Smutny dwór

"Straszny dwór" - reż. Krystyna Janda - Teatr Wielki w Łodzi

W ostatniej scenie oglądamy zimę, scena jest pokryta puchem śnieżnym. Ładnie to wygląda, ale Krystyna Janda zapomniała, że chór śpiewa: "W stawie ryby, w lesie grzyby, owoców pełen sad". Czy to możliwe, gdy pada śnieg? - relacja Bohdana Gadomskiego z premiery "Strasznego dworu" w Teatrze Wielkim w Łodzi w tygodniku "Angora".

17 października 2014 roku odbyła się w łódzkim Teatrze Wielkim gala jubileuszowa (60-lecie tej sceny operowej), którą obok paru okolicznościowych przemówień, nagród dla zasłużonych, bankietu we foyer, przede wszystkim wypełniła premiera "Strasznego dworu" Stanisława Moniuszki. Zainteresowanie medialne było ogromne, wszyscy odnotowali debiut Krystyny Jandy w roli reżysera operowego. Czułem, że widzów nie czeka żadne zaskoczenie, bo Janda zaproponuje tradycyjną formę dzieła. Na konferencji Janda to potwierdziła i dodała: "Najlepsza reżyseria to taka, w której nie widać reżysera". Nie przypuszczałem jednak, że aż tak bardzo.

Premierę poprzedziła konferencja prasowa z Krystyną Jandą, realizatorami i wykonawcami. Zatrzymajmy uwagę na wywodach Krystyny Jandy, które obrazują jej założenia reżyserskie i pracę, jaką wykonała.

Pilnowałam najprostszego sensu.

"Pracując nad Strasznym dworem, cały czas zachowywałam się jak dziecko w sklepie z zabawkami, starałam się nie przeszkadzać muzyce i śpiewakom, pamiętając, że to wszystko, co zabrzmi ze sceny, jest najważniejsze. Pilnowałam tylko najprostszego sensu. Mój wysiłek jako reżysera był położony na narodowe cechy, na patriotyzm, na rodzinę, na dzieci, na czystość, na honor, na miłość... Opera zaczyna się od przysięgi mężczyzn, którzy mówią, że nie mogą się żenić, bo w każdej chwili muszą być gotowi i nie mieć innych zobowiązań. Ale jak to zwykle bywa, zakochują się..."

Zrozumiałam, do jakiej granicy mogę sięgnąć.

"Dziękuję wszystkim moim współpracownikom, którzy w operze są od dawna i na moje nuworyszowskie pomysły, na nieumiejętność respektowania ich zwyczajów, na to, że wszystko musi być od razu, natychmiast, celowo i wyraziście, na moje tupanie nogą reagowali tak spokojnie. Za to - mam nadzieję - zobaczycie państwo utwór, który sprawi wam wielką przyjemność. Nauczyłam się szacunku do Moniuszki, do jego utworu. Moje wszystkie pomysły i wyobrażenia na temat, jak to może wyglądać na scenie, korygowałam w trakcie prób, ponieważ wiedziałam, że zbyt dynamiczne działania, zbyt wielkie oczekiwanie, jeżeli chodzi o sytuacje sceniczne, mogą przeszkadzać śpiewakom. Dosyć szybko zrozumiałam, do jakiej granicy mogę sięgać. Wiem, że wszyscy spodziewają się, że skoro aktorka podjęła się reżyserii Strasznego dworu, to wykonawcy będą nadzwyczajnie grali, że to będzie coś zupełnie innego, do czego widownia jest przyzwyczajona. Otóż muszę powiedzieć, że tak nie będzie".

Postawiłam na tradycję

"Ja tylko starałam się, żeby to miało tradycyjny przekaz, żeby nie występować przeciwko idei utworu i jego treści, żeby publiczność słuchała muzyki i śpiewu z jak największym komfortem. Przede wszystkim nauczyłam się skromności. Kiedyś, jak byłam dużo młodsza, pracując wśród różnych reżyserów, przypomniałam sobie powiedzenie jednego z nich: "Najlepsza reżyseria to taka, której nie widać. Od 15 lat zapomnieliśmy o tej uwadze. Widać tylko reżysera, a wszystkich innych dużo dalej, prawie za mgłą. Dlatego chciałam, żeby mnie nie było widać, to z szacunku do dzieła, do miejsca, do wykonawców. I myślę, że tak jest. Mogliśmy Straszny dwór zrobić w pizzerii albo w rzeźni, ale postawiłam na tradycję. Moja pierwsza prośba do kierownika muzycznego przedstawienia i zarazem dyrygenta była: - Czy pan mógłby to skrócić do 2,5 godziny, bo opera trwa 3 godziny i 40 minut, więc publiczność, wliczając przerwy na zmianę dekoracji, musiałaby siedzieć w operze 4 godziny. Ostatecznie spektakl trwa 2 godziny 45 minut".

Reżyserowałam w Łodzi, grałam w Warszawie

"Kiedy reżyserowałam operę w Łodzi, miałam nie grać spektakli w swoich teatrach, ale jednak wracałam co wieczór do Warszawy grać, aby rano stawić się na próbę -Strasznego dworu. Z doświadczenia wiem, że wyjazdy z Warszawy natychmiast odbijają się na mojej fundacji. Zresztą nie tylko gram, ale reżyseruję w Och-Teatrze Upadłe anioły, bo premiera ma się odbyć już 15 grudnia. 22 próby bardzo trudnego utworu".

Doskonałe posunięcie marketingowe

Jaki więc jest "Straszny dwór" w reżyserii znanej aktorki Krystyny Jandy?

W "Gazecie Wyborczej" recenzentka napisała, że "doskonałym posunięciem marketingowym" i w tym miejscu należy pogratulować trafnego pomysłu dyrektorowi naczelnemu Teatru Wielkiego Wojciechowi Nowickiemu. Premiera operowa, nawet jubileuszowa, nie wzbudziłaby tak dużego zainteresowania bez udziału Jandy. Dyrektor nie miał jednak wpływu na to, jakie dzieło powstanie. Nie przypuszczał, że zobaczymy "stary obrazek, a nie współczesny teatr, że łódzki Straszny dwór będzie nieznośnie tradycyjny" (to opinia wytrawnego recenzenta operowego Jacka Marczyńskiego z "Rzeczpospolitej").

Reżyser Janda nie potrafiła ożywić postaci z zamierzchłej epoki. Udało się jej stworzyć ładne, estetycznie wysmakowane obrazy. Podkreślała wciąż smutek, w jakim pogrążyli się Polacy po powstaniu styczniowym, i może dlatego ze sceny wiało smutkiem, nostalgią, a sytuacje, które zwykle były komiczne w innych inscenizacjach, tutaj zabrzmiały wręcz pogrzebowo. Tym bardziej że dominują kolory czarne i szare w kostiumach poszczególnych postaci opery. W tym zbyt statycznym spektaklu odtwórcy głównych postaci wyśpiewują arie i duety na proscenium, skierowani w stronę widza, a nie do siebie, nie ma między nimi najmniejszego porozumienia. Są też nielogiczności w budowaniu pewnych sytuacji. Np. nie powinien Maciej rzucać się na Miecznika, bo jest nie tylko opiekunem Zbigniewa i Stefana, ale gościem na dworze, co w tamtych czasach było bardzo ważne ("Gość w dom, Bóg w dom"). Śpiewakom przeszkadza i rozprasza ich wnoszenie dzika na scenę. Mazur w finale nie powinien w ogóle mieć miejsca, wszakże akcja dzieje się podczas powstania styczniowego, odtańczony w tęczowych strojach zdawał się być jakby z innego przedstawienia. Bzdurą jest scena na mrozie -10°C, gdy wszyscy tańczą i śpiewają. Choreograf Emil Wesołowski nie znalazł ciekawej koncepcji na jego prezentację w bardzo dobrym wykonaniu łódzkiego baletu. Komediowa scena Skołuby z Maciejem w ogóle nie została zrobiona. Maciej za bardzo miotał się na scenie (wyglądało, że jest pijany), z racji wieku powinien być bardziej dostojny i stateczny. Nieustanne wzajemne poklepywanie się, kładzenie ręki na ramieniu w pewnym momencie było nużące dla widza.

Janda jako dyletant w kwestiach wokalnych nie mogła wiedzieć, że Rafał Bartmiński (Stefan) ma zaciśnięte górne dźwięki, nierówny brzydki głos o brzmieniu "garnkowym", ktoś powiedział na przerwie, że ten śpiewak ma chyba wadę wymowy, bo nie można było zrozumieć, o czym śpiewa. Na szczęście nad sceną były napisy z tekstem, chociaż opera szła w języku polskim! Tomasz Konieczny (bas-baryton) do tej pory występujący wyłącznie w niemieckich teatrach operowych brzmiał tak, jakby posługiwał się trzema technikami emisyjnymi. Znany z bardzo pięknego głosu, tutaj w ogóle go nie pokazał. Za to aktorsko i ruchowo był najlepszy spośród pozostałych śpiewaków. Jest absolwentem Wydziału Aktorskiego PWSFTViT, a nie Akademii Muzycznej. No i świetna aparycja, wdzięk sceniczny. Głos Stefana Ku-flyuka (Miecznik) miał momentami zbyt ostry, nieprzyjemny dźwięk. Agnieszka Adamczak (Hanna) to tylko ładna, młoda, wysoka dziewczyna. Natomiast Elżbieta Wróblewska (Jadwiga) okazała się najlepszą śpiewaczką przedstawienia, bo śpiewała pięknym dźwiękiem, z piękną frazą, inteligentnie (wiedziała, o czym śpiewa). Karol Bo-chański (Damazy) w ogóle nie był zabawny i zaprezentował swoją postać tak, jakby trafił tutaj z innego przedstawienia. Małgorzata Walewska (Cześnikowa) średnia, w pierwszym akcie słynne doły jej pięknego mezzosopranu w ogóle nie zabrzmiały. Swoje zadanie wykonała poprawnie, ale nie zachwyciła. Na scenę weszła z pekińczykiem na poduszce, którego podrzucała do coraz to innych postaci, na szczęście piesek nie spadł na scenę. Jego udziałem w operze powinno się zainteresować Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Wszyscy ci śpiewacy wystąpili na pierwszej premierze gościnnie i w przerwie zastanawiano się, czy teatr nie ma własnych solistów? Ma, ale zostali obsadzeni w pozostałych trzech premierach.

W ostatniej scenie oglądamy zimę, scena jest pokryta puchem śnieżnym. Ładnie to wygląda, ale Krystyna Janda zapomniała, że chór śpiewa: "W stawie ryby, w lesie grzyby, owoców pełen sad". Czy to możliwe, gdy pada śnieg?

Bohdan Gadomski
Tygodnik Angora
30 października 2014

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia