Słowa z czerni

Filozofia w buduarze - reżyseria: Bogdan Hussakowski - Teatr Nowy w Krakowie

Najjaśniej jest w ciemnościach. Gdy pod koniec "Filozofii w buduarze" Donatiena Alphonse\'a Fransoisa de Sade\'a, tej przez Bogdana Hussakowskiego w Teatrze Nowym wyreżyserowanej orgii języka i gestów, gasną reflektory - ciała i rzeczy znikają. Cały świat przedstawiony w czerń obraca się na pstryknięcie.

Nie ma już przeźroczystej tafli na krawędzi sceny i widowni. Nikną białe peruki, kraszone czarnymi wstążkami. Przepadają cztery umączone twarze i osiem nóg w smolistych rajtuzach. Nie ma nienasyconego jęzora pana Dolmance (Piotr Sieklucki), mistrza tej godzinę i pół trwającej ceremonii fachowego "dmuchania". Kusząca niewinność Eugenii (Gracja Niedźwiedź) - nie wiadomo gdzie się podziała. Rozmył się wiecznie na dźwięk słów pieprznych mdlejący Kawaler (Jakub Falkowski). Znikł ogrodnik Augustyn (Dominik Nowak), o którego "ptaku" gadali, że godzien jest porównania tylko z pniem starego dębu. I choćbyś nie wiem, jak fachowe noktowizory na oczy nakładał - nie dostrzeżesz już atlantycko falujących bioder Madame de Saint Ange (Dominika Knapik), a żal... Zostaje - nic. Powietrzna smoła i - słowa sunące z wnętrza smoły. Naprawdę tylko nic? 

Słowa czworga odprawiających ceremonię fachowego "dmuchania", ich dyszące zdania, mlaskające jęki, skowyty jak żyletki. To i - ciemność. Mało? Słyszysz, nic nie widzisz - i dopiero teraz jęzor pana Dolmance jest nienasycony na miarę twego nienasycenia! Dopiero teraz niewinność Eugenii kusi fundamentalnie! Dopiero teraz "ptak" Augustyna pniem Bartka jest in statu nascendi, omdlenia Kawalera nakłaniają do pochopności ułańskiej, a biodra Madame de Saint Ange osiągają 10 w skali Beaufourta! Dopiero teraz - gdyż nie widzisz. W ciemnościach jest najjaśniej, gdy zostają słowa nie byle jakie. 

"Niebylejakość" słów to u Hussakowskiego słów wyświechtanie dokumentne. Do wielkiej ciemności tuż przed końcem czworo artystów frazy Markiza w pełnej jasności scenicznej mieli jak mąkę. Wszelkiej maści genitalne mięso semantyczne - odmieniają przez wszystkie przypadki, niczym mantrę klepią, językami wałkują, tarmoszą, piorą, suszą, po czym znów piorą, znów wałkują, znów tarmoszą, a następnie - dookoła Wojtek. Owszem, mógłbym coś zacytować, ale po co? Żebyście w druku kropki przeczytali? Nawiasem, jest odwieczna ciekawość: czemuż to poważne wydawnictwa słówek trudnych nie kropkują, zaś wydawnictwa codzienne - jak najbardziej? Zostawmy to. 

Zwłaszcza dlatego zostawmy, że Hussakowskiego gra z Markizem nie jest grą w chuligańskie epatowanie dam dobrze wychowanych, ani też grą w stawianie w kłopotliwej sytuacji księdza Bryły - duszpasterza środowisk twórczych. Hussakowskiego gra z Markizem - to czyste przedstawienie, to lekkie gadanie ciężkich świństw, gadanie kraszone seansem gestów - jest grą w przechodzenie na drugą stronę słów. Co tam tkwi? Gdy pieprzności wyświechtać do imentu - jakie światy wyobraźnia zbuduje na kanwie wyświechtanego, kiedy zgasną światła? Wybaczcie przesadę, lecz coś się przypomina. Ze zdjęcia wyświechtanego, milion razy kontemplowanego, wyblakłego, zmatowiałego, już prawie białego, martwego - Kantor zrobił ongiś "Wielopole, Wielopole". Zapytał: co jest po drugiej stronie? 

I to już właściwie wszystko. Czworo aktorów w czarnych rajtuzach, białych koszulach, ze spętanymi z tyłu rękami, w śnieżnych perukach i z nieprzytomnie umączonymi twarzami - gada. Markiz w istocie był tyleż, że klasyka przytoczę, uporczywym krążownikiem wyr, co uporczywym krążownikiem fraz. Tak, wybornie młodzi gadają i smakowicie na pustej scenie figury czynią, wcale nie oczywiste. Gdy mowa, dajmy na to, o języku, którym dżentelmen czyni damie przyjemność w altanie sierpniowym zmierzchem - nie liczcie na trywialny mimetyzm sceniczny. A kiedy genitalne mięso semantyczne trupem już jest monstrualnym - zapada ciemność. I trupy brzęczą z czerni, łechcąc wyobraźnię. Jakie planety wtedy roisz? 

Hussakowski rozhulał pieprzne piekło gestów i recytacji, by zgasić światło, gdy słowa są na wyczerpaniu. A kiedy światło wraca - jak na dłoni sterczy cała marność rzeczy widocznych wyraźnie.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
31 marca 2009

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia