica między chorymi psychicznie a zdrowymi z każdą chwilą coraz bardziej się zaciera.

Klemmowi nie można oczywiście odmówić trafności niektórych spostrzeżeń dotyczących mierzenia się z chorobą bliskiej osoby. Jego bohaterowie przeżywają całe spektrum typowych dla tej sytuacji emocji – począwszy od niedowierzania („przecież On jest geniuszem, już jako dziecko był wybitnym uczniem i sportowcem, a kiedy dorósł, wynalazł kursor – to niemożliwe by był chory!"), poprzez szukanie winnych („to przez tę polską zazdrość i zawiść, wszyscy mu zazdrościli, dlatego w końcu wmówili mu chorobę") i chęć odizolowania się („Tato, kocham cię tylko tak, jak trzeba kochać ojca"), aż po zbagatelizowanie problemu i sprowadzenie chorego do poziomu dziecka, któremu wystarczy puścić wesołą muzykę lub dać balonik. Bardzo dobrze sprawdza się także pomysł z rozszczepieniem osobowości bohatera i pogrążeniem go w obsesyjnej potrzebie głośnej koniugacji, odzwierciedlającej towarzyszącą mu nerwicę natręctw. Monotonne i rozciągnięte w czasie eksploatowanie tych samych elementów – w jakie w końcu przeradza się spektakl – przenoszące się niczym zaraza na wszystkich bohaterów, niszczy jednak potencjał tej (początkowo ciekawej i uporządkowanej) wizji. Kakofonia złożona z dźwięków pękających balonów, nagłych wrzasków aktorów i niezapowiedzianych „uderzeń" głośnej muzyki, połączona z powtarzającymi się chaotyczno-histerycznymi sekwencjami ruchów aktorów, utrudnia zaś odbiór spektaklu, męcząc śledzącą go publiczność.

Przedstawieniu towarzyszy bardzo pomysłowa scenografia Magdaleny Gut, sugerująca, że w dzisiejszych czasach dom jest tylko pozornym „papierowym" azylem, który w każdej chwili może stać się pułapką dla naszej psychiki albo zostać zrównany z ziemią z uwagi na „ważniejsze inwestycje", zaplanowane przez władze miasta czy wielkie koncerny. Właśnie owo odniesienie do fikcyjnej „domowości", rozumianej jako postulowany przez reklamy, zafałszowany obraz rodzinnego gniazda (zawsze pachnącego ciastem i budyniem waniliowym instant doktora Oetkera), do którego nawiązuje nie tylko scenografia czy sentymentalne anegdoty bohaterów, ale również tytuł spektaklu, pozostaje najciekawszym i – niestety – niewykorzystanym tropem w rozważaniach nad podjętą tu problematyką.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
8 czerwca 2016
Portrety
Wojtek Klemm

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia