Śmiertelna gra na operowej scenie

"Turandot" - reż. Adolf Weltschek - Teatr Wielki w Łodzi

"Turandot" - niedokończone dzieło Giacomo Pucciniego, inspirowane sztuką Carla Gozziego swoją światową prapremierę miało ponad 90 lat temu w mediolańskiej La Scali i od tego momentu pojawia się na afiszach najważniejszych scen operowych. Mimo, iż w Polsce bywa dość rzadko grane, to dwukrotnie w historii łódzkiego Teatru Wielkiego zapowiadano je w jego repertuarze. Premiery te nigdy jednak się nie odbyły. W końcu po niemal pięćdziesięciu latach Łódź doczekała się inscenizacji tego monumentalnego dzieła, którego reżyserii podjął się debiutujący na operowej scenie Adolf Weltschek.

Trzy zagadki. Oto, co czeka na kandydatów do ręki chińskiej księżniczki Turandot. Tylko ten, któremu uda się odpowiedzieć na wszystkie jej pytania, będzie mógł zaznać szczęścia u jej boku. Cena miłości okazuje się być wysoka, bowiem za każdy, najmniejszy błąd w Pekińskim pałacu płaci się śmiercią. Reguły tej niebezpiecznej gry, nie zniechęcają jednak Kalafa - księcia wygnanego przed laty z ojczyzny - do udziału w starciu o rękę Turandot. Kiedy okazuje się, że zna on wszystkie trzy poprawne odpowiedzi, tytułowa bohaterka nie może pogodzić się z przegraną. Widząc nieprzychylność pięknej, ale i okrutnej księżniczki, Kalaf stawia warunek - jeśli ta do świtu odgadnie jego imię, będzie mogła go skazać na śmierć.

"Turandot" nie bez powodu uznawana jest za najwspanialsze dzieło Pucciniego, będące zwieńczeniem jego twórczości. Wszystko, począwszy od monumentalnych scen, przez szczególną rolę orkiestry, aż po tematykę, czerpiącą inspirację z kultury Dalekiego Wschodu odróżnia jego ostatnią operę od wcześniejszych dzieł. Nie inaczej jest także z partiami solistów, które dla śpiewaków stanowią nie lada wyzwanie.

Panuje opinia, że rola Turandot jest szczególnie trudna i stawia przed śpiewaczką sopranistką niezwykle wysokie wymagania. Poza najwyższej jakości techniką, do zaśpiewania tej partii potrzebna jest swoboda w wykonywaniu górnych rejestrów, dojrzała barwa i przede wszystkim umiejętność potęgowania dramatycznego napięcia. Zaproszona do premierowego wykonania koreanka Lilla Lee z niezwykłą swobodą zaprezentowała wszystkie te walory, zachwycając nimi łódzką widownię. Warto podkreślić, iż artystka śpiewała już w Polsce rolę Turandot w znanej propozycji Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej w 2011 r.

Podobnie Charles Kim odtwórca głównej roli męskiej – Księcia Kalafa - śpiewał także w inscenizacji warszawskiej. W łódzkiej premierze, mimo pewnej niedyspozycji głosowej i monochromatyczności dramatycznej, potrafił wznieść się na wyżyny i "Nessun dorma" (Niech nikt nie śpi) - jedną z najbardziej znanych arii operowych świata, zaśpiewał znakomicie wzbudzając zasłużony aplauz rozentuzjazmowanej publiczności.

Ponad wszelką wątpliwość wielkie uznanie należy się Dorocie Wójcik, która od drugiego aktu dała popis śpiewu na najwyższym poziomie i swoją interpretacją młodej niewolnicy Liu z całą pewnością wzruszyła niejedno serce.

Nie można nie zauważyć również trzech komicznych ról: Wielkiego Kanclerza Pinga (baryton), Ochmistrza Dworu Panga (tenor) i Ponga - Najwyższego Kuchmistrza (tenor), które to ze względu na aktorstwo, jak i niezły pozmiom wokalny nagrodzono brawami.

Dużą niespodzianką i czymś w rodzaju asa z operowego rękawa okazał się chór pod kierownictwem Dawida Jarzębia. Co prawda ruch sceniczny w wykonaniu zespołów chóralnych nie jest już na operowych scenach niczym niezwykłym, to jednak elementy aktorskie w scenach zbiorowych stają się na ogół powodem szczególnego zadowolenia publiczności. Tym razem niezależnie od choreografii trzeba podkreślić dbałość o spoistość jego brzmienia i wysoki poziom wykonania chóralnych partii. Sympatycznym zaskoczeniem stały się również wykonania chóru dziecięcego przygotowanego przez Macieja Skalskiego.

Kluczowy dla muzycznej strony przedstawienia jest oczywiście fakt zaproszenia do współpracy jednego z najwybitniejszych polskich dyrygentów - Antoniego Wita, który wraz ze swoim asystentem wprowadził orkiestrę teatralną na wyżyny. Muzyka w każdym wykonywanym elemencie podkreślała "elegancję" partytury Pucciniego, a dyrygent pozwalał muzykom wydobywać wszystkie jej barwy i subtelności w taki sposób, by partie wokalne nie tylko nie były zdominowane przez instrumenty, ale dodatkowo podkreślały ich znaczenie.

Łódzka "Turandot" jest także bardzo atrakcyjna pod względem plastycznym. Rozmach scenograficzny połączony został w niej z pieczołowitą dbałością o szczegóły, zarówno dekoracji, jak i kostiumów. Wizję plastyczną inscenizacji przygotowała Małgorzata Zwolińska i mimo obecnych tendencji do uwspółcześniania klasycznych dzieł operowych postanowiła ona utrzymać wizualny klimat zapisany na kartach libretta.
Jej dynamiczna scenografia, umożliwiająca częstą zmianę planów, doskonała reżyseria światła eksponująca kluczowe sceny oraz podszyte symboliką kostiumy sprawiają, że spektakl ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Dla Adolfa Weltschka i Małgorzaty Zwolińskiej - twórców łódzkiej inscenizacji "Turandot", teatr z pewnością nie jest miejscem manifestacji własnych poglądów, a spektakl okazją do eksperymentowania zgodnie z panującymi trendami. Nazywani często konserwatystami, tworzą teatr, który coraz rzadziej można oglądać na polskich scenach. Ich pierwsza wspólna operowa realizacja, daleko nie odbiega od sposobu pojmowania przez nich teatralnej materii. Ich "Turandot" - zrealizowana z niebywałym rozmachem, jest przede wszystkim następstwem wnikliwej analizy tekstu, didaskaliów oraz partytury, a przy tym znakomitym przykładem umiejętności łączenia tradycji ze współczesnością. To twórczość w dzisiejszych realiach wyjątkowa, bo realizowana z poszanowaniem wszystkich wartości znajdujących się w teatralnym dziele.

Tak pojmowany teatr klasyczny z pewnością zostanie zaakceptowany nie tylko przez koneserów, miłośników i stałych bywalców opery, ale daje szansę na poważne odświeżenie coraz starszej już przecież operowej widowni.

Agnieszka Kiełbowicz , Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
24 maja 2016

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia